WSPOMNIENIA WŁÓCZĘGI

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

WSPOMNIENIA WŁÓCZĘGI

Post autor: włóczęga »

Od jakiegoś już czasu o tym myślałem, aby podzielić się z wami tym, co sobie spisałem w ciągu ostatnich lat. Robiłem to przede wszystkim dla siebie, ale może i wy zechcecie poczytać i obejrzeć.
Moje wspomnienia nie całkiem przedstawię chronologicznie, ale to nie takie proste. Wklejanie ich tu na forum nie stanowiłoby problemu, gdyby nie zdjęcia - one jednak są /jak myślę/ wspaniałym uzupełnieniem treści, jakie są w tych wspomnieniach zawarte.
Pragnąłem zawrzeć w nich nie tylko relacje, ale i własne odczucia podczas przebywania w różnych górach.
Mam jednak prośbę. Nie rozwodniajcie tego tematu niepotrzebnymi postami. Myślę, że byłoby szkoda. No, ale jednak to forum, więc to zależy od was.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Początki


Nie miałem tego szczęścia, aby móc poznać góry od dziecka. Takie były czasy, że rodziców moich – tak zresztą, jak wielu innych – nie było stać na urlopowe wyjazdy. Na wakacje rokrocznie wyjeżdżałem na kolonie, ale tak się składało, że nigdy one nie były organizowane w górach. No cóż, nie znałem gór, więc i za nimi nie tęskniłem.
Chociaż – podobno kiedyś byłem w Szklarskiej Porębie. Oczywiście nic nie pamiętam z tamtego pobytu, bo miałem wtedy trzy latka. Jednakże zdjęcie, jakie niedawno znalazłem u mamy, świadczy o tym jak się bytowało 11 lat po II wojnie światowej.

Obrazek

Moje pierwsze zetknięcie z Tatrami miało miejsce dopiero, gdy byłem w szkole średniej i wyjechałem na zimowisko w Beskidy. Stamtąd mieliśmy wyjazd w Tatry, a właściwie tylko wyjazd na Kasprowy Wierch. Nic nie mogę pamiętać z widoków, bo staliśmy tylko w gęstej chmurze zasłaniającej wszystko poza najbliżej stojącymi osobami. Tak, więc było to tylko zetknięcie z tatrzańską chmurą.
Następna okazja przytrafiła mi się, gdy byłem już dorosłym, pracującym człowiekiem. Był rok 1978, a więc miałem 25 lat. Wraz z grupą z zakładu pracy wyruszyliśmy na wycieczkę po ówczesnej Czechosłowacji, aby odwiedzić kilka ciekawych regionów. Jednym z nich były Tatry. Z kampingu w Tatrzańskiej Łomnicy wyruszyliśmy nad Skalnate Pleso i Popracke Pleso. Niezbyt długie trasy tatrzańskimi szlakami były dla mnie nowością. Ginące we mgle i deszczu świerki starające się przebić przez tę złą aurę starały się sięgnąć górującymi ponad wszystkim szczyty skrytych, skalnych kolosów. Koloryt wrześniowych gór, hal, lasów i kosodrzewiny przysłaniała siwa delikatna mgiełka poruszana wiatrem. Patrząc teraz na te zdjęcia i wspominając mój ubiór - delikatny uśmiech pojawia się na twarzy. Cóż, takim byłem turystą. No, ale byłem za to młody.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Chociaż podobało mi się tam, chociaż robiły na mnie wrażenie jeziora pluskające o skały – to jednak nie wtedy jeszcze zakochałem się w Tatrach.

Dopiero rok 1983 był rokiem, kiedy ujrzałem naprawdę te góry.
Był to chyba już październik, gdy z czwórką znajomych pojechaliśmy do Zakopanego. Było jeszcze ciemno, a my już wyszliśmy z kwatery, aby udać się do kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Na szlak wyszliśmy przy ładnej, słonecznej pogodzie. Zaplanowana trasa nie dawała mi żadnego wyobrażenia tego, co ujrzę po drodze. Nie miałem nawet mapy i zdany byłem na tych, którzy mieli pokazać mi piękno gór i poznać mnie z tatrzańskimi szlakami. Ruszyliśmy w kierunku Świnicy.
Nie byłem już młodym chłopakiem, ale trzydzieści lat, szczupła, wysportowana sylwetka powodowała, że skała i nawet miejsca ubezpieczone łańcuchami nie były dla mnie jakimkolwiek problemem. Czułem się jak na własnym podwórku, jak młody chłopak wdrapujący się po drzewach bawiący się w Indian. Po prostu sprawiało mi to wielką przyjemność. A do tego miałem coraz to nowsze i piękniejsze widoki wyłaniające się, co chwilę na szlaku.
Stanąłem na pierwszym swoim szczycie.
Z dołu zdawał się być nie do osiągnięcia. Okazało się, że go zdobyłem. To było ważne dla mnie wydarzenie.
To był ten moment, gdy Tatry zauroczyły mnie. Długo patrzałem we wszystkie strony skalnego świata. Stałem pośrodku kamiennej areny. Wiem teraz, że to zabrzmi jak brak pokory dla gór, którą poznałem później, ale czułem się jak zwycięzca na tej arenie. Wszystko leżało u mych stóp. Tak czułem. Byłem młody i niedoświadczony. Wydawało mi się, że zdobywanie gór to wcale nie taki wielki problem, że to nie takie trudne. Na nogi powalały mnie tylko widoki – nigdy czegoś takiego nie widziałem. Było pięknie. Nie myślałem wtedy o tym, że będę w tym miejscu i jemu podobnych, wiele, wiele razy. Że wędrówki po Tatrach i innych górach Europy staną się ważną częścią mojego życia. Wtedy wiedziałem, że powrócę jeszcze w góry, ale nie sądziłem, że one tak mną zawładną. Okazuje się, że potęga gór, to nie tylko, wielkość, wysokość i twardość skał. Posiadają one jeszcze inną moc.
Dodam jeszcze tylko, że zdjęcia robiłem Zenitem, takim dawnym, ale w tamtych czasach niezłym aparatem. Właściwie to robiłem slajdy, bo kolorowe zdjęcia nawet na kiepskich kliszach marki ORWO i kiepskim papierze było dość kosztownym hobby. Slajdy były tańsze. Takie to były dziwne czasy. Dobrze jednak, że to wszystko dotrwało do dnia dzisiejszego. Pomagają w powrocie do przeszłości.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Później zeszliśmy w stronę Zawratu, chociaż ja zdany na innych, tych nazw jeszcze nie znałem. Dalej, przez Dolinę Pięciu Stawów i Świstówkę w stronę Morskiego Oka. Pamiętam, jak wszystko mi się podobało. I góry, i stawy i nawet każdy kamień, na którym stawiałem swoje coraz bardziej zmęczone nogi.

Obrazek

Obrazek

Zbliżając się do Doliny Rybiego Potoku, a więc do asfaltowej drogi, którą mieliśmy zjechać autobusem do Zakopanego, musieliśmy przyspieszyć, aby zdążyć na ostatni środek transportu. Na chwilę wstąpiliśmy nad Morskie Oko. Byłem chyba już tak zmęczony, że nie pamiętam teraz, jakie zrobiło na mnie wrażenie, a przecież jest to teraz dla mnie najpiękniejsze miejsce na ziemi. Obraz tamtejszy gdzieś się zatarł w pamięci, odczucia uleciały po tylu latach. Jest jednak pewne, że tamto miejsce wówczas wyglądało tak samo jak dziś. I nic się nie zmieni w przyszłości, jeśli sam człowiek go nie zniszczy.
Pospieszyliśmy na ostatni autobus do Włosiennicy.
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

z niecierpliwością czekam na kolejne Twoje wspomnienia :)
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Każdy był „stonką”.


Ja też. Dla wielu może jestem nią nadal. Wcale mi to nie przeszkadza i wcale mnie nie obraża. Określenie „stonka” na ogół uważa się jako coś ujmującego, gdyż jest to szkodnik. W górach „stonka” przeszkadza „prawdziwym turystom” – hałasuje,śmieci, robi tłok itp. Ale nawet, gdy ktoś zachowuje się poprawnie, ale widać, że jest górskim nowicjuszem, nie posiada ze sobą wszystkiego, co potrzebne jest na wycieczki w góry, nie zna jeszcze topografii, nie zna specjalnych określeń itp. – jest „stonką”. Nie koniecznie traktowaną złowrogo, ale tak już jest od dawna. To określenie przylgnęło jak kiedyś „kot” w wojsku. Każdy nim był, chociażby później doczekał się gwiazdek.
Ja tez byłem „stonką”. Nie tylko same opisy pokażą wam jakim byłem nowicjuszem w górach, ale i stare zdjęcia unaocznią to w szczegółach. Oczywiście nie ma co patrzeć na wszystko z tego odzienia, bo przecież były to inne czasy i niemożliwością było mieć buty „skarpa”, czy kurtki „mamuta”.

Ale kiedyś „stonka” tzn. ja i moja żona, gdy przyjechała do Zakopanego od razu ujrzała Giewont. Ja byłem już raz w Tatrach, a konkretnie siedem lat wcześniej, więc czułem się jakby trochę lepszy, bardziej obeznany. Żona, gdy usłyszała propozycję wejścia na tą górę była przerażona i stwierdziła, że „w życiu - to nie możliwe”.

Następnego dnia już oglądała góry z innej perspektywy. „Stonka” wjechała na Kasprowy i kierowała się w stronę Beskidu. Była piękna pogoda. Słońce osiągnąwszy swój najwyższy pułap grzało mocno i dawało radość sercu i oczom. Góry są piękne w taką pogodę. Doszliśmy aż do Przełęczy Świnickiej.

