Nie. Raczej zasada ograniczonego zaufania.ketivv pisze:"Zrobię babci na złość i odmrożę sobie uszy"
Wypadki górskie i lotnicze
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
"Płk Tomasz Pietrzak w Kontrwywiadzie RMF mówił w RMF, że jego zdaniem już dwa lata temu Tupolewy powinny trafić na złom. - Te samoloty nie powinny już latać."
Hmm, miałem okazję nim lecieć 2 lata temu, i nawet się śmieliśmy że plastiki trzeszczą jak w starym cinquecento. Ale mądry Polak po szkodzie, pewnie teraz procedura zakupu nowych samolotów zostanie w cudowny sposób przyspieszona
Hmm, miałem okazję nim lecieć 2 lata temu, i nawet się śmieliśmy że plastiki trzeszczą jak w starym cinquecento. Ale mądry Polak po szkodzie, pewnie teraz procedura zakupu nowych samolotów zostanie w cudowny sposób przyspieszona
"Czasem się leci ładnie, czasem się na dupę spadnie..." (P.Bukartyk)
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Mówić każdy może.Dragan pisze:Płk Tomasz Pietrzak w Kontrwywiadzie RMF mówił w RMF, że jego zdaniem już dwa lata temu Tupolewy powinny trafić na złom. - Te samoloty nie powinny już latać
Polski samolot prezydencki Tu-154M z numerem 101 ( ten któru rozwalił się pod Smoleńskiem ), został wyprodukowany w Rosji, 14 kwietnia, 1990. Miał więc 20 lat. Modernizację Tu-154 ( co nadało mu literkę M ) przeszedł w 1984 roku.
Air Force One wyprodukowane są również w 1990 i również jak wynika z obliczeń, latają 20 lat. Amerykanie posiadają dwa samoloty VC-25A, o numerach 28000 i SAM 29000, są to Boeingi 747-2G4B "Jumbo Jet".
Przed wprowadzeniem w 1990 samolotów 28000 i 29000, od 1958 były wykorzystywane dwa inne Boeingi typu 707-320B o numerach 26000 i 27000.( czyli w sumie 32 lata )
Więc nie jest ( było ) w sumie tak źle z naszym prezydenckim samolotem, nie narzekajmy. Nie jesteśmy pod tym względem gorsi od amerykanów, a ruskie wcale nie musi oznaczać gorsze, szczególnie w lotnictwie. Ale już my, to się przyzwyczailiśmy, narzekać na swoje, a chwalić cudze.
No nowość w budowie maszyn - można coś zmodernizować na 6 lat przed wyprodukowaniem!!!krzymul pisze:Polski samolot prezydencki Tu-154M z numerem 101 ( ten któru rozwalił się pod Smoleńskiem ), został wyprodukowany w Rosji, 14 kwietnia, 1990. Miał więc 20 lat. Modernizację Tu-154 ( co nadało mu literkę M ) przeszedł w 1984 roku.
Zgadzam się jednak, że to dobry samolot, choć może nie tak lanserski jak inne nowsze. W fatalnym stanie natomiast są te JAK-i.
Jestem gorszego sortu...
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
6 lat wcześniej przeprojektowano typ samolotu.Janek pisze: No nowość w budowie maszyn - można coś zmodernizować na 6 lat przed wyprodukowaniem!!!
No jednak nie do końca. ma na przykład fatalne silniki. A co do lanserstwa się nie zgodze. Tu-154 jest śliczny, żaden Boeing czy Airbus nie dorówna mu urodą.Janek pisze:Zgadzam się jednak, że to dobry samolot, choć może nie tak lanserski jak inne nowsze.
PS Leciałem do USA prawie pełnoletnim Boingiem - jego wiek dałsię wyczuć jedynie po trochę starośweickim systemie audio/video
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Grzegorz Braun
MożnaJanek pisze:No nowość w budowie maszyn - można coś zmodernizować na 6 lat przed wyprodukowaniem!!!
