Moi kumple, którzy po Alpach już hasali latem, w zimie też jeszcze nie byli, pomyśleliśmy więc, że bardzo chcemy spróbować. Cel mieliśmy jeden: maksymalnie 5 dni na cały wyjazd (w tym dojazd i przyjazd) i wejście na szczyt powyżej 4000 o trudnościach mniej więcej PD (niestety wyceny znaleźliśmy tylko w warunkach letnich). Na początku lutego zaczęło się powolne organizowanie i szukanie celu. Wybór padł na Piz Bernina: malowniczy czterotysięcznik w dolinie Engandiny na pograniczu szwajcarsko-włoskim, spełniający wszystkie nasze warunki. Najwyżej sytuowany szczyt we wschodnich Alpach, letnie trudności PD (a więc zimą nie powinno być tak bardzo banalnie), winterraum położony odpowiedni wysoko aby z niego w jeden dzień wejść i zejść ze szczytu i kolejka umożliwiająca dostanie się do schroniska Diavolezza.
Końcówka lutego - urlopy zaklepane, sprzęt skompletowany, prowiant kupiony..już prawie jedziemy. Niestety w tygodniu, w którym mamy jechać pogoda płata figle. Obowiązuje rosnący III stopień zagrożenia lawinowego, sypie śnieg, widoczność zerowa. Prognozy na kolejne dni nie dają dużych złudzeń: niestety nie jedziemy, musimy wszystko odłożyć.
Aby nie tracić urlopu razem z jednym z kolegów idziemy w Tatry walczyć (jak się okazało - dosłownie) z granią zachodnich, ale po załamaniu pogody i srogiej lekcji pokory, zastanawiając się czy warto w zimie chodzić w góry musimy i z tego zrezygnować (ale to już inna historia). Nieco zdołowani i przybici, pocieszenia szukamy w próbie ponownego wyjazdu na Piz Bernina. Po raz kolejny zaklepujemy urlopy i rzucamy się w wir przygotowań do niego.
Tym razem wszystko wydaje się układać po naszej myśli. Pogoda jest stabilna i bardzo dobra. Udało się- jedziemy. Wszystko mamy zaplanowane co do dnia, nie może być ani pół dnia opóźnienia albo straty bo wtedy wszystko weźmie w łeb. We wtorek po pracy, pakuje ciężkie plecaki, narty, i inne badziewia i udaje się do mieszkającego 3 bloki dalej kumpla do którego z Warszawy ma przyjechać trzeci uczestnik wyprawy - Piotr.
O 2 w nocy pojawia się kolega, pakujemy samochód, decydujemy iż tylko Piotr bierze narty turowe, ja i Kamil rezygnujemy. Początkowo w planach przy zejściu mieliśmy zjechać lodowcem na nartach (Kamil na desce), ale za dużo było zachodu z organizowaniem przechowywania nart i warunkami jakie będą na lodowcu panować.
Czeka nas 14 godzin w samochodzie. Cóż się nie robi dla gór:) Jedziemy więc, zmieniając się za kierownicą co 2-3 godziny. Podróż nie jest strasznie wykańczająca. Pogoda znakomita co sprzyja wyglądaniu z zaciekawieniem przez okno samochodu zamiast kimania zgiętym w pół na plecakach i innym badziewiu na tylnym siedzeniu. Na fragmencie niemieckiej autostrady, zaliczamy jeszcze kontrolę czy aby na pewno samochód którym się poruszamy nie jest ukradziony.
Około godziny 17:00 docieramy do miejsca docelowego, do miejscowości Pontresina, gdzie znajduje się stacja kolejki Diavolezza i dodatkowo stacja innej kolejki (naziemnej) o przyjemnej nazwie Bernina Express.

W samochodzie mamy ze sobą namiot i w planach jest rozbicie się gdzieś w okolicy aby przespać noc na dole. Śniegu jest jakieś 2 metry co skłania nas do poszukiwania odpowiedniego miejsca. Zamiast namiotu lokujemy się chwilowo w ciepłej i pustej poczekalni stacji Bernina Express. Po chwili namysłu decydujemy, iż jeśli stacja na noc nie jest zamykana prześpimy się tutaj, i rano o 8:30 wyjeżdżamy pierwszą kolejką do góry.

Pakujemy więc graty do poczekalni, oddelegowujemy "ochotnika" do pójścia do okolicznego strumienia po wodę do gotowania. Żeby dostać się do strumienia trzeba niestety założyć stuptuty albo rakiety bo śniegu jak pisałem wyżej nie brakuje.
Wnętrze poczekalni wygląda tak (ciepłe, oświetlone i puste):