Obrazek

Opowiadałem, jak to kiedyś wchodziłem stąd na Świnicę i dalej szedłem ze znajomymi, że jest to bardzo fajny szlak i wcale nie taki trudny na jaki wygląda z tego miejsca. Mogłem imponować. Byłem mężem, który już tu był i poradził sobie z tą stromą górą i ścieżką na nią wiodącą. Po takich opowiadaniach, żona stwierdziła, że też chce tam wejść. Tak naprawdę to wtedy ucieszyłem się, bo pamiętałem jakie to fajne wdrapywać się na szczyt, oglądać z niego widoki i później jaka to frajda opowiadać, gdzie się było. Cieszyłem się, że mój pobyt w Zakopanem to będzie też przygoda z górami.
Ruszyliśmy. Było już chyba po godzinie 13-tej. Ale co tam, „stonka” nie zważała na to. Było super. Żona świetnie sobie radziła. Cieszyła się z trudności i widoków może jeszcze bardziej niż ja. Dla niej to była nowość, coś wyjątkowego – ja byłem już „starym wygą”, a poza tym „mężczyzną”, a nie młokosem, czy „babą”. Można było imponować swojej najdroższej. Było fajnie. Postanowiłem, że nie warto wracać do kolejki. Przecież mapa wskazywała, że można zejść z Przełęczy Zawrat do Doliny Gąsiennicowej i ze schroniska Murowaniec do Kuźnic. A stamtąd na kwaterę. To proste, odkrywcze i pouczające. Można było poznać nowy szlak. Cieszyłem się.

Obrazek

Obrazek

Zejście z Zawratu było spełnieniem pragnień. Poznawaliśmy prawdziwe góry. Cóż to dla mnie takie skały i łańcuchy, gdy wychowywałem się na książkach Karola Maya i w dzieciństwie skakałem po drzewach jak Tarzan w oglądanych komiksach. Na szczęście żona wychowująca się na wsi wśród starszych braci, też nie miała z trudnościami problemu. Pokazywała na co ją stać i cieszyła się.
Doszliśmy do Murowańca. Robiło się późno. Zmęczenie nasilało się z minuty na minutę. Żona pytała, czy daleko jeszcze do Zakopanego. Ja wiedziałem tylko, że „za tym wzniesieniem”. Weszliśmy na nie, ale nic nie było widać. Skąd mogłem wiedzieć, jak to daleko? Przecież nie przeczytałem w żadnym przewodniku, przecież nigdy tu nie byłem, przecież nie miałem pojęcia, co nas jeszcze czeka. Mapa, na której oglądanie nie bardzo już starczało czasu, by na nią zerkać, wskazywała, że jeszcze tylko zejście na dół. Zmierzchało, a my przecież latarek nie mieliśmy. Dobrze, że pogoda była stabilna, bo przecież wjeżdżając na Kasprowy przy pięknej pogodzie nawet nie pomyśleliśmy o cieplejszym ubraniu i jakiejś pelerynie. To przecież normalne. Kto zabiera ciężar przeszkadzający w górach? My tylko wybraliśmy się na wycieczkę, na spacer w góry.
Spotkaliśmy jakąś parę. Oni postanowili zbiec prawym szlakiem na rozwidleniu. Mnie lewy, czyli Doliną Jaworzynki wydawał się krótszy. „Stonka” oczywiście wybrała gorszy wariant. Wolniejszy. Nie mieliśmy już siły. Cały czas mówiłem, że już niedaleko. Żadnych innych argumentów już nie miałem. Ale nadal udawałem, że wszystko jest OK. Sam, wiedziałem, że nie ma innego wyjścia, jak iść śmiało do przodu. Na mapie znałem się na tyle dobrze, że wiedziałem, że idziemy dobrze. Brakowało mi tylko czasu. A czas powodował, że robiło się coraz ciemniej, a nogi snuły się po nieznanych ścieżkach i co i raz potykały o wystające kamienie.
Zamigotało światełko. Ktoś rozpalił ognisko przy szałasach. Było prawie ciemno, gdy jakieś głosy zawołały nas do siebie. Stanęliśmy. Czyjś głos zawołał nas na gorącą herbatę, zapewniając nas, że do Kużnic mamy już kilka minut drogi. Myślę, że wiecie jak nam smakowała ta herbata.

Ale „stonka” nie zawsze ma takie przeżycia i pcha się nieprzygotowana, w złej porze i nie właściwe miejsce. Niekiedy jest rozsądniejsza i zaczyna od łatwiejszych szlaków, spokojniejszych i bezpieczniejszych miejsc. Niekiedy uczy się na własnych błędach i próbuje najpierw poznać coś w przewodnikach, aby wyruszyć na szlak w góry.

Następnego dnia postanowiliśmy zdobyć Giewont. Ten, który jest symbolem Tatr i który góruje nad samym Zakopenem. Z opisów wynikało, że nie jest to trudna trasa, szczególnie, gdy porównałem ją do trasy z poprzedniego dnia. No, cóż. Nauczka była. Zajrzałem do przewodnika i poczytałem. Wyszliśmy wcześniej i zabrałem plecak, a w nim więcej już niezbędnych i przydatnych rzeczy. „Stonka” się uczyła. Wejście na Giewont dało może mniej satysfakcji i adrenaliny, ale dało więcej pewności i nauczyło odpowiedzialności. Może nie wszystko, co było w plecaku, było w tym dniu potrzebne, ale po poprzednim dniu było niezbędne do zabrania. Pod wieloma względami nie byliśmy już zaskoczeni. Szkoda, że poprzedniego dnia nie byłem na tyle odpowiedzialny. A byłem przecież już kiedyś na szlaku. Teraz miałem i ciepłe ubranie i prowiant z napojami. Byliśmy na szczycie i całym szlaku w czasie, gdy było więcej ludzi. Dla nowicjuszy to ważne. A widoki były takie same, jak gdybyśmy byli tam sami. Przy szczycie i na nim samym było trochę gwarno, ale dawało to poczucie jakiegoś bezpieczeństwa.

Obrazek

„Stonka” lepiej się wtedy czuła. Była spokojniejsza. Syciliśmy oczy widokami i zeszliśmy do Doliny Strążyskiej. To nie ważne, że nogi bolały i wróciliśmy zmęczeni. Dzień był udany.
Później odwiedziliśmy inne piękne miejsca. To nic, że byliśmy „stonką”. Ta nie miała wtedy może doświadczenia, ani dobrej odzieży, czy sprzętu, ale oczy miała otwarte na piękno gór. Miała też otwarte serca na ich zew z nich spływający i dojrzała ich majestat nakazujący się im pokłonić. Przed górami nie tylko „stonka” musi czuć pokorę, ale jak się później okazało, nawet z biegiem lat i nabraniem doświadczenia, tą pokorę trzeba odczuwać jeszcze bardziej. Wobec takiej potęgi natury, jaką są góry, im bardziej jest się doświadczonym, tym bardziej musimy czuć się mali i niedoskonali. Dla gór zawsze będziemy „stonką” - niedoświadczonymi szkodnikami. Trzeba jednak uczyć się wtopić się w ich świat, wniknąć w nie niemalże niezauważalnie, a wtedy dane nam będzie ujrzeć ich wnętrze, poczuć ich zapach, oraz usłyszeć ich oddech i odwieczny rytm życia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Co za ojciec.

Synów zabrałem w Tatry pierwszy raz, gdy mięli 16 i 14 lat. W czerwcu poznawałem ich ze szlakami na Giewont, Czerwone Wierchy, Czarny Staw pod Rysami, Dolina Kościeliska i jeszcze jakieś tam mniej znaczące typu Dolina Małej Łąki. Za dwa miesiące, gdy zabrałem młodszego to … oj, aż mi się żal go robi, gdy o tym wspominam.
Na pierwszy rzut - Rysy. A co? Młody, szczupły wysportowany – niech spróbuje być twardzielem. No, może tak nie myślałem, ale chciałem spróbować.

Obrazek

Obrazek

Okazało się, że taki młodziak ma w sobie tyle energii, że aż mnie zadziwił. Cieszyłem się z tego. Nie tylko, że szliśmy z Palenicy i weszliśmy dość szybko na szczyt, to jeszcze po zejściu ścigaliśmy się z konikami, którymi zjeżdżała żona - kto będzie pierwszy przy PKS-ie. A koniki w dół nie wloką się tak jak pod górkę. Byliśmy szybsi na ostatniej prostej. Nie wiem skąd mieliśmy tyle siły, ale obiecałem sobie, że nigdy więcej.
Ale to jeszcze nic.
Następnego dnia trasa dalsza. Wjechaliśmy z synem na Kasprowy pierwszym wagonikiem. Teraz czekała na nas Orla Perć. Że też nam się chciało. Szczególnie synowi. Sam się teraz dziwię. Czy robił to, aby naśladować ojca?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przeszliśmy całą Orlą. Czternaście godzin na nogach. Nie pamiętam wrażeń, bo raz, że było to dwadzieścia lat temu, a dwa – to chyba zbyt szybko szliśmy, żeby coś zobaczyć. Oczywiście przesadzam. Nie pamiętam, ani rozmów, ani zbyt wiele z samego przejścia. Jedynie patrząc na zdjęcia, które jednak zdążyliśmy zrobić, jakieś obrazy pojawiają się w mej pamięci. To był szalony pomysł, ale zrealizowaliśmy go. Teraz takiego jak ja ojca, to nie wiem jak bym nazwał. Na pewno nie mądrym.
Dzień trzeci. Pogoda nadal wspaniała, więc „weszliśmy sobie” na Kościelec. A, co? Przecież też czekał na nas.

Obrazek

Obrazek

Następny dzień to był już relaks. Spacer Ścieżką nad Reglami. Całą, na jeden raz. Mądre to? Jest czym się pochwalić?