"Sama konstrukcja Tu-154 pochodzi z późnych lat 60. ubiegłego wieku. Oblot pierwszego bowiem samolotu tego typu odbył się 4 października 1968 a pierwszy rejs pasażerski 4 lata później – w 1972.
Samolot ten został modernizowany i oblatany w 1984, i wtedy właśnie powstała odmiana Tu-154M. Wówczas to otrzymał nowe silniki Awiadwigatiel (Sołowiow) D-30KU o ciągu 104kN i m.in. dodatkowy zbiornik paliwa o pojemności 8 250 litrów. Zmodyfikowano wówczas wygląd kabiny pilotów oraz unowocześniono awionikę. Jest to dolnopłat, zabierający na pokład do 130 pasażerów w wersji rządowej, którego rozpiętość skrzydeł to 37,55 m, długość kadłub 47,90 m a wysokość 11,70 m. Powierzchnia nośna to 201,45 m2. Masa własna tego samolotu wynosi 55 ton a masa startowa maksymalna - 100 ton. Osiąga on prędkość przelotową 935 km/h, zasięg wynosi 6600 km, latać może na pułapie 12 100 m."
Egzemplarz "prezydencki" jako wersja Tu-154M został właśnie wyprodukowany w 1990 roku, sześć lat po powstaniu wersji "M"
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
cytat pisze:Samolot, który uległ katastrofie 10 kwietnie wyprodukowany został w 1990 roku i w tym samym roku zakupiony przez Polską. W momencie produkcji resurs samolotu (nr fab. 90A837) określono na 30 000 godzin lotnych lub 15 lat służby. Między czasie samolot przechodził trzy remonty główne. Ostatni, rozpoczęty w maju 2009, przeprowadzony został w rosyjskich zakładach lotniczych w Samarze, po wylataniu 5000 godzi i 19 minut. W tym czasie wykonał 3821 lądowań. Ilość startów i lądowań jest bardzo istotna, ponieważ to właśnie w tych momentach samolot podlega największym przeciążeniom i obciążeniom. Zwłaszcza szczególnym obciążeniom poddawane są silniki, ponieważ podczas startu pracują na mocy bliskiej maksymalnej. Również kadłub podczas wznoszenia i opadania, czyli dużej zmiany ciśnienia atmosferycznego na zewnątrz, podlega silnym naprężeniom. W momencie katastrofy Tu-154M, posiadający numer 101 (popularna rządowa „jedynka”) miał wylatanych 5142 godziny łącznie, czyli 142 godziny od ostatniego remontu. W czasie jego trwania przeprowadzono remont główny silników, silnika rozruchowego (tzw. agregat APU), unowocześniono awionikę oraz wyposażenie kabin: pilotów i pasażerskiej. Po remoncie resurs samolotu został przedłużony na następne 6 lat i 7500 godzin lotnych. Same zakłady lotniczo-remontowe w Samarze są uznanymi zakładami, posiadającymi niezbędne certyfikaty do dokonywania tego typu remontów dla samolotów serii Tu.
Po powrocie do Polski, po remoncie, co nastąpiło 23 grudnia 2009, samolot przeszedł serię testów sprawdzających stan techniczny, według procedur obowiązujących w 36 Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Dopiero po nich, gdy uzyskał pozytywne wyniki, został dopuszczony do lotów, jako samolot rządowy.