Okazuje się iż samochód stojący na parkingu nieopodal nie może tu zostać, w związku z tym Piotr jedzie niżej szukać miejsca do zostawienia samochodu a ja i Kamil robimy jedzenie. Troszkę nam głupio, ale po krótkiej i bardzo sympatycznej pogawędce z obsługą kolejki przestajemy mieć opory. Dodatkowo zaufanie wzbudza bardzo miłe nastawienia obsługi, która widząc nas znoszących karimaty do poczekalni uśmiecha się szeroko.
Miejsca na samochód znajduje się 10 minut niżej przy parkingu restauracji. Kolega aby być w porządku poszedł do właściciela i zapytał czy możemy zostawić na 3 dni samochód. Otrzymał bardzo uprzejmą zgodą a po odpowiedzi na jego pytanie po co tu jesteśmy (climbing on Piz Bernina) nie zadaje więcej pytań:)
Zaliczamy jeszcze przygodę z poczekalnią. Otóż okazało się iż jest zamykana zamkiem magnetycznym po odjeździe ostatniej kolejki i z zewnątrz nie można się do niej dostać. Na całe szczęście, kiedy okazało się że nie możemy już otworzyć drzwi ( a w środku są plecaki i wszystkie niemal rzeczy) w środku zostałem jeszcze ja (nie zdążyłem wyjść) w związku z tym z poczuciem ulgi wpuszczam resztę do środka. Już wiemy, że w środku zawsze ktoś musi być.
Przepakowujemy się więc, gotujemy jedzonko, dzielimy rzeczy, które musimy wynieść na górę. Plan jest następujący. Pierwszego dnia wyjeżdżamy pierwszą kolejką do schroniska Diavolezza i idziemy dalej przez grań Fortezza do winterraumu Marco e Rosa. Odległość która mamy do pokonania to według letniego czasu 6-7 godzin. Na miejscu dowiadujemy się że w obecnych warunkach (są bardzo dobre) nie mniej niż 8 godzin. Wiemy więc co nas czeka. Ostra orka pod górę, ciężkie plecaki trochę wspinania na grani i sporo kluczenia na lodowcach – szczególnie w ich górnej części. Na drugi dzień planujemy wejść na szczyt, zejść i znów zanocować w winterraumie, trzeciego dnia zejście do Diavolezzy, zjazd w dół i powrót do Polski.
DZIEŃ 1 - Diavolezza - Marco e Rosa
Wstajemy rano, gotujemy wodę do termosów, wkładamy na siebie wszystko co będzie potrzebne (tak aby nie tracić czasu na to w schronisku) i wyjeżdżamy do góry. Pogoda idealna. Lodowiec wygląda zachęcająco, okoliczne widoki – bajka.


Widok na nasz cel – Piz Bernina (po prawej stronie).

Piotr zjeżdża na lodowiec trasą narciarską, my zjeżdżamy na lodowiec na dupach okolicznym żlebem albo pomykając w dół na rakietach. Na lodowcu wiążemy się i idziemy w kierunku grani Fortezza.
Grań Fortezza na środkowym planie:

Lodowiec Morteratsch:

Tarasy Bellavista:

Wystający czubek na środkowym planie to Fuorcla Crast' Aguzza. Po jej prawej stronie nieco poniżej pokrytej lodem i mocno zmarzniętym śniegiem przełęczy, znajduje się schronisko i winterraum Marco e Rosa.

Widok na zachodnią grań Piz Bernina – Biancograt:

Przez lodowiec przechodzimy bezproblemowo i w miarę szybko. Ciążą jednak mocno zapakowane plecaki. Podchodzimy na samą grań ucinając sobie jeszcze pogawędkę z okolicznym przewodnikiem, który wraz z przyjaciółmi wybrał się na turową wycieczkę. Piotr jako jedyny z nas ma narty na nogach co skutkuje podejrzeniem iż jest naszym przewodnikiem. Napotkani ludzie szybko dostają informację gdzie idziemy, kiedy wracamy, skąd jesteśmy, jak długo jechaliśmy i że jesteśmy „tylko” grupą przyjaciół. Po tych informacjach, spoglądają na nasze plecaki i kwitują wszystko słowem „You’r tuff”
Grań jest wyposażona w stałe punkty, więc gdzieniegdzie tylko dokładamy coś od siebie. Całość przechodzimy na lotnej asekuracji, mimo fragmentów, które budzą wyraźne emocje, gdyż grań zasypana jest śniegiem na tyle iż chwyty trzeba wygrzebywać spod śniegu plus trzymać się ich w rękawiczkach.


Po przejściu grani wiemy już, że czasu mamy mało i musimy iść w miarę szybko aby uniknąć konieczności kluczenia wśród szczelin górnej części lodowca po ciemku.
Chwila odpoczynku pod tarasami Bellavista:


Warunki śniegowe są znakomite. Betony i prawie zerowy wiatr sprawia że wysiłek staje się prawie czystą przyjemnością. Po niedługim czasie docieramy do wspomnianej już igły Fuorcla Crast' Aguzza. Okazuje się iż całe zejście z trawersu Bellavista usłane jest bardzo dużymi szczelinami i przejście tamtędy nie jest możliwe. Schronisko i winterraum już widzimy. W zapadających powoli ciemnościach decydujemy się zejść w dół w kierunku drugiej odnogi lodowca Morteratsch i stamtąd podejść do góry na przełęcz gdzie znajduje się schronisko. Ubieramy czołówki i ruszamy na dół, po krótkim zejściu trawersujemy tak wysoko jako to możliwe aby uniknąć zarówno wejścia w szczeliny znajdujące się powyżej jak i konieczności zejścia na sam dół lodowca. Po wyczerpującym, przerywanej odpoczynkami co 5 minut podejściu wychodzimy na przełęcz w kompletnych już ciemnościach. Niestety schroniska nie dostrzegamy, idziemy więc „na czuja” tam gdzie powinno się znajdować kiedy widzieliśmy go z góry. Piotr wyciąga GPS i stara się namierzyć go, udaje mu się odczytać iż schron znajduje się około 90 metrów w kierunku w którym idziemy. Po kilku minutach widzimy zarysy budynku i uradowani wczołgujemy się do winterraumu.

Jest nieco zasypany śniegiem, i zupełnie pusty. Na pryczach zalegają sterty kocy, troche śniegu, a na stole pozostałości po imprezie sylwestrowej (tak nam się zdaje). Zimno. W baniaku na stole reszta wytrawnego czerwonego wina i starej kiełbasy. Staramy się ogrzać nieco. Zapalamy znalezioną resztkę świeczki, przynosimy śniegu i gotujemy jedzenie i przede wszystkim HERBATĘ
CDN



