Obrazek

Oj chyba byłem głupim ojcem. Ten syn już przez dłuższy czas nie jeździł ze mną w Tatry. Pojechał dopiero po wielu latach już razem ze swoją żoną. Żartuję, tak się układało. Gdy byliśmy niedawno, znów rwał się ze mną w góry. Teraz już nieco mniej miał w sobie energii, ale znowu próbował mi dorównać. Ze skutkiem takim sobie. Trochę zostawał w tyle. A co? Ma się jeszcze trochę tej kondycji. Patrzałem tylko, czy nie udaje. Ale nie, odwykł od wysiłku fizycznego tego typu.
Teraz mogłem być z siebie dumny, ale za tamtą katorgę, to jako ojciec – nie jestem. Synu – przepraszam. 
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Poszukiwania

Wieczór był piękny. Przez małe okienko schroniska widać było czyste, choć o tej porze dnia, szarzejące już niebo. Przy słabym świetle z za okna i niezbyt mocnym świetle żarówek siedzieliśmy przy stołach w kuchni starego schroniska nad Morskim Okiem. Kilka osób dodawało swoimi opowiadaniami atmosfery do tego wyjątkowego miejsca. Stary czajnik stojący na wielkiej kuchni zapewne słyszał tych opowieści tysiące, a teraz miał następną okazję poznania przygód dzisiejszych gości.
Uchyliły się drzwi. Mężczyzna w średnim wieku, który się w nich ukazał, został rozpoznany natychmiast.
Zapytał tylko, czy ktoś z obecnych widział na trasie Morskie Oko – Dolina Pięciu Stawów, mężczyznę, lat około 50-ciu, ubranego tak i tak (nie pamiętam w tej chwili takich szczegółów). Niestety nikt nie był w stanie odpowiedzieć twierdząco. Zapytaliśmy TOPR-owca (bo to on był tym, który tu zajrzał), co się stało?
Z jego krótkiej i rzeczowej odpowiedzi - wynikało, że wspomniany pięćdziesięciolatek jest poszukiwany przez swoją grupę. Przyjechali do Palenicy Białczańskiej autokarem i udali się nad Morskie Oko. Mężczyzna ów zapragnął powrócić do autokaru przez Dolinę Pięciu Stawów. Nie znalazł jednak wśród swoich znajomych nikogo, kto poszedłby razem z nim. Obrażony na pozostałą część grupy, wyruszył sam. O umówionej godzinie 17-tej nie dołączył jednak do grupy czekającej w Palenicy. Organizator wycieczki był mocno zaniepokojony, tym bardziej, że mężczyzna chory był na cukrzycę.
Wyglądało to nieciekawie, bo spóźnienie było już spore. Zaproponowałem w razie potrzeby pomoc. Potwierdzili to również siedzący przy moim stoliku dwóch chłopaków. Wszyscy byliśmy już ludźmi trochę doświadczonymi w tych stronach, więc każda pomoc mogła się przydać.
Wieczór w schronisku był wesoły i nic już nie przerywało spokoju w opowieściach aż do godziny 22-giej.

Wszedł TOPR-owowiec. Krótkie pytanie – „czy nadal jesteście gotowi pomóc?”.
Za oknami było już od jakiegoś czasu całkiem ciemno. Mężczyzna nie dotarł do grupy. Wszyscy byli mocno zdenerwowani. Nasza trójka potwierdziła gotowość za 10 minut. Szybko ruszyliśmy pakować do plecaków najpotrzebniejsze rzeczy. Kurtki, polary, picie i po dwie latarki. Za chwilę byliśmy gotowi wychodzić w osnute nocą góry.
Dwóch kolegów miało pójść w stronę Świstówki, a ja z TOPR-owcem w stronę Szpiglasowej. Ze schroniska w Pięciu Stawach też ktoś wyruszał na poszukiwania.
Szliśmy „ceprostradą” równym dość szybkim tempem. Nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Krok za krokiem zagłębialiśmy się w noc. Nie było całkiem ciemno, gwiazdy i księżyc rozświetlały całą okolicę. Idąc ścieżką ponad jeziorem widać było wyraźnie jak oddalamy się od światełek schroniska, w którym zapewne większość szykowała się do snu. Oddalała się też tafla wody połyskująca migocącymi światełkami odbijających się nań gwiazd. Przybliżaliśmy się natomiast do wyrastających przed nami potężnych ścian Mięguszewieckiego Szczytu Wielkiego i Cubryny. Grań tych gór tak dobrze mi znana z częstego chodzenia w tych okolicach, teraz zdawała się nieco inna. Nie byłem jeszcze nigdy na szlaku o tej porze. Wszystko wyglądało o wiele groźniej. Było o wiele bardziej złowrogie niż wtedy, gdy idzie się tędy w piękny słoneczny dzień. Ciemna czeluść z majaczącym w dole jeziorem pozostała za nami. Teraz posuwaliśmy się zakosami w stronę Dolinki za Mnichem. Ze względu na mniejszą ilość roślinności, bo drzewa już nie przysłaniały rozgwieżdżonego nieba, otoczenie było bardziej rozświetlone. Oddaliliśmy się już od schroniska na tyle, że trzeba było szczególnie koncentrować uwagę na poszukiwanym. Momentami schodziliśmy ze ścieżki i zaglądaliśmy za większe głazy. Braliśmy pod uwagę, że chory na cukrzycę mógł zasłabnąć i zasnąć gdzieś ukryty przed wiatrem. Posuwaliśmy się teraz wolniej nawołując poszukiwanego. Było na tyle jasno, że można było nie korzystać z latarek. Kamienie ułożone na ścieżce były dobrze widoczne i prowadziły nas coraz dalej i wyżej. Czołówki mieliśmy jednak niemal cały czas włączone, aby mógł nas widzieć zagubiony.
Dotarliśmy do rozstaju szlaków w Dolince za Mnichem, nie natknąwszy się na żaden ślad poszukiwanego mężczyzny. W tym miejscu postanowiliśmy się rozdzielić. TOPR-owiec poszedł w stronę Szpiglasowej, a ja w kierunku Wrót Chałubińskiego. Żeby nie ta cała sytuacja i cel naszego wypadu, jakże można byłoby zachwycać się miejscem, w którym się znalazłem. Tuż przy moich stopach ciemna woda Stawów Staszica, wokół mnie Mnichowe Plecy i dalej Mnich i Cubryna, Liptowskie Mury z wcięciem, które nazwane zostało Wrotami, turniczki Liptowskich Murów, Szpiglasowy Wierch i przylegająca do niego przełęcz, Miedziane…, a wszystko to pogrążone w nocy. Cisza i spokój panujący tu, uśpiły zdawałoby się nawet te potężne skały. Gwiazdy i księżyc swoim srebrzystym światłem nadawały otoczeniu swoisty urok. Wokół panowała zupełna cisza.
Nagle dał się słyszeć huk i za chwilę całe niebo rozjaśniało ostrym światłem, a z nim cała dolina, w której się znajdowałem. Coś niesamowitego. TOPR-owiec wystrzelił rakietę świetlną. Zaczęliśmy nawoływać. Tuż pod wierzchołkiem Mnicha zapaliło się kilka jasnych punkcików. To taternicy nocujący gdzieś w kolebie spostrzegli poszukiwania. Wiedziałem, że to nie to, czego szukamy. Poszedłem dalej w kierunku Wrót. Podszedłem tylko kawałek i zacząłem wracać. To było już daleko od domniemanej trasy zaginionego. Z Mnicha zbliżał się jasny punkcik. Jeden z obecnych tam taterników chciał upewnić się, czy nie ich poszukujemy. Po krótkim wyjaśnieniu powrócił do swojego śpiwora pod skałą.
Gdy ostatnie nawoływania nie przyniosły żadnego rezultatu, postanowiliśmy powrócić do schroniska. Następny dzień, a właściwie poranek miał zadecydować co dalej. TOPR-owcy mieli podjąć decyzję co do dalszej akcji.
Dla nas na dzisiaj akcja się zakończyła. Pozostał tylko powrót do schroniska.
Mimo późnej nocy, szło się spokojnie, bez problemów. Cała trasa była rozświetlona dzięki bezchmurnemu niebu. Do tego było ciepło i bezwietrznie, mimo, że to był już wrzesień. Powróciliśmy kilka minut po 24-tej. Pozostali koledzy też nie znaleźli nikogo, ani żadnego śladu.
Posiedzieliśmy jeszcze w kuchni schroniska przez jakiś czas. Rozmawialiśmy o dniu dzisiejszym i innych tego typu przypadkach. Wspominaliśmy wypadki opisane na podstawie kronik TOPR-u w książce Michała Jagiełły „Wołanie w górach”. Zastanawiało nas, co przyniesie „jutro”.
Miniony dzień, zapisał się w mej pamięci wyjątkowo. Z kilku powodów. Dałem z siebie wszystko, co było możliwe, by pomóc drugiej osobie w górach, poznałem ludzi gotowych do niesienia pomocy i ujrzałem z bliska inne góry, góry osnute bezkresną nocą.