Piloci latający na Tu-154M określają go jako dobry samolot, jednak ze względu na wiek samej konstrukcji ma swoje ograniczenia, których nie mają już współczesne samoloty pasażerskie. Jednym z nich jest fakt, że nie jest możliwy tzw. manewr „touch and go”. Jest to manewr awaryjny, polegający na tym, że w czasie lądowania, tuż po dotknięciu kołami pasa startowego, pilot ma możliwość ponownego poderwania samolotu do lotu, aby np. dodatkowy wykonać krąg i ponownie podejść do lądowania. Zatem załoga musi mieć bardzo szczegółowe informacje, np. o pogodzie panującej nad lotniskiem na dużo wcześniej przed podejściem do lądowania. Jak wiadomo, załoga Tu-154M nr 101 dostawała wielokrotnie informację, że pogoda nad smoleńskim lotniskiem jest zła (mgła ograniczała widoczność do kilkuset metrów) a warunki do lądowania są ciężkie. Dodatkowo, Tu-154 ma dość mocny skos skrzydeł, więc osiąga stosunkowo wysoką prędkość przelotową, jak na samolot pasażerski (935 km/h) ale jednocześnie ma dużą prędkość lądowania (minimalna prędkość tego samolotu to 235 km/h), co utrudnia lądowania na krótszych pasach (pas lotniska w Smoleński ma 2,5 km). Mimo, że opinia pilotów o tych samolotach jest na ogół pozytywna, rządowy Tu-154M miał w ostatnich latach kilka usterek w czasie podróży, które eliminowały go na jakiś czas z dalszych lotów. Do najważniejszych należy wymienić usterkę, jaka miała miejsce na lotnisku w chińskim Kunming w 2004. Polegała ona na awarii agregatu rozruchowego jednego z silników. Awaria wyglądała niebezpiecznie, ponieważ z agregatu zaczął się wydobywać czarny dym. Samolot pozostał na lotnisku, a minister Marek Belka, który nim leciał, kontynuował lot wyczarterowanym samolotem.
Druga usterka mająca miejsce w styczniu 2009, wykryta na ziemi (na szczęście) dotyczyła układu sterowania klapami. Wówczas samolotem lecieli polscy ratownicy na Haiti.
Ta sama usterka stwierdzona zastała w samolocie, którym leciał prezydent RP do Japonii. Usterkę wykryto w czasie międzylądowania w Mongolii. Prezydent kontynuował dalszą podróż wyczarterowanym samolotem.
Jednakże rzecznik MSZ Piotr Paszkowski stwierdza jednoznacznie, że stan techniczny Tu-154M nr 101 nie budził żadnych zastrzeżeń. „Żaden samolot z usterką techniczną nie jest dopuszczany do ruchu” podkreśla z mocą. Zresztą każdy samolot przed lotem przechodzi szczegółową kontrolę techniczną, udokumentowaną i podpisaną przez osobę odpowiedzialną. Jest to potwierdzenie zdatności samolotu do konkretnego lotu. Polska obsługa naziemna jest wyjątkowo solidna i odpowiedzialna. Fakt ten potwierdzają rosyjskie służby śledcze, których zdaniem samolot i załoga do końca nie sygnalizowali żadnych problemów technicznych.
Faktem jest również, że załoga samolotu kilkakrotnie otrzymywała od kontroli naziemnej informację o fatalnych warunkach pogodowych. Dwie godziny wcześniej rosyjski, wojskowy samolot transport IŁ-76, po dwóch próbach podejścia do lądowania w Smoleńsku, zrezygnował i wybrał lotnisko zastępcze w Mińsku.
W gazecie "Komsomolskaja Prawda" przedstawiciel Białoruskich Sił Powietrznych oświadczył – „Tuż przed opuszczeniem obszaru odpowiedzialności białoruskiej, kontrolerzy ruchu lotniczego poprosili rosyjskich kolegów o przekazywanie polskiej załodze Tu-154 informacji o bardzo złej pogodzie i trudnych warunkach do lądowania w Smoleńsku. Białoruscy dyspozytorzy wysyłali informację o trudnych warunkach załodze Tu-154 jednak Polscy piloci postanowili wylądować w Smoleńsku”.
Tu-154 opuścił obszar odpowiedzialności białoruskiej o 09:22 czasu lokalnego (10:22 czasu moskiewskiego). Do katastrofy doszło po 36 minutach - donosi Interfax.
