Mój pierwszy raz nastąpił upojną nocą... :oops:
Aaaa... chodzi o góry... :shock:
A więc było to w I-szej klasie Liceum jak sądzę, czyli w roku 1991, czyli dwanaście lat temu... Kurde, jak ten czas leci...
Tatry wyglądały dla mnie jak coś zupełnie z innej bajki, gdzie nikt się nie zapuszcza. Ot - wspaniały widoczek z ulic miasta i tyle. Po dwóch dniach zaczęliśmy się jednak zastanawiać, po co te kolorowe paski na drzewach (szlaki)... I poszliśmy jednym z nich, tj. żółtym aż na sam strzelisty szczyt... Antałówki (940 m), gdzie założyliśmy I-szą bazę nieopodal pobliskiego sklepu ze słodkimi bułkami. Co za widoki, co za widoczność, co za powietrze... Nasza żądza podboju gór rozbudziła się jednak na dobre i poszliśmy dalej żółtym szlakiem na Gubałówkę gdzieś przez Poronin (grzbietem Gubałówki szliśmy dosyć długo, dopóki nie doszliśmy do stacji kolejki). A tam - ektremalne przeżycia, szkoda że nie założyliśmy masek tlenowych... Ogromna wysokość, zapierające dech widoki, przyzwoita knajpka z kiełbaskami - cudo...
:lol:
Potem mieliśmy spory dylemat, czy jesteśmy dobrze przygotowani kondycyjnie, aby zejść do miasta z Gubałówki
CZARNYM szlakiem (wtedy się rozumowało: czarny - najtrudniejszy). Odwaga w końcu wzięła górę (brawo!).
Przez następne dni próbowaliśmy za namową pewnej osoby zdobyć Sarną Skałę, co udało się dopiero za drugim razem (za pierwszym było załamanie pogodowe i zziajanie jednej osoby). No ale wiadomo - Sarnia to już poważne góry, a nie jakaś tam Gubałówka...