Ciekawi jesteście pewnie, co stało się dalej z tym poszukiwanym człowiekiem?
No, cóż. Następnego dnia okazało się, że pojechał do swojego domu. Pogniewał się na grupę, że nikt nie chciał z nim iść na szlak i postanowił opuścić ich, i góry.
MarS

-#2
Posty: 63
Rejestracja: pt 05 mar, 2010
Lokalizacja: Galicja

Post autor: MarS »

włóczęga, czekamy na kolejne opisy tatrzańskich włóczęg. :)
Ja pierwszy raz także z Zenitem Tatry zdobywałem. Było to na wycieczce w szkole średniej. Pamiętam, że wtedy zaliczyliśmy Dolinę Białego, Sarnią Skałę, Strążyska i Kościeliską gdzieś pod urwiska Raptowickiej Turni bo dalszą wycieczkę deszcz uniemożliwił. Helios 2/58 podpięty do Zenita już wtedy okazywał się mieć zbyt wąski kat widzenia jak na takie gigantyczne góry. :D
MarS

-#2
Posty: 63
Rejestracja: pt 05 mar, 2010
Lokalizacja: Galicja

Post autor: MarS »

Ooooo, w międzyczasie kolejne odcinki opowieści umieściłeś :)
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Samotność



Stałem nad brzegiem ciemnej tafli Czarnego Stawu pod Rysami wpatrując się w toń zimnej, złowrogiej wody, zatapiającej w swych głębinach odbicia potężnych szczytów. Ciemna ściana Kazalnicy, która tak rzadko ma możliwość wygrzewania się w jasnych, ciepłych promieniach słońca, lekko falowała w naturalnym lustrze, tak samo zresztą jak i odbijające się w nim zwolna przesuwające się chmury.
To miejsce jest jakieś inne niż wszystkie. Brak wysokiej roślinności przysłaniającej otoczenie, zdaje się obnażać otaczające je ściany. Niemal pionowe urwiska jakby chciały zamknąć, przytłoczyć wszystko, co znajduje się między nimi i tym sprawiają wrażenie złowrogich, niedostępnych, broniących swego dziewictwa. Stałem, a góry jakby nachylały się nade mną. Nawet niekończąca się przestrzeń nad moją głową, tego dnia poprzez obniżające się ciemnawe chmury starała się cały otaczający mnie świat zamknąć w jak najmniejszej przestrzeni.
Tego dnia mimo późnowiosennej pory mało było osób idących szlakiem na Rysy. Dwie postacie niemal znikały mi z oczu posuwając się pod zbocze po drugiej stronie stawu. Dwa maleńkie punkciki były całym moim ludzkim otoczeniem. Zszedłem ze ścieżki na trawiaste zbocze i piarg tworzony niezliczoną ilością głazów i kamieni. Złomowiska przeplatały się z kosodrzewiną, tworząc istny labirynt starający się zagrodzić mi drogę w nieznane. Gęste gałęzie i ostre głazy zdawały się mówić do wkraczającego w ich świat intruza: „nie idź”, „zawróć”. Inny głos, jaki słyszałem, to ten z mojego wnętrza – „jeszcze kawałek”, „poznaj to, czego nie znasz”. Pragnienie zapuszczenia się w miejsca, gdzie człowiek bardzo rzadko się wybiera, powodowało, że posuwałem się coraz wyżej. Teren nie był trudny, a ścieżka wijąca się przy brzegu stawu cały czas była w zasięgu wzroku. Dawało mi to poczucie bezpieczeństwa. Mimo to szedłem powoli, jakby niepewnie. Bez całkowitego zdecydowania.
Teren stawał się coraz bardziej stromy. Po jakimś czasie stanąłem przed dolnym wylotem żlebu. No cóż, wiadomo, że nie może być cały czas spokojnie. Pomyślałem, że spróbuję. Pierwsze kilka metrów pokonane bez problemu zachęcały do kontynuacji. Jeszcze trochę i skała, wyjątkowa jasna, niemal biała, zupełnie inna niż w całej okolicy, stawała się coraz bardziej krucha i usuwała się z pod nóg. Coraz mniejsza pewność bezpiecznego utrzymania się na tym niestabilnym podłożu i bliższe spojrzenie na to, co było nade mą zachwiały i tak moim niecałkowitym zdecydowaniem. Zwężający się – jak go sam nazwałem „biały żleb” zamykał się coraz bardziej, a nad tym wszystkim zwisały jak baldachim pnącza splątanej gęsto kosodrzewiny. Wiedziałem, że tego nie przejdę. Samotnie, w tak niepewnym, obcym terenie, gdzie osunięcie byłoby groźne. Wolałem nie ryzykować.
Ostrożnie zszedłem niżej, zastanawiając się, po co tu przyszedłem. Przecież to nie wędrówka po znanych mi górskich szlakach. Co prawda słyszałem o ścieżkach w tym terenie, ale czy trzeba na nie wchodzić? Do tego samotnie, bez dokładnego opisu. Czy to nie igranie z losem?
Mimo krążących w mojej głowie takich myśli zaraz po wycofaniu z za żlebu, postanowiłem go ominąć i zacząłem wspinać się sąsiadującym mniejszym żlebikiem. Tu szło łatwiej. Po przejściu stromego odcinka znalazłem się w terenie bardziej łagodnym. Oczom moim ukazała się ścieżka wijąca w wyższe partie. Co dalej? Powrót, czy wniknięcie w głąb chmury, która wisiała nad moją głową. Taflę jeziora jeszcze było widać, nie było tak bardzo daleko, tyle, że trzeba było mieć na myśli powrót. Trzeba trafić w powrotnej drodze w ten sam punkt. Mogłem liczyć tylko na siebie. Nikt nie mógł w razie kłopotów podpowiedzieć. Powoli ruszyłem wzdłuż wijącej się ku górze ścieżki. Prowadziła terenem trawiastym, co sprawiało, że była cały czas widoczna. Mgiełka osnuła mnie i cały widok, jaki do tej pory miałem poniżej. Powyżej też tylko mgła. Kroczyłem w nieznany mi teren. Widziałem go często, ale tylko z nad Czarnego Stawu i ze ścieżki pod „Chłopka”. Nie byłem tu nigdy. Czułem się obco, wkraczałem w otchłań nie widząc jej końca.
To potęgowało moją samotność. Żadnych ludzkich odgłosów, żadnych świeżych śladów, oprócz tych, które kiedyś – nie wiadomo, kiedy, zostawili ci, którzy tą ścieżkę wydeptali. Niewielkie płaty śniegu, jakie mijałem na wyższym poziomie, nienaruszone były przez żaden odcisk butów. Dopiero ja, znacząc sobie w ten sposób drogę, pozostawiałem ślady. Szedłem wyżej i wyżej. Mimo, że nie było bardzo trudno, czułem coraz większy napływ adrenaliny. Zupełnie jakbym wspinał się w trudnym technicznie terenie.
To wszystko ta samotność.
Kroczyłem we mgle myśląc o jakiejś sile, która mnie tam prowadziła. Wiedziałem, że widoków nie będzie, nie będzie też na górze nikogo, z kim mógłbym porozmawiać, nie będzie nic nadzwyczajnego. Nie pamiętam już, ile czasu tak wchodziłem, w każdym bądź razie dotarłem na przełęcz. To była Owcza Przełęcz, z której ukazał mi się widok na wschód. Po samotnym wchodzeniu, z myślami wprawiającymi w przygnębienie, po kłębiących myślach bezcelowości wędrówki poczułem się jakbym spotkał kogoś bliskiego. Widok na szczyty Młynarza, jego piękne zbocza, a w dole, w Żabiej Białczańskiej Dolinie dwa połyskujące swą niebieskością stawy pobudziły mnie do życia i innego, radośniejszego myślenia. Piękno potrafi ożywić chyba każdego. Samotność nie była już samotnością, a wysiłek, jaki włożyłem w podejście nie był już tak straszny, zmęczenie prysło. Samotność to kłębiące się w człowieku nieuporządkowane myśli, niepewność siebie i obawa przed czymś, z czym nie ma się komu zwierzyć. Tak to sobie wytłumaczyłem, uporządkowałem. Pragnąłem nasycić się widokami nie przysłoniętymi niczym (mam na myśli widoki na słowacką stronę Tatr, bo po przeciwnej stronie chmury zalewały wszystko), nacieszyć się nowym nieznanym mi krajobrazem i swoją wytrwałością, niepewną, ale konsekwentną.
Ruszyłem granią kierunku południowym, miejscami obchodząc skaliste turnie. Wycieczka między światem chmur i światem Tatr. Nic nie mąciło ciszy i spokoju, jaki tu panował. Jakże inny to był świat od tego, który nader często widzimy na popularnych ścieżkach wokół Morskiego Oka, czy też Czarnego Stawu Gąsienicowego. Spacer do Białczańskiej Przełęczy Niżnej był drogą przynoszącą najwyższe uniesienie. Ktoś mógłby porównać ten czas do nirwany.
Stałem na przełęczy delektując się otoczeniem i wchłaniając czyste, ostre powietrze. Oczami wyobraźni oglądałem szczyty znajdujące się niewiele powyżej miejsca, w którym stałem, a które znałem dokładnie chodząc po polskiej stronie Tatr. Po drugiej stronie oglądałem na jawie potężne, nieruchome od wieków, strzeliste ku niebu słowackie olbrzymy. Czy może być coś piękniejszego, nad to co widzi się i czuje gdzieś na niebosiężnej grani, skąd tak blisko jest do „nieskończoności”.
Powracałem tą samą drogą. Wszystko przebiegało prawidłowo, aż do momentu, gdy podczas zejścia, ścieżka, którą schodziłem zniknęła na progu opadającego bardzo stromo w dół wielkiego żlebu. Później okazało się, że był to Owczy Żleb opadający aż do Morskiego Oka. Obrałem złą ścieżkę. Udało mi się jednak powrócić na tę właściwą.
Zbliżając się do Czarnego Stawu wynurzyłem się z zatapiającej mnie chmury. Ukazał się widok, jaki widziałem przed wejściem w ten inny świat i zaczęły docierać głosy ludzi siedzących nad stawem.
Powracałem do rzeczywistości. Też pięknej, ale innej.
Do samotności w tłumie.