Za wcześnie jeszcze mówić o przyczynach katastrofy. To co można zrobić, to podać fakty. Faktem natomiast jest, że lotnisko w Smoleński nie jest typowym lotniskiem pasażerskim. To byłe lotnisko wojskowe, nie używane już przez Siły Powietrzne Federacji Rosyjskiej, adoptowane do potrzeb samolotów cywilnych. Z tego też powodu jego wyposażenie nawigacyjne stanowi sprzęt radiolokacyjny, podający pilotowi informację na jakiej wysokości znajduje się samolot i w jakiej odległości od pasa. Nie posiada natomiast wyposażenie typu ILS, w który wyposażony był Tu-154M – 101. System ten jest już standardem na lotniskach, gdzie lądują duże samoloty pasażerskie. Wyznacza on ścieżkę schodzenia do lądowania i umożliwia bezpieczne sprowadzenia samolotu w sytuacji, gdy pilot nie widzi pasa startowego. A w Smoleński mgła była na tyle gęsta, że ograniczała widoczność miejscami do 300 – 500 metrów. Wg. naocznych świadków samolot wykonał 4 okrążenia nad lotniskiem, przygotowując się do lądowania i mimo ostrzeżeń kontroli naziemnej, aby odstąpić od lądowania, podjął procedurę. Z wypuszczonym podwoziem, rozpoczął schodzenie.
Świadkowie próby lądowania zobaczyli samolot w odległości ok. 1200 metrów od pasa startowego. Przechylny w lewo, ściął lewym skrzydłem drzewa. Usłyszeli jednocześnie ryk silników, co może świadczyć o tym, że pilot próbował poderwać samolot do wejścia na druki krąg. Nie udało mu się. Samolot tnąc drzewa runął na ziemię w odległości ok. 500 metrów od wysokości początku pasa startowego. Istotne są kolejne dwa fakty: w pewnym, miejscu ok. 800 metrów od pasa, drzewa ścięte są na wysokości ok. 8 metrów. Okazuje się, że aby bezpiecznie wylądować, na tym odcinku podejścia maszyna powinna znajdować się na wysokości 60 metrów nad ziemią. Drugi fakt, wręcz tragiczny, to taki, że samolot był przesunięty o 150 metrów w bok, względem osi pasa. A to oznacza, że nawet gdyby podejście wykonane było prawidłowo, samolot nie miał praktycznie szans wylądować bezpiecznie w tym podejściu. Pozostaje pytanie, czy w tak trudnych warunkach, bez systemu kompatybilności ILS samolotu i lotniska, samolot w ogóle powinien podjąć próbę lądowania. Minimalna widzialność dopuszczalna do lądowania dla kategorii samolotów o tym wyposażeniu, to 1000 metrów, a na lotnisku mgła ograniczała widoczność do - 500 metrów.
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Ja również witam kolegę cytata.Janek pisze:Witamy usera Cytata - skąd bogi prowadzą kolegę?
PS. Gdzieś go kiedyś trafiłem, ale nie mogę sobie przypomnieć co to była za strona. Jak odnajdę to dam linka, na razie z moich prywatnych zbiorów.
PS1. Nie umiałem zlikwidować słowa "napisał" , nie wyświetlało się - sorry za zamieszanie.
- ketivv
-

- Posty: 951
- Rejestracja: pn 28 wrz, 2009
- Lokalizacja: mama, tato, romantyczny nastroj, wino :-)
"- Ja wiem jaki jest tego wszystkiego cel i kto robi larum - dodaje Edmund Klich. - Ludzie, którzy są odpowiedzialni za tę katastrofę chcą zwalić wszystko na pilotów. A oni są tymi, którzy na końcu łańcucha zbierają błędy wszystkich. Błąd tkwi bowiem w systemie. Lotnictwo państwowe jest w permanentnym kryzysie - ocenia kategorycznie szef PKBWL. Jego zdaniem katastrofa CASY nie nauczyła tych, którzy mogli naprawić system, niczego."
http://www.tvn24.pl/-1,1653371,0,1,zmus ... omosc.html
koszmar
http://www.tvn24.pl/-1,1653371,0,1,zmus ... omosc.html
koszmar
Skończyło się głaskanie po główkach i ocieranie łez - teraz czas na twardą rzeczywistość. A ta jak zwykle skrzeczy ...
