30.07.-9.08.2010
Ta data to czas zabawy, wysiłku, głodowania, marznięcia w śpiworku, nocnego rozkładania namiotów, flirtowanie z Francuzami, Włochami i Słoweńcami na skałkach
Środek transportu: samochód
Czas jazdy: Polska-Włochy 18h
*droga powrotna: Słowenia-Polska 17h
Pierwsze miejsce- „stolica” Dolomitów- CORTINA (pole biwakowe Olimp)
Warunki świetne, trochę drogo, ale warto. Dużo francuzów. Kilku polaków… I wiecie co? Polscy alpini to jednak przystojniaczki na tle innych. Choć śmiało konkurują z nimi niektórzy przedstawiciele Włoch
Dnia pierwszego wybraliśmy się niezbyt się przemęczając na ferratę DIBONA.




Z prostych i zrozumiałych przyczyn drogę do schroniska przebyliśmy kolejką linową.


Przy czym przy okazji podreptaliśmy sobie na CRISTALLO (3008m n.p.m.)

Warto wspomnieć że Dolomity uzbrojone są jeszcze w pozostałości po I wojnie światowej co ze szlaków robi wspaniałą wędrówkę śladami historii



Szczerze mowiąc to trasa przyjemna ale niezbyt trudna. Czasem męczące było czekanie na bardzooo przewrażliwionych Włochów wpinających się w każdy metal jaki widzieli na trasie.

Dzień drugi to już zdecydowanie dzień, w którym wreszcie zaczyna się coś dziać
Zdecydowanie muszę zainwestować w cieplejszy śpiwór albo jakiegoś fajnego kolegę, bo cholernie zmarzłam podczas tej nocy.
No to dziś Monte Paterno! To wreszcie można nazwać ferratą i miejscem pięknych widoków. W końcu warto zacząć się wpinać i używać lonży częściej.

Do samej przełęczy idzie się przyjemnie co jakiś czas wchodząc w skalne jaskinie wydrążone przez włoskich żołnierzy.



No i wreszcie ten moment kiedy trzeba koniecznie się wpiąć i dźwignąć tyłeczek w górę. Jedyne czego nie lubię w tej całej „zabawie” to fakt że czasem by się przydały ciut dłuższe nogi między jednym a drugim progiem skalnym. Niestety kolegów z propozycją „podtrzymwania” i ubezpieczenia mnie z dołu nie są tym co lubię. Wszak jestem „Zosia Samosia” i wolę „ja sama, ja sama!”.

Minus to źle oznaczone szlaki i zdarzały się pomyłki w trasie. Czasem dość niebezpieczne i mogłyby być powodem wypadków.
A po sesji foto na szczycie

w dół i z przełęczy do schroniska Tre Crime. Ostrą granią i w jaskinie, gdzie czołówka i kask niezbędna by nie zepsuć sobie główki ostrym sufitem skał.


Kolejny dzień nie zapowiadał się słonecznie, a deszcz padający całą noc nie budował nadziei na jakąś lepszą trasę. Dlatego też spacerkiem powędrowaliśmy sobie kilka km dalej od naszego campu drogą do Cascada Di Fanes. Przyjemnie i miło. Można sobie pójść nawet z dziećmi bo droga nie ma żadnego stopnia trudności. Kilka zdjęć i filmików przy przejściu pod ścianą wodospadu a potem maleńka miła ferratka powrotna Lucio Dalaiti.

Koniec częście pierwszej
P.S. Ze względu na pogodę kolejny dzień to Wenecja... Myślę że chyba można go pominąć z prostych względów na brak zdjęć w uprzęży
P.S.2. PRZEPRASZAM! TO NIE WSZYSTKIE ZDJĘCIA DO TEGO POSTU ALE COŚ POPSUŁAM I SIĘ NIE ZAŁADOWAŁY MI. ZROBIĘ TO JAK WRÓCĘ Z POPOŁUDNIOWEGO KIELISZKA WINKA