Obrazek
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

Niezłe, niezłe - dobrze się czyta :) I ogląda również.

Czekam na więcej.

Ps - Ścieżka nad Reglami w jeden dzień też mi się zdarzyła. W deszczu i mgle - tak sobie wymyśliłem że pójdę tam kiedy będzie kiepska pogoda żeby nie tracić dnia na siedzenie w hotelu gdy pada. Głupi był to pomysł niemożebnie - styrałem się strasznie, ślizgając na ciągłych podejściach i zejściach a pod koniec nie miałem już siły na nic - z Kuźnic do Jaszczurówki taksówką zjechałem :D
Każdemu jego Everest...
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Widmo


Był październikowy wieczór. Siedziałem przy stole z dwoma dopiero, co poznanymi kolegami. W schronisku było prawie całkiem pusto i to zapewne nie tylko z powodu pory roku. Od kilku dni pogoda w Tatrach była nieciekawa i nie zachęcała do wyruszania na górskie szlaki. Było mglisto i deszczowo. Nie przeszkadzało to jednak nam w spędzeniu miłego wieczoru przy „odrobinie” złocistego napoju.
Tematem rozmów i opowiadań były oczywiście, jak zawsze w tym miejscu, nasze Tatry. Każdy z nas miał sporo doświadczeń i wrażeń, więc czas upływał nam przyjemnie i wesoło. Jednym z tematów było widmo Brockenu. Wiedzieliśmy jak ono wygląda, w jakich warunkach można je zobaczyć, ale nigdy żaden z nas go nie widział. Znaliśmy również legendę krążącą o „mamidle”, którą rozpowszechnił kiedyś Jan Alfred Szczepański, a która mówi, że każdy, kto je ujrzy musi mieć się na baczności, bo może spotkać go tragedia w górach. Niebezpieczeństwo pryska dopiero po ujrzeniu widma więcej niż trzy razy. Mimo tego, każdy z nas z rozprawiających o nim, chciałby je zobaczyć. Rozmowy trwały do późnej nocy.
Następny dzień nie przyniósł żadnej poprawy pogody. Jedynym pocieszeniem było to, że nie padało. Postanowiłem wybrać się na spacer. Nie zamierzałem wychodzić gdzieś wysoko, ale siedzenie w schronisku wydawało mi się bezsensowne. Nie nastawiałem się na ujrzenie czegokolwiek, gdyż całą dolinę zalegała gęsta chmura. Poszedłem, żeby pójść.
Szedłem wolno wsłuchując się w bezkresną ciszę. Cały otaczający mnie świat, to mgiełka lekko poruszająca się przy minimalnym ruchu powietrza. Zaczęło lekko padać. Szedłem bez jakiegokolwiek celu w tę bezkresną mgłę. Wilgoć i drobniutkie krople osiadały na moim ubraniu i twarzy. Był w tym jednak jakiś urok. Oddalając się od schroniska oddalałem się od ludzi i wkraczałem w jakiś inny, bajeczny, nieznany świat. Może nie całkiem nieznany, bo przecież ścieżkę znałem bardzo dobrze z poprzednich wędrówek po tej dolinie, ale otoczenie było inne. Prowadziła mnie ścieżka, która pięła się coraz bardziej w górę. Stąpałem krok po kroku, mijały minuty za minutą. Nie byłem zainteresowany czasem, jaki minął od chwili wyjścia ze schroniska. Wiedziałem, że mam dużo czasu na takie włóczenie się. Po pewnym czasie mogłem zauważyć znajome mi stoki i zarysowujące się w coraz rzadszej mgle szczyty. Zbliżałem się do Szpiglasowej Przełęczy. Stanąwszy na niej byłem już ponad chmurami, które zalewały całą okolicę.
Widok, jaki otworzył się przed moimi oczami był cudowny. Cała Dolina Pięciu Stawów i Dolina Rybiego Potoku zalane były morzem mgieł. Stałem jak zauroczony. Wpatrywałem się na ten krajobraz jak na cud natury. Każdy, kto był kilkadziesiąt metrów niżej niż ja musiał sądzić, że pogoda wszędzie jest kiepska, a tu zupełnie co innego. Patrząc dookoła wszędzie widać było szczyty wyłaniające się z chmur. Wisiały tak jakby nie miały styczności z ziemią. Sprawiały wrażenie skalistych, poszarpanych wysp wynurzających się z głębin oceanu. Poszedłem na wierzchołek Szpiglasowego Wierchu. Widok z niego był już nieco inny.
Słowacka strona Tatr nie była już zalana mgłą. Widok na Hruby i Ciemnosmreczyńskie Stawy był przejrzysty, co sprawiało wrażenie spoglądania na inny świat. Świat pełen kolorów i światła.
Posiedziałem nad tym podzielonym przez naturę krajobrazem dłuższy czas. Nigdzie mi się nie spieszyło, tym bardziej, że z poza wyżej rozpostartych chmur, zaczęły ukazywać się pierwsze promienie słońca. One jeszcze bardziej upiększyły cały i tak niesamowity widok. Wpłynęły też na mój wewnętrzny nastrój. Spragniony tych promieni byłem od kilku dni i pojawiły się w końcu w najodpowiedniejszej chwili. Jakże cudownie było siedzieć samotnie, zachłystywać się i upajać tym, co miałem przed oczami. Piękno i spokój. To panowało wokół mnie.
Zacząłem pomału schodzić. Słońce delikatnie ogrzewało moje plecy. Schodząc ścieżką wijącą się wśród kamieni i rudych traw, patrzałem na chmurę leżącą jakby u mych stóp. Cała Dolina Roztoki i Pięciu Stawów były spowite chmurą sięgającą do kilkunastu, czy kilkudziesięciu metrów do miejsca, w którym się znajdowałem i nagle….
Na tej chmurze zobaczyłem … no właśnie, co? Duży cień o kształcie postaci ludzkiej. Postać tę otaczała tęcza.
Zamurowało mnie. Chociaż wiedziałem od razu, co to jest, poczułem jak adrenalina zaczęła się podnosić w moim organizmie. Serce zaczęło bić szybciej i mocniej. Przecież to jest to, o czym wczoraj tak dużo mówiliśmy. Naprawdę zobaczyłem „widmo Brockenu”. Zjawisko nie znikało. Szybko sięgnąłem do plecaka po aparat fotograficzny. Gdy przez wizjer swojej lustrzanki zobaczyłem obiekt, który chciałem utrwalić na kliszy, nacisnąłem spust. Nic. Aparat nie działa. Ręce zaczęły mi się trząść z wrażenia. Ponawiam próbę – znowu nic. Przycisk nie działa. Nie jestem dobrym fotoamatorem, ale zacząłem szybko myśleć. Znaleźć przyczynę zanim widmo zniknie. „ Aparat nie robi zdjęcia, gdyż za słaba jest ostrość. Trzeba przestawić na manualne ustawianie, albo…” Szybko kieruję obiektyw na rude zbocze, by tu złapać pomiar, ale tak, aby widmo znalazło się w zasięgu obrazu. Udało się. Robię kilka fotek. Jestem pod wielkim wrażeniem. Pierwszy raz ujrzałem „widmo Brockenu”.

Obrazek

Powracając do schroniska, oczywiście bardziej dziarskim już tempem, myślałem o krążącej legendzie. Uśmiech nie opuszczał mnie podczas długiego zejścia w świat mgły.
Do dnia dzisiejszego widziałem „widmo Brockenu” więcej niż trzy razy.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Oh, my God



Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów pustoszało. Jeszcze trzy dni wcześniej tętniło życiem od samego rana do późnych godzin wieczornych. Aż trudno się było poruszać, gdy rano jeszcze niewyspane postacie leżały w swych kolorowych śpiworach po wszystkich zakamarkach schroniskowej podłogi. Wieczorem zaś wszystkie ławy oblegały postacie wracające z gór, szukające wytchnienia i pragnący zaspokoić pragnienie zimnym beczkowym piwem. Opowieści i wrażenia płynęły z każdych ust, bo każdy miał swoje własne przeżycia minionego dnia.
Teraz, kiedy od dwóch dni padało i nie zapowiadało się na rychłą poprawę, coraz więcej osób decydowało się zejść w doliny. Duża sala schroniska obumierała. Pozostali jeszcze w schronisku ludzie poruszali się ociężale, nie spiesząc się nigdzie, a najczęściej siedzieli przy stole nic nie mówiąc, niekiedy tylko zerkając w okno, gdzie całym widokiem były strużki wody spływające z dachu. Apatia ogarniała pozostałych w schronisku. W tym mnie i żonę. Dwa dni bezczynnego siedzenia, gapienia się w okno, trochę czytania, ślęczenia nad mapą i szlakami, jakie chciałoby się przejść, naprawdę zniechęcało. Wychodząc na zewnątrz całym widokiem były targane wiatrem i deszczem wody stawu, kosodrzewina broniąca się przed strugami nieustającego deszczu i mokre kamienie, tworzące szlak i znikające we mgle.
Następny poranek dał trochę nadziei tym, którzy jeszcze pozostali. Przestało padać.
Prawie wszyscy postanowili się ruszyć. Ale, gdzie tu pójść, gdy pogoda tak nie pewna?
Obraliśmy kierunek Pustej Dolinki. Dołączył do nas samotnie przebywający w górach gość. Rozstaliśmy się z poznanymi Poznaniakami kierującymi się do Murowańca przez Krzyże, później następnymi znajomymi idącymi przez Zawrat i w trójkę tzn. ja, żona i Zdzichu weszliśmy w dolinkę, która swą nazwą oddaje to, co można tam zastać. Pusta. Czy można opisać pustą dolinkę? Właściwie to zastać tam można niezliczone ilości różnej wielkości głazów otoczone rwącymi się w niebo strzelistymi ścianami zamykającymi tę pustkę. Można zastać szalejący wiatr przeciskający się przez mocno wcięte przełęcze i wtłaczający się w dolinę, gdzie chciałby zrobić spustoszenie, ale nie może, bo tylko olbrzymie głazy tam zalegają. Podobno niektórzy znajdują w tej dolinie „czarną panią” siedzącą pod Zamarłą Turnią, ale my w tak nieciekawą pogodę nie ujrzeliśmy nawet motyla przysiadającego na skale. Była pusta. Piękna, dzika niesamowita, mogłaby trwożyć swą surowością, ale i zachwycać. Szliśmy pod samą ścianę Zamarłej.
Pogoda trochę się ustabilizowała, tzn. chmury się rozeszły i nie straszyły już raptownym deszczem. Zaproponowałem Teresce (żonie) wejścia na Kozią Przełęcz, a może i dalej. Zdzichu szedł cały czas trochę za nami. Szliśmy do tej pory razem, ale w pewnych odległościach, by móc odbierać wrażenia spaceru jakby w samotności. Teraz rozpoczęło się strome podejście. Szedłem pierwszy. Żona dzielnie wspinała się za mną, a nieco za nią nowo poznany kompan. Skała i łańcuchy były zimne. Po deszczach przyszło lekkie ochłodzenie, a wiatr wiejący od północnej strony wdzierający się przez przesmyk Koziej Przełęczy był zimny i wiał z góry prosto w rozgrzane od wspinaczki twarze, utrudniając łapanie powietrza ustami. Był dokuczliwy, ale posuwaliśmy się coraz wyżej, korzystając z licznych łańcuchów, które dawały pewne poczucie bezpieczeństwa na coraz bardziej śliskich skałach. Temperatura musiała spadać, bo napotykaliśmy na niewielkie oblodzenia. Po zdobyciu sporej wysokości i znalezieniu po północnej stronie grani, skąd przysłonięty, ale miejscami odsłaniający się widok na Kościelec, Granaty i w dole Kozią Dolinkę, był nagrodą za spory wysiłek. Było zimno. Założyliśmy na siebie wszystko, co mieliśmy ze sobą, ale niewiele tego było. Trochę słabo byliśmy przygotowani na takie warunki. Tereska, mimo zimna, lodowatego wiatru i stromego podejścia radziła sobie tak świetnie, że nie myślałem o trzeciej osobie, wspinającej się za nami. Doszedł do nas Zdzichu.
-„Oh, my God, panie kochany, ja dalej nie idę”- usłyszałem –„wołajcie toprowców”.
Myślałem, że sobie żartuje, ale po chwili przekonałem się, że mówi poważnie. Zaniepokoiłem się, co dalej robić. Z jego wypowiedzi wywnioskowałem, że naprawdę się boi. Okazało się, że jest pierwszy raz w Tatrach. Nie wiedział, gdzie idzie i jakie trudności go czekają. Gdy w schronisku, zobaczył, żę małżeństwo w jego wieku ( tzn.-my) idzie w góry, to postanowił się dołączyć. Ja natomiast o nic nie pytałem. Chciał z nami iść, to proszę bardzo. Po co ma człowiek siedzieć, czy chodzić samotnie.
Tak to znalazł się na Orlej Perci i teraz stał, komentując swoją sytuację i narzekając.
Musiałem podjąć decyzję. Iść dalej, czy wracać? Najtrudniejsze wejście nie licząc Wyżniej Koziej Przełęczy mieliśmy za sobą. Wracać, schodząc po śliskich skałach? Nie lepiej do przodu. Zejście z Koziego Wierchu, to żaden problem, nawet dla niego. Przemyślałem to wszystko i postanowiłem iść do przodu. Tereska, zmobilizowała Zdzicha, że skoro baba sobie poradzi, to on też.
Tak to nasz wystraszony kolega mając tuż przed sobą i nad sobą kobietę, kroczył za nią jak na stracenie. Tylko, co jakiś czas słychać było pytanie.
- „Oh, my God, panie kochany, daleko jeszcze?”
I ciągle ta sama krótka odpowiedź.
-Już niedaleko, jeszcze tylko trochę…”
-„Tak, niedaleko” – słychać było jakieś niedowierzające westchnienie.
Szliśmy granią, podchodząc do góry, to znów w dół. Było zimno, nieprzyjemnie, ale nie tragicznie. Większych problemów z tym nie mieliśmy. Odcinek szlaku, też zdawał się być nieco mniej przerażający dla naszego nowicjusza. Nawet narzekania jakoś ucichły, tylko pytanie „czy daleko jeszcze?” dało się co jakiś czas słyszeć, gdzieś za moimi plecami.
Ciekawe, o czym on wtedy myślał? Jak odbierał ten naprawdę ciekawy odcinek Orlej Perci?
Pomału zbliżaliśmy się do Koziego Wierchu. Podchodziłem dość stromym podejściem wyszukując dobrych chwytów pod przemarznięte palce. Za sobą słyszałem i czułem głośny oddech żony kroczącej trochę za mną wkładającej niemały wysiłek, by po raz któryś znowu nabierać wysokości. Podejście dobiegło końca. Pod moimi stopami ukazała się przestrzeń, wiejąca pustką. Nieco dalej przede mną wznosiła się pionowo ściana Koziego. Znałem to miejsce, ale gdy je teraz ujrzałem, przeraziłem się. Jak mam im powiedzieć, że trzeba będzie zejść w dół, by później wspiąć się na tą pionową górę. Czekałem na nich w niepewności…
-„Oh, my God, panie kochany, daleko jeszcze?” – usłyszałem, gdy Zdzichu do mnie dotarł.
-„Jeszcze tylko to…” – usłyszał, po czym spojrzał na wskazaną przeszkodę.
-„Oh, my God, panie kochany, ja nie idę. Wołajcie „toprowców”.

Tak, czy tak, musiałem iść dalej. Tereska powoli ruszyła za mną w dół ku najniższemu miejscu Wyżniej Koziej Przełęczy. Szło jej wspaniale. Za nią ukazała się postać naszego kolegi. Trzymając się nieco oblodzonych łańcuchów i stawiając stopy obute w kiepski sprzęt bardziej przypominający ozdobę nowożeńca niż turystę, na niezbyt pewne stopnie, zniżał się w dół. W rzeczywistości nie było tak stromo, jak to wyglądało z góry. Jakoś wszyscy sobie poradziliśmy. Tak samo było z podejściem. Poszło bez problemów. Był to jednak chyba najtrudniejszy fragment naszej drogi. Szczególnie pod względem psychicznym. Ściany były strome i trochę śliskie, a sam ich widok odstraszał. Szczególnie tych, którzy szli tędy pierwszy raz.
Gdy zbliżaliśmy się do najwyższego punktu Koziego Wierchu od drugiej strony zbliżało się kilka osób.
Właściwie byliśmy w bezpiecznym miejscu. Zejście ze szczytu bezpośrednio do Doliny Pięciu Stawów, do schroniska, to w porównaniu z tym, co przeszliśmy, to żaden problem. Gdy oznajmiłem to Zdzichowi, ten przy wszystkich rzucił się na mnie całując mnie. Chyba naprawdę szedł w wielkim stresie.

Obrazek

Obrazek

Momentalnie trysnął z niego wspaniały humor, radość tryskała z jego okrągłego roześmianego lica. Cieszył się, śmiał i rozmawiał ze spotkanymi.
Co on czuł przez ostatnie dwie godziny, gdy szedł w milczeniu za nami?
Co czuł, gdy patrzył w miejsca, gdzie miał zejść, lub wejść, nie będąc w Tatrach nigdy i nie mając pojęcia, co to ekspozycja?
Dla mnie też był to czas niełatwy. Właściwie starałem się o tym nie myśleć, trzeba było dojść do celu, ale dlaczego nie spostrzegłem problemu na samym początku? Nie spostrzegłem jego kiepskiego obuwia.
Nie spytałem, czy ma jakieś doświadczenie? A zabrałem go na Orlą. To wszystko, dlatego, że ruszyliśmy właściwie tylko na spacer.
Na przyszłość, obiecałem sobie, że będę rozważniejszy i bardziej spostrzegawczy. Wszystko skończyło się dobrze. Całe szczęście.
Zdzichu zszedł po tej wyprawie do Zakopanego. Po kilku dniach spotkałem go idąc do pociągu. Dwa piwa, postawione mi przez niego, były z jego strony oznaką wdzięczności, ale za co? Za przygodę, czy za doprowadzenie szczęśliwie. Nie wiem, co bardziej zapamiętał.

Obrazek

Nie mam wielu zdjęć z tej wyprawy. Są tylko te z jego aparatu, ale mam film video z jego zmaganiami.

Ciekawe, czy jeszcze kiedyś pojechał w Tatry?
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Wyprawa pod Eigerem




Jest późny zimowy wieczór. Siedzę w wygodnym fotelu i patrzę na monitor komputera dający nieco światła na mój niewielki pokój. Blask pozwala dostrzec sporo jakże cennych dla mnie drobiazgów stanowiących „mój świat”. W pół mroku dają się rozpoznać moje fotografie z gór, kalendarz oczywiście z górami, półka z zebranymi kamieniami z różnych gór i półki z książkami oczywiście też o tematyce górskiej. Moją uwagę przykuwa na moment zdjęcie /pocztówka/ na obrazie monitora.
Chwila zamyślenia. „Byłem tam”
„Alpy Berneńskie … i ta ścieżka … i ja … i syn.”

Obrazek


Był rok1993.