Czy my kiedyś poznamy co się tam naprawdę stało ?
Czy będzie można np. na jakimś Discovery zobaczyć program o tym zdarzeniu i śledztwie - tak jak o innych znanych wypadkach ?
Szczerze mówiąc wątpię.
Czy my kiedyś poznamy co się tam naprawdę stało ?
Czy będzie można np. na jakimś Discovery zobaczyć program o tym zdarzeniu i śledztwie - tak jak o innych znanych wypadkach ?
Szczerze mówiąc wątpię.
Każdemu jego Everest...
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Co ja mogę powiedzieć - błądze jak każdy w domysłach. Ale wiem jedno - są sprawy, które w wielu krajach wędrują do pilnie strzeżonych archiwów, w których leżakują 50 lat i więcej. Bo ich ujawnienie mogłoby zadziałać z takim skutkiem jak granat wrzucony do szamba.
Wyobrażacie sobie, zakładam teoretycznie, ujawnienie przed wyborami, że pilot otrzymał bezwzględne polecenie lądowania. Bo ja nie!
Oczywiście i tak najrozmaitsze teorie i teoryjki będą żyć swoim życiem. Jak długo? Rok, może dwa a później się uspokoi.
Pan Prokurator Generalny fatalnie zadebiutował na scenie politycznej, choć w tym niewiele jest jego winy. Powiedzmy, że za ten rok czy dwa ogłoszony zostanie raport. I przyjmijmy, znowu teoretycznie, że będzie kompletny, bez najmniejszego czegokolwiek ukrywania no i że będzie absolutnie prawdziwy. I co się twedy stanie po tych dwóch latach kursowania pogłosek? Uwierzą w niego tylko ci, którym jak to się kiedyś mówiło, "po linii i na bazie" będzie pasował. Pozostali zrobią raban, że to fałszywka i zupełnie nieważnym będzie, czy ci "pozostali" to będzie koalicja rządząca czy też opozycja i kto w danej chwili będzie koalicją a kto opozycją.
Wyobrażacie sobie, zakładam teoretycznie, ujawnienie przed wyborami, że pilot otrzymał bezwzględne polecenie lądowania. Bo ja nie!
Oczywiście i tak najrozmaitsze teorie i teoryjki będą żyć swoim życiem. Jak długo? Rok, może dwa a później się uspokoi.
Pan Prokurator Generalny fatalnie zadebiutował na scenie politycznej, choć w tym niewiele jest jego winy. Powiedzmy, że za ten rok czy dwa ogłoszony zostanie raport. I przyjmijmy, znowu teoretycznie, że będzie kompletny, bez najmniejszego czegokolwiek ukrywania no i że będzie absolutnie prawdziwy. I co się twedy stanie po tych dwóch latach kursowania pogłosek? Uwierzą w niego tylko ci, którym jak to się kiedyś mówiło, "po linii i na bazie" będzie pasował. Pozostali zrobią raban, że to fałszywka i zupełnie nieważnym będzie, czy ci "pozostali" to będzie koalicja rządząca czy też opozycja i kto w danej chwili będzie koalicją a kto opozycją.
Jestem gorszego sortu...
Ostatni mecz :
Prawdę mówiąc trudni pisać mi tekst o Donaldzie Tusku w tonie współczucia, gdyż nigdy nie uważałem go za pierwszoligowego polityka, męża stanu czy jakąś wybitną postać. Ot dzięki gdańskiemu desantowi Lecha Wałęsy, młody opozycjonista, jakich były tysiące w dużych miastach i małych miasteczkach znalazł się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.
