
A ona kusi, kusi…oczko do nas puszcza…wabi szczęściem ulotnym.

A więc zakładamy pierwsze „stanowisko”, na parkingu pod Auronzo i to będzie jedyne stanowisko, które naprawdę mi odpowiada. Przez trzy dni rano taki widok, przyprawiony kawką i skromnym śniadankiem.

W dniu przyjazdu idziemy pod ścianę aby trochę pooglądać drogę, którą zamierzamy pójść. Gapię się w tą ścianę i myślę sobie – babo, idź ty sobie pospaceruj, porób parę zdjęć, zjedz szarlotkę. Czyli krótko mówiąc – gacie mam pełne strachu i żadnej ochoty aby błądzić po tej ścianie i szukać haków stanowiskowych które podobno od czasu do czasu mają się tam pojawiać. Za topo służy nam zdjęcie z przewodnika z poprowadzoną na nim linią drogi.


Po chwili zadumy pod ścianę idę pozwiedzać okolicę. Choć nie jestem tu pierwszy raz, jak zwykle, robi na mnie wrażenie, zwłaszcza Kadiny, widoczne na ostatnim planie.

Następnego dnia wstaję rześka i wojownicza jak Rambo i zdecydowałam się jednak spróbować pójść z moim partnerem na tę ścianę.
Pierwsze cztery wyciągi odbywają się bez asekuracji, są dość łatwe, 2 i 3 i moja radość nie ma granic kiedy trafiamy na pierwszy betonowany hak. Następny wyciąg przebiega również planowo, jest znowu następny hak stanowiskowy. No i na tym skończyła się moja radość. Nie możemy znaleźć nastąpnego haka i czuję że zaczynamy błądzić po ścianie. Od czasu do czasu pojawiają się haki ale raczej nie pierwszej świeżości. W tej ścianie jest trudno założyć stanowisko, taka już jej uroda. Wspinaczka odbywa się od półeczki do półeczki w stromym aby nie powiedzieć lufiastym terenie.

Intuicja mówi mi że powinniśmy już rozpocząć długi, lekko wznoszący się trawers, doprowadzający do miejsca gdzie nasza droga łączy się z drogą zjazdową. Nie udaje się nam jednak tego trawersu znaleźć ( kurna, wszystko wygląda fajnie i łatwo jak się patrzy z dołu) i mój partner decyduje się iść na wprost. Tu już wiem na pewno że dawno już zeszliśmy z naszej planowanej drogi bo trudności miały nie przekraczać 3 plus, w każdym razie do ramienia. Dopiero tam ostatnie dwa wyciągi powinny były być czwórkowe.
I tu mnie oblatuje strach. Trudności zaczynają się spore, oceniam na 5, 5 plus ale byś może że to tylko ta gigantyczna lufa i pełne gacie powodują taki odbiór. Następne cztery wyciągi, każdy około 40 m sprawiają że pocę się czystą adrenaliną. No i te przysięgi – to już ostatni raz! Nigdy więcej! Byle tylko już stanąć na tym płacie śniegu majaczącym mi gdzieś tam w dole między nogami. Stanowiska mniej lub bardziej iluzoryczne ale od czasu do czasu udaje się nam znaleźć jakieś stare haki.

Wreszcie po długiej walce wychodzimy na ramię, z którego jeszcze dwa wyciągi wyprowadzają na szczyt. Oglądam zdjęcie z narysowaną na nim naszą drogą i dochodzę do wniosku że od piątego wyciągu zrobiliśmy po prostu „diretissimę”, dlatego z czystym sumieniem rezygnuję z tych ostatnich dwóch wyciągów i wejścia na szczyt. Moje nerwy są nieco nadszarpnięte więc proszę mojego partnera żeby mi zrobił poręczówkę w tym niefajnym miejscu i za jej pomocą udaję się na pierwsze nieco szersze miejsce na ramieniu.


Robię też kilka fotek ale tak naprawdę to chcę już tylko zjechać i stanąć na przełęczce między małą a wielką Cime.



Dla chcących spróbować podaję informację że na zejściu z przełączki na lodowczyk może być bardzo nieprzyjemnie ale kiedy stanie się nad uskokiem i spojrzy w lewo to naszym oczom ukazuje się stanowisko zjazdowe zrobione z haka i klepsydry i w ten sposów można sobie zaoszczędzić sporo czasu a warto z tego miejsca szybko sp…….dalać bo strasznie lecą kamole.
A potem to już tylko laba.
URL=http://img694.imageshack.us/i/dsc00095af.jpg/]
[/URL]URL=http://img62.imageshack.us/i/dsc00090ab.jpg/]
[/URL]Wieczorem rozmawialiśmy z Czechami, którzy tego dnia wchodzili drogą Dibona na wielką Cime i powiedzieli mi mniej więcej tak: ja sem was slyszal jakeste kurwowali w stenie. No…tja.
Pozdrawiam
uszba





[/URL]
[/URL]
[/URL]


