Zadzwonił do mnie znajomy z propozycją wartą zastanowienia. Gdy w piątkowy poranek zobaczyłem prognozy pogody, zapadła decyzja.
Przed północą siedzieliśmy w zatłoczonym pociągu i ruszaliśmy w stronę Zakopanego. Ponad dziewięć godzin koszmarnej jazdy i stanęliśmy przed FIS-em.
Żeby dostać się do Palenicy kierowca busa od Zazadni jechał już tylko lewym pasem. Wszystko stało. Busiarze pomagali sobie przez SB, aby móc przedostawać się do przodu. Wszystkie parkingi zapchane, tak samo pobocza i jeszcze tysiące samochodów na szosie czekających na jakiś cud.
W końcu dojechaliśmy i po odstaniu w długiej kolejce weszliśmy w Tatry. Ruszyliśmy z tłumem.
Właściwie, to po kilkumiesięcznej nieobecności w Tatrach, ten tłum bardzo mi nie przeszkadzał – myślami bowiem byłem już tam dokąd zmierzaliśmy.
Nad Morskim Okiem przerwa. Tłumy niesamowite. Nie wyruszaliśmy, gdyż chcieliśmy, aby rozluźniły się szlaki. Patrzyliśmy więc sobie na góry i inne obiekty godne oczu mężczyzn.

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us
Wchodziliśmy nad Czarny Staw. Plecak, chociaż nie tak ciężki jak na ogół, teraz strasznie mnie spowalniał. Ale to nie tylko on. Byłem w kiepskiej dyspozycji. To przez tą noc. Nie miałem sił i kondycji. Ledwo doszedłem do progu, a przecież miałem wejść o wiele wyżej. Nachodziły mnie myśli, żeby zrezygnować z planów i odłączyć się od moich dwóch sporo młodszych kolegów.
Szedłem jednak dalej i wyżej.

Uploaded with ImageShack.us
Postanowiłem sprawdzić, czy może kryzys nie minie. Gdy doszedłem do Buli pod Rysami było już znacznie lepiej. Zrobiliśmy sobie nieco dłuższą przerwę. Mieliśmy czas.
Z sentymentem patrzałem na szczyty i przełęcze, gdzie jeszcze kilka lat temu miałem okazję poznawać z bliska i dotykać tamtejszych skał.

Uploaded with ImageShack.us
Obserwowaliśmy też innych, lepszych od nas. Żabi Koń miał powodzenie. //Zdjęcie przełączki poniżej./

Uploaded with ImageShack.us
Patrzyliśmy również na schodzących z Rysów. Było ich już coraz mniej. Niektórym, to nawet chętnie by się pomogło. Szkoda, że schodziły. Przecież pomogłoby się w zdobyciu szczytu, trzymając za … rączkę. Dobra, koniec żartów – nie po to pojechaliśmy w góry.

Uploaded with ImageShack.us
Góry pustoszały. Słońce niebawem miało dotknąć grani, a my jeszcze podchodziliśmy. W dole robiło się coraz mroczniej, a na górze jeszcze pięknie, złoto, i cicho.
Dotarliśmy na wierzchołek. Był czas. Siedzieliśmy wpatrując się jak słońce nabierało czerwieni i przysiadało delikatnie na ciemniejących konturach odległych gór. Bliższe północne, strome ściany Mięguszy ogarniał mrok. Coraz mocniej rysowały się groźne, wydawałoby się złowrogie granie. Tylko w dole majaczyło w pobliżu czarnego jeziora maleńkie żółte światełko. A w górze niebo płonęło.

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us
Schronisko pod Wagą było w remoncie. Mimo bardzo późnej pory czynny był jeszcze bufet. Przy schronisku przenocować nie było można, więc pozostało schodzić w doliny. Trochę daleko , więc pozostała jeszcze jedna możliwość. Podeszliśmy znowu w stronę Rysów. Było widno od blasku gwiazd i okrągłego księżyca. Okazało się, że wszyscy mamy dość ciepłe śpiwory i płachty biwakowe w razie jakiejś wyższej konieczności. Mieliśmy też palnik, jedzenie i kilka różnych drobiazgów. Czołówki to widomo – nosi się zawsze. Znaleźliśmy sobie wygodne miejsce, zjedliśmy coś ciepłego i nie chcąc ryzykować nocnego chodzenia po górach położyliśmy się i liczyliśmy gwiazdy. Było to jednak niemożliwe, gdyż ich ilość była niesamowita. Chyba wszystkie ukazały się, by spoglądać na nas. Można było wyciągnąć rękę i dotykać każdą z nich. Delikatnie paluszkiem, żeby nie popsuć tego granatowo srebrnego baldachimu. Niektóre mrugały, niektóre spadały, gdy inne trwały nieruchomo. Mimo zmęczenia aż nie chciało się spać. Przez „okno naprzeciwko” zaglądała do nas czarna góra – Wysoka. Jej szczytowa piramida przyciągała wzrok i rozbudzała pragnienia. Myślę jednak, że to już nie dla mnie. Szkoda.
Było nam ciasno, ale ciepło. Jeden z kolegów mocując się z suwakiem stwierdził, że się spocił – co wywołało wesołość. Było przecież około 5 stopni. Jeszcze więcej wesołości wniósł stwierdzając /w tej ciasnocie/, że czuje się niepotrzebny.
Pobudka o czwartej. Lekki posiłek, pakowanie i marsz na szczyt. Było jeszcze ciemno, ale w ciągu 20 minut drogi rozjaśniało się coraz bardziej. Od wschodu jaśniejsze niebo wskazywało gdzie wypatrywać naszego pożądania i obiektu do focenia.
Błysnęły złote promyki z za ciemnych konturów poszarpanego horyzontu. Na to czekaliśmy. Słońce wysyłało do nas pierwsze oznaki pięknego dnia, pnąc się po zboczach Lodowego Szczytu. Po przeciwnej, zachodniej stronie ozłociły się czubki Mięguszy, Krywania i innych.

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us