Przez lata i dziennikarze nie widzieli w nim nic wyjątkowego. Nazywali go „największym leniem wśród polityków”. Utkwił mi w pamięci, jako kibic i piłkarz, jeden z „bohaterów nocnej zmiany” oraz błaźniący się uczestnik „Szansy na sukces”.
Oczywiście nie siedzę w polityce od wewnątrz, a tym bardziej w głowie Donalda Tuska. Zakładając jednak z dobra wolą, że nie ma w jego życiu jakiś tajemniczych uwikłań czy groźnych „uzależnień” to należy dostrzec w nim dzisiaj postać niezmiernie tragiczną.
Donald Tusk został potwornie skrzywdzony przez dokładnie te same „elity”, media i koterie kręcące Polską jak za przeproszeniem ogon wywijający psem, które gnoiły z zapamiętaniem Lecha Kaczyńskiego.
Kiedy z prezydenta robiono prymitywnego głupka, jego uczyniono mężem opatrznościowym, wizjonerem, ostatnią deską ratunku dla Polski. Wszyscy pamiętają słynne „Tusku musisz”.
On dzięki coraz liczniejszym dworzanom, komplemenciarzom i zausznikom w to uwierzył, a że dusza w nim sportowa, dobrał sobie, jako najbliższych współpracowników kolegów z boiska. Ta sportowa dusza podszeptywała mu, że w potyczce z PiS-em ważny jest tylko aktualny wynik, a każdy dzień jest meczem, którego rezultat wyświetlają na tablicy kilka razy na dobę zaangażowane jak nigdy sondażownie.
W erze rządów PO poważna polityka odeszła w cień. Zaczęły się niemające końca wizerunkowe starcia na stadionie, Polska.
Walka o krzesła, miejsce w samolocie, sam samolot, a nazajutrz wynik 1:0, 2:0, 3;0. Żyć nie umierać.
Dało się przenieść ukochane hobby do polityki i grać, kiwać, strzelać przeciwnikom kolejne gole przy aplauzie klakierów, którym nie przeszkadzało stosowanie dopingu w postaci usłużnych „ekspertów”, dopalaczy w osobach „wybitnych” dziennikarzy czy brutalnych fauli, których przekupni sędziowie nie zauważali.
8 lutego 2008 roku to data dla mnie z dzisiejszego punktu widzenia tragiczna. Wtedy to rozpoczął się najważniejszy mecz Tuska, który zapadnie w pamięci świata podobnie jak tragedia na stadionie, Heysel.
To wtedy dla pokazaniu światu i Polakom, a w szczególności kaczystom, że Tusk to Liga Mistrzów i gracz światowego formatu zorganizowano mu w ekspresowym tempie wizytę w Moskwie i wciśnięto go po raz pierwszy w ramiona Putina. Rzecz to była bez precedensu, aby wielki car bez wielomiesięcznych uzgodnień kanałami dyplomatycznym przyjął ot tak sobie nagle premiera Polski.
Choć wizyta miała wymiar czysto propagandowy i wizerunkowy to konsekwencje starcia piłkarza z szachistą-czekistą są dramatyczne. Po tej wizycie Kreml okrzyczał polskiego premiera „naszym człowiekiem w Warszawie” i rozpoczął rozgrywkę typu dziel i rządź, oddzielaj stopniowo ziarno od plew, by na końcu 7 i 10 kwietnia dokonać selekcji jak na rampie.
Kulminacja i ostatnia akcja tego starcia, megalomańskiego amatora z wytrawnym zawodowcem nastąpiła w styczniu, kiedy to Prezydent Lech Kaczyński wysłał list do rosyjskiej ambasady w Warszawie informujący o swojej wizycie 10 kwietnia 2010 roku w Katyniu.