Miałem już doświadczenie w chodzeniu po górach /w każdym bądź razie tak mi się wtedy wydawało/. Byłem już na szlakach w Beskidach, Sudetach, Bieszczadach i Tatrach. W tych ostatnich przeszedłem już chyba połowę tras z tymi najtrudniejszymi włącznie. Uważałem się już za dość doświadczonego turystę. Teraz wiem, że tak nie było, ale wtedy ….
Zachęcony pięknem gór i szlakami wijącymi się wśród lasów, łąk i skał, postanowiłem wybrać się w jeszcze wyższe góry. Wybór padł oczywiście na Alpy. Przeglądając mapę szybko zwróciłem uwagę na pasmo leżące gdzieś w środku tych gór. Berner Oberland w Szwajcarii kusiło wysokimi szczytami i jeziorami leżącymi u stóp tych czterotysięczników. Nazwy takie jak Monch, Jungfrau i Eiger niewiele mi jeszcze wtedy mówiły, ale wybór padł na ten właśnie region.
Początek lat dziewięćdziesiątych, to czas, kiedy przelicznik złotego i franka szwajcarskiego /innych walut również/ był dla przeciętnego Polaka abstrakcją. Wiedziałem, więc, że taka wyprawa musi wypaść gorzej niż bardzo skromnie.
Miałem urlop w lipcu. Podjąłem decyzję, że pojadę z 15-toletnim synem. Właściwie to ta wyprawa nie była w ogóle zorganizowana. To była chęć wyjazdu i tyle. Zabraliśmy mały namiocik, dwa plecaki, śpiwory, maszynkę z gazem, zupki, czekolady i jeszcze ileś tam drobiazgów i jedzenia. Jakąś mapę samochodową Europy, mapę regionu i do samochodu. Do „malucha”.
Nie będę opisywał całego wyjazdu. Opiszę tylko, to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, a było naszym głównym celem.
Ciężko mi się jechało po autostradach. Nie miałem doświadczenia. Nie rozumiałem dokładnie oznakowań zjazdów i kierunków. A to wszystko po niemiecku. Znaczną część trasy wolałem, więc jechać gorszymi trasami. Nonsens! Ale poruszaliśmy się do przodu. Nocleg mieliśmy w samochodzie koło Lindau nad Jeziorem Bodeńskim. Przejechaliśmy około tysiąc kilometrów i byliśmy przy granicy szwajcarskiej. Całkiem nieźle.
W nocy padał deszcz. Samopoczucie nie najlepsze.
Później jazda autostradą i gorszymi drogami przez góry. Ale to była jazda. Nasz czerwoniutki maluch gnał po alpejskich serpentynach na drugim biegu niecałe 40km na godzinę, silnik warczał jak odrzutowiec, a za nami sznur samochodów. Ale jechali za nami grzecznie. To jednak Szwajcaria. Bałem się zjeżdżać na pobocze, bo przy takim nachyleniu mógłbym już nie ruszyć pod górkę. Na przełęczach stawałem, aby dać odpocząć moim mechanicznym konikom. Wszyscy oczekujący na to - tylko śmigali. Ale co tam. Jakie miałem przygotowanie do tego wyjazdu, niech świadczy fakt, że nie wykupiłem nawet winiety na szwajcarskie autostrady. O takiej konieczności dowiedziałem się dopiero za rok, gdy znowu wybierałem się w tamtejsze rejony. Dobrze, że nie drapnęła mnie policja, bo nie wiem, czy miałem w sumie tyle pieniędzy, by starczyło na ich surowe mandaty. Ależ byłem wtedy napalony na ten wyjazd. O niczym innym nie myślałem – tylko o górach.

Zatrzymaliśmy się w przepięknej miejscowości Brienz nad Jeziorem Brienzeńskim. Niewielkie turystyczne miasteczko wyglądające jeszcze piękniej niż na pocztówkach. Pełne kwiatów na ulicach i tarasach bajecznych domków. Miasteczko marzeń przywitało nas w piękne słoneczne południe. Znaleźliśmy miejsce dla nas. Niewielki kamping znajdował się nad czyściutkim jeziorem otoczonym ze wszystkich stron górami. Nie wyobrażałem sobie piękniejszego miejsca na Ziemi. To było to. Wieczorem długo siedziałem nad brzegiem wsłuchując się w delikatny szum leciutkich fal rozbijających się o kamienisty brzeg. Wpatrzony w góry myślałem o jutrzejszym dniu. Zrobiło się ciemno, a ja wpatrywałem się w „mój nowy świat” i światełka rozbłyskujące wokół wielkiego jeziora. Małe miejscowości świecące wokół niego wyglądały jak ogniska świecące gdzieś w dali.
Stąd postanowiliśmy wybrać się na trzydniową wyprawę w góry leżące między jeziorem, a wybitnymi czterotysięcznikami. Naszym pierwszym celem był Faulhorn /2684mnpm/ znajdujący się naprzeciwko Eigeru.
Wyruszyliśmy rano z pełnym ekwipunkiem na plecach. Warunki atmosferyczne napawały optymizmem. Szykowała nam się świetna wyprawa w nieznane. To było ważne, gdyż nasze przygotowanie teoretyczne było właściwie żadne. Teraz myślę, że może to błąd, ale wtedy nie próbowałem wszystko poznać i nie przejmowałem się takimi drobiazgami. Po prostu chcieliśmy iść w góry - w Alpy.
Szlak, którym szliśmy był słabo oznakowany i widać bardzo mało uczęszczany. Wchodziliśmy na "wzgórze" wznoszące się przy jeziorze nie natknąwszy się na nikogo. Szliśmy pomału wyżej i wyżej. Jezioro i miasteczko stawały się coraz bardziej odległe. Coraz mniejszy stawał się nasz Camping Seegartli i leżący nieopodal Camping Aaregg z maleńkimi kolorowymi plamkami namiotów. Żaglówki przecinały taflę błękitnego jeziora rysując na nim białe ślady. Oddalał się też leżący naprzeciwko Brienzer Rothorn, którego zbocza opadały do miasteczka i wód zimnej wody.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Widok był coraz piękniejszy, ale końca "wzgórza" nie było. Gdy dotarliśmy w końcu na nie i do kurortu Axalp okazało się, że zajęło nam to kilka godzin. Teraz wiem, że trzeba nam było podjechać tam samochodem, co pozwoliłoby nam zaoszczędzić sporo sił. Chociaż ominęłoby nas podziwianie tego, co widzieliśmy. Poza tym to miała być trzydniowa wyprawa z synem, a nie wjazd na górę i spacer. Widoków na najwyższe partie gór jeszcze nie mieliśmy, ale panorama na jezioro dawała tak wiele radości i sił do dalszej wędrówki. Wspólne wędrowanie razem synem dawało mnóstwo satysfakcji, a czekało nas przecież jeszcze tyle wrażeń.
Patrzałem na swojego piętnastolatka i obserwowałem. Miał wiele zapału. Nie wiem jednak do dziś, czy był to zapał do zdobywania gór, do wycieczek w nieznane, czy tylko chęć naśladowania swojego taty. Tak, czy tak, spisywał się wspaniale i … nic nie narzekał. Radził sobie świetnie.

Obrazek

W czasie następnych dwóch godzin szliśmy wzdłuż doliny, na którą mieliśmy widok z góry. Było ciepło. Po dłuższym czasie dotarliśmy do punktu widokowego, gdzie spotkaliśmy Niemców. Stali sobie podziwiając widoki opierając się o swojego pięknego mercedesa. Nie wiem, kto bardziej był zdziwiony tym spotkaniem. Oni w swoich sportowych ubrankach, czy my obładowani pełnymi plecakami, zmęczeni, brudni, spoceni, ale szczęśliwi. Znowu skręciliśmy na wąską ścieżkę, gdzie idąc sobie spokojnie w samotności mogliśmy obcować tylko z górami. Ścieżka była coraz węższa. Momentami zdawałaby się znikać w bujnej alpejskiej trawie. Wiła się wśród soczystych ukwieconych łąk i prowadziła nas w tym ogromnym górskim świecie.

Jakże cudownie było zatrzymać się na tych łąkach otoczonych pobliskimi szczytami, nalać do kochera wody prosto z bijącego źródełka i przyrządzić sobie gorącą zupkę. Trudno to opisać, co czuje się będąc pierwszy raz w obcych górach w terenie mało popularnym dla ludzi, biwakuje się razem z dzieckiem /młodzieńcem/ i żyje się w nowym innym, niecodziennym świecie. Tam nawet zwykła zupka z torebki była czymś, co smakuje jak kolacja przy świecach w najlepszej restauracji.

Obrazek

Było cudownie. Tylko ja, syn i góry. Czas się zatrzymał. Nic nie było ważne. Bezkresna cisza i spokój. Porobiliśmy kilka zdjęć. Na pamiątkę. Przy źródełku, z plecakami z zewnętrznym stelażem, podczas kolacji. Nasz kolorowy ekwipunek pięknie pasował do całego otoczenia.
Zbliżał się wieczór. Byliśmy zmęczeni. W oddali ujrzeliśmy chatę. To była chata pasterska, przy której krzątały się dwie lub trzy osoby. Pilnowali krów pasących się w pobliżu. Porozmawialiśmy chwilę z nimi i oddaliliśmy się kilkaset metrów dalej by rozbić namiocik. Zaczął siąpić deszcz. Nie było sensu iść dalej. Do szczytu mieliśmy jeszcze jakieś trzy godziny drogi, tyle, że w trudniejszym terenie. Pora była, aby odpocząć.