Wszyscy pamiętają tą wyrafinowaną grę na czas ambasadora Grinina udającego, że o liście nic nie wie, jego rzekomym zaginięciu i cudownym nagłym odnalezieniu. W tym czasie podano sensacyjną wiadomość. Tusk wygra kolejne starcie z wrażym kaczorem pokazując się trzy dni wcześniej w Katyniu i to w towarzystwie samego Putina. Już pewnie widział oczami wyobraźni ten kolejny sondażowy zwycięski wynik.
Wtedy to już stało się jasne, że w drugim samolocie pojawią się w przytłaczającej większości, ci wszyscy, którzy zechcą wesprzeć Prezydenta RP i jak najwyżej podnieść rangę jego wizyty. Wiadomo, było, że na pokład wejdą najbliżsi współpracownicy, szefowie IPN, NBP, RPO i cała czołówka partii opozycyjnej z Jarosławem Kaczyńskim.
Co stało się dalej wszyscy wiemy. Dziś wiadomo, że szybkiego wyjaśnienia przyczyn katastrofy nie należy oczekiwać. Wiemy również, że dzięki nieudolności (?) Polskiego rządu wszystkimi dowodami dysponują Rosjanie, a fakt, że zamiast czarnych skrzynek otrzymamy stenogramy i analizy rosyjskie będzie na długie lata uwiarygodniał wersję zamachu.
Tusk już dzisiaj wie, że do historii dla wielu przejdzie, jako zdrajca lub nieodpowiedzialny i pozbawiony wyobraźni nieudolny polityk, który przez swoją głupotę, rozbudzone ambicje i permanentny bezsensowny bratobójczy mecz z Lechem Kaczyńskim, wystawił swoich rodaków jak „kaczki” na odstrzał.
Nie zazdroszczę mu i jestem pewien, że jeżeli jest, choć odrobinę wrażliwym człowiekiem, to miota się teraz, co noc w mokrej pościeli targany wyrzutami sumienia.
Prawdę mówiąc trudni pisać mi tekst o Donaldzie Tusku w tonie współczucia, gdyż nigdy nie uważałem go za pierwszoligowego polityka, męża stanu czy jakąś wybitną postać. Ot dzięki gdańskiemu desantowi Lecha Wałęsy, młody opozycjonista, jakich były tysiące w dużych miastach i małych miasteczkach znalazł się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.
Przez lata i dziennikarze nie widzieli w nim nic wyjątkowego. Nazywali go „największym leniem wśród polityków”. Utkwił mi w pamięci, jako kibic i piłkarz, jeden z „bohaterów nocnej zmiany” oraz błaźniący się uczestnik „Szansy na sukces”.
Oczywiście nie siedzę w polityce od wewnątrz, a tym bardziej w głowie Donalda Tuska. Zakładając jednak z dobra wolą, że nie ma w jego życiu jakiś tajemniczych uwikłań czy groźnych „uzależnień” to należy dostrzec w nim dzisiaj postać niezmiernie tragiczną.
Donald Tusk został potwornie skrzywdzony przez dokładnie te same „elity”, media i koterie kręcące Polską jak za przeproszeniem ogon wywijający psem, które gnoiły z zapamiętaniem Lecha Kaczyńskiego.
Kiedy z prezydenta robiono prymitywnego głupka, jego uczyniono mężem opatrznościowym, wizjonerem, ostatnią deską ratunku dla Polski. Wszyscy pamiętają słynne „Tusku musisz”.
On dzięki coraz liczniejszym dworzanom, komplemenciarzom i zausznikom w to uwierzył, a że dusza w nim sportowa, dobrał sobie, jako najbliższych współpracowników kolegów z boiska. Ta sportowa dusza podszeptywała mu, że w potyczce z PiS-em ważny jest tylko aktualny wynik, a każdy dzień jest meczem, którego rezultat wyświetlają na tablicy kilka razy na dobę zaangażowane jak nigdy sondażownie.
W erze rządów PO poważna polityka odeszła w cień. Zaczęły się niemające końca wizerunkowe starcia na stadionie, Polska.
Walka o krzesła, miejsce w samolocie, sam samolot, a nazajutrz wynik 1:0, 2:0, 3;0. Żyć nie umierać.
Dało się przenieść ukochane hobby do polityki i grać, kiwać, strzelać przeciwnikom kolejne gole przy aplauzie klakierów, którym nie przeszkadzało stosowanie dopingu w postaci usłużnych „ekspertów”, dopalaczy w osobach „wybitnych” dziennikarzy czy brutalnych fauli, których przekupni sędziowie nie zauważali.
8 lutego 2008 roku to data dla mnie z dzisiejszego punktu widzenia tragiczna. Wtedy to rozpoczął się najważniejszy mecz Tuska, który zapadnie w pamięci świata podobnie jak tragedia na stadionie, Heysel.
To wtedy dla pokazaniu światu i Polakom, a w szczególności kaczystom, że Tusk to Liga Mistrzów i gracz światowego formatu zorganizowano mu w ekspresowym tempie wizytę w Moskwie i wciśnięto go po raz pierwszy w ramiona Putina. Rzecz to była bez precedensu, aby wielki car bez wielomiesięcznych uzgodnień kanałami dyplomatycznym przyjął ot tak sobie nagle premiera Polski.
Choć wizyta miała wymiar czysto propagandowy i wizerunkowy to konsekwencje starcia piłkarza z szachistą-czekistą są dramatyczne. Po tej wizycie Kreml okrzyczał polskiego premiera „naszym człowiekiem w Warszawie” i rozpoczął rozgrywkę typu dziel i rządź, oddzielaj stopniowo ziarno od plew, by na końcu 7 i 10 kwietnia dokonać selekcji jak na rampie.
Kulminacja i ostatnia akcja tego starcia, megalomańskiego amatora z wytrawnym zawodowcem nastąpiła w styczniu, kiedy to Prezydent Lech Kaczyński wysłał list do rosyjskiej ambasady w Warszawie informujący o swojej wizycie 10 kwietnia 2010 roku w Katyniu.
Wszyscy pamiętają tą wyrafinowaną grę na czas ambasadora Grinina udającego, że o liście nic nie wie, jego rzekomym zaginięciu i cudownym nagłym odnalezieniu. W tym czasie podano sensacyjną wiadomość. Tusk wygra kolejne starcie z wrażym kaczorem pokazując się trzy dni wcześniej w Katyniu i to w towarzystwie samego Putina. Już pewnie widział oczami wyobraźni ten kolejny sondażowy zwycięski wynik.
Wtedy to już stało się jasne, że w drugim samolocie pojawią się w przytłaczającej większości, ci wszyscy, którzy zechcą wesprzeć Prezydenta RP i jak najwyżej podnieść rangę jego wizyty. Wiadomo, było, że na pokład wejdą najbliżsi współpracownicy, szefowie IPN, NBP, RPO i cała czołówka partii opozycyjnej z Jarosławem Kaczyńskim.
Co stało się dalej wszyscy wiemy. Dziś wiadomo, że szybkiego wyjaśnienia przyczyn katastrofy nie należy oczekiwać. Wiemy również, że dzięki nieudolności (?) Polskiego rządu wszystkimi dowodami dysponują Rosjanie, a fakt, że zamiast czarnych skrzynek otrzymamy stenogramy i analizy rosyjskie będzie na długie lata uwiarygodniał wersję zamachu.
Tusk już dzisiaj wie, że do historii dla wielu przejdzie, jako zdrajca lub nieodpowiedzialny i pozbawiony wyobraźni nieudolny polityk, który przez swoją głupotę, rozbudzone ambicje i permanentny bezsensowny bratobójczy mecz z Lechem Kaczyńskim, wystawił swoich rodaków jak „kaczki” na odstrzał.
Nie zazdroszczę mu i jestem pewien, że jeżeli jest, choć odrobinę wrażliwym człowiekiem, to miota się teraz, co noc w mokrej pościeli targany wyrzutami sumienia.