Obrazek

Obrazek

Gdy leżeliśmy sobie w namiocie, krowy postanowiły nas odwiedzić. Całym stadem /kilkadziesiąt sztuk/.
Musieliśmy zabierać cały majdan pod pachy i uciekać dalej. To było wkurzające. Skądinąd takie poczciwe pożyteczne "milki", a tu im zebrało się na późno wieczorne wizyty. Ale one były u siebie.
W nocy deszcz zaczął padać coraz większy. W końcu przeistoczył się w straszną nawałnicę. Lał niemiłosiernie. Nasz mały namiocik takiej ulewy nie wytrzymywał. Zaczął przeciekać. Na śpiwory kładliśmy folie, ale i tak po pewnym czasie czuliśmy, że leżymy w wodzie. Do tego te pioruny i błyskawice. Nie wiedziałem, co robić, czy uciekać w nocy do pasterzy, czy czekać aż burza przejdzie. Waliło w pobliskie szczyty, a my leżeliśmy między nimi. W pewnym momencie syn spytał mnie "Tato, czy tu jest bezpiecznie?". Odpowiedziałem, że "Tak, pioruny walą w szczyty". Nie byłem jednak tego pewien. Po każdym piorunie i grzmocie miałem nadzieję, że to był już ostatni. Nie chciałem syna sprowadzać po ciemku w czasie tej ulewy. To było dla mnie ciężkie przeżycie. Burza przechodziła trzy razy. To była koszmarna noc. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem i obym nie musiał kiedyś ponownie. Huk piorunów w dolince był niesamowity. Teraz, gdy słyszę burzę zawsze wspominam tamtą noc. Noc pamiętną na całe życie.
Rano leżeliśmy w namiocie pełnym wody. Wszystko mieliśmy mokre. Zmęczeni bezsenną nocą wstaliśmy by zrobić sobie coś ciepłego do zjedzenia. Dobrze, chociaż, że nie padało. Patrzałem jak syn trzęsie się z zimna przy kocherze i palniku. Niedoświadczeni w takich biwakach i w ogóle w takich wyprawach zostaliśmy osłabieni. Natura dosłownie i w przenośni wylała nam na głowy kilka kubłów zimnej wody. Takie doświadczenia uczą i pozostają w pamięci. Teraz, gdy wspominam tamten dzień, uśmiecham się, ale wtedy …

Obrazek

Rozgrzaliśmy się zupką ugotowaną na maszynce gazowej, spakowaliśmy mokry dobytek do plecaków i ruszyliśmy w drogę. Niestety powrotną. Doświadczenia minionej nocy i mgła, jaka wisiała wokół nakazywały podjąć mi taką decyzję. Myślę, że słuszną. Gdyby tak rano zaświeciło słońce to na pewno inaczej bym patrzał na sytuację. Byliśmy przecież nastawieni bojowo, ale w takiej sytuacji? Było jednak paskudnie. W powrotnej drodze z powodu mgły mieliśmy małe problemy z orientacją, ale jakoś sobie poradziliśmy. Oj, nie chciałbym zgubić się na tym odludziu, gdzie odległości są wielokrotnie większe niż u nas w Tatrach. Gdy dotarliśmy do mijanego poprzedniego dnia punktu widokowego, natknęliśmy się na samochód zabierający śmiecie. Kierowca zwiózł nas do samego kampingu. O ironio, na wysokości 500mnpm świeciło piękne słoneczko. Jakże ono cieszyło, ale dlaczego tu na dole, a nie tam wśród szczytów?
Siedząc wieczorem nad brzegiem jeziora, wsłuchany w pluszczącą wodę długo wpatrywałem się na góry, gdzie ukryte były moje niezdobyte ścieżki. Czy było mi żal? Raczej nie. Chyba uczyłem się, że nie wszystko jest dla mnie, że zdobywanie nie przychodzi tak łatwo. To było przecież moje pierwsze wyjście w Alpy.


Ale to nie koniec wyprawy pod Eigerem.

Dzień odpoczynku był czasem analiz, a następnego dnia pojechaliśmy do znanej miejscowości Grindelwald leżącej u stóp ścany-ścian. Postanowiliśmy wejść na Faulhorn od drugiej strony.
Najłatwiej byłoby wjechać kolejką wagonikową na First /2168/, ale koszt dla dwóch polskich turystów nie był taki mały. Zarabiałem wtedy wg cen europejskich dużo mniej niż zarabiamy obecnie. Postanowiliśmy wejść pieszo. Mieliśmy do pokonania jednego dnia sporo kilometrów i jakieś 1700 m przewyższenia. Wejście na First to trasa wyasfaltowanym chodniczkiem i szeroką niemalże drogą. Nie warta opisu. Tyle, że widoki na dolinę i przeciwległe szczyty coraz ładniejsze. Dalej jednak szliśmy przyjemną ścieżką. Niestety na wysokości ponad 2000m widoczność była już ograniczona. Im bardziej oddalaliśmy się od górnej stacji kolejki szlak stawał się coraz bardziej pusty. Znowu odczuwaliśmy radość z obcowania sam na sam z górami. Sami ze sobą, zmęczeniem i chęcią osiągnięcia celu. Po drodze mijaliśmy schrony. Żałowałem, że nie wybraliśmy się tu z pełnym ekwipunkiem. Byłoby gdzie bezpiecznie przenocować.
Zachwyt nasz wzrósł, gdy dotarliśmy do przepięknych jeziorek Bachalpsee, leżących na wysokości 2264. To był prawdziwy raj dla turystów górskich. Właśnie, dlatego widok tych jeziorek teraz ukazuje mi się, gdy włączam swój komputer. Ich zdjęcie i przeciwległych szczytów mam na pulpicie swojego ekranu. Dwoje turystów przypatruje się temu widokowi ze ścieżki.
W górach są miejsca piękne, ale są i wyjątkowe. To miejsce właśnie za takie uważam. Co prawda, widok mój ograniczały chmury, ale i tak ta dwójka ludzi nad tymi jeziorkami naprzeciwko skalistych czterotysięczników to – ja i mój syn. Na naszych zdjęciach te mgły – to skały, osiągalne tylko dla najlepszych, a ta ścieżka, na której my jesteśmy, to trasa dla takich jak my – spragnionych piękna, przygody i spokoju. Szukaliśmy czegoś dalej, dalej i wyżej.

Widoki były ograniczone chmurami, ale i tak byliśmy szczęśliwi. Do naszego celu było już niedaleko.

Obrazek

Obrazek

Mimo, że był to lipiec zaczął padać śnieg. Wtargnęliśmy w nową bielutką scenerię. Nie spodziewaliśmy się tego, ale nie zraziło nas to. Chcieliśmy coś osiągnąć. Nie był to zbyt wysoki cel, ale to był nasz cel.
Dopóki nie groziło nam niebezpieczeństwo prowadziłem syna na “nasz szczyt”. Sama świadomość, że zdobywaliśmy alpejski szczyt, dodawała nam jakiejś wewnętrznej siły. To było już drugie podejście. Chcieliśmy go osiągnąć, nie liczywszy nawet na widoki. Było zbyt pochmurno. Jakaś ambicja nakazywała nam iść. Byłem jednak rozważny. Wiedziałem, że wszystko ma swoje granice. Myślę, że nie zrobiłbym żadnego głupstwa. Oby nie było tylko wyjątkowych przeciwności i niespodzianek.
Nie było ich. Tylko zmęczenie dawało już się we znaki. Powoli nabieraliśmy wysokości. Syn dawał sobie świetnie radę. Mimo nie najlepszej odzieży znosiliśmy coraz większe zimno. Słabe kurtki i peleryny przeciwdeszczowe mało chroniły nas od zawiewanego śniegu. Dobrze, że chociaż buty mieliśmy nienajgorsze. Jeszcze tylko trochę.

W większych trudnościach, ale dotarliśmy tam, dokąd zmierzaliśmy.
Było pusto, od kilku godzin nie spotkaliśmy nikogo. Nawet pobliska restauracja była zamknięta. Dziwne.
Tylko ja i mój piętnastoletni syn. Trochę nam się zrobiło smutno. Po tylu godzinach staliśmy we mgle nie mając widoków, nie widząc nikogo. Zupełna pustka. Staliśmy tak jakby gdzieś na krańcu świata.

Zeszliśmy inną długą drogą do Grindelwaldu, gdzie była piękna pogoda, a miasteczko tętniło życiem. Dużo turystów przechadzało się malowniczymi uliczkami, lub siedziało w ogródkach piwnych przy ukwieconych domach.
Jakże wtedy smakowałoby piwo - piwo pod Eigerem. Hmmmmmm. Ale to nie było dla biednego turysty z Polski, a do tego kierowcy / "malucha"/.

No cóż, nie można mieć wszystkiego.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Mocne wrażenia


Angelika, piękna dziewczyna o kasztanowych włosach, szczerym uśmiechu, przyjaznym spojrzeniu i ciepłym głosie, kroczyła przede mną swoim sprawnym, sprężystym krokiem w kierunku schronisk

Wracaliśmy właśnie z Liptowskich Murów, gdzie wspólnie zaliczaliśmy grań. Schronisko nad Morskim Okiem już było widać, gdy dogonił nas zbiegający młody człowiek. Mój głos wydał mu się znajomy, więc zaczepił nas. Był to, Krzysiek, którego poznałem dwa lata wcześniej w schronisku, w czasie, gdy Wielicki po zdobyciu ostatniego ośmiotysięcznika miał specjalne spotkanie z prasą i pewnymi służbami. Siedzieliśmy w przedsionku schroniska popijając sporą ilość piwa, podczas, gdy na głównej sali odbywała się część nieoficjalna spotkania z kapelą i fajnymi, roztańczonymi i rozśpiewanymi góralkami. Teraz w trójkę powróciliśmy i zasiedliśmy przy stoliku. Tematów mieliśmy pełno. Do późnego wieczora Krzysiek opowiadał o swojej wspinaczce, a Angelika o książkach ( temat górski ) jakie przeczytała. Ten wieczór był dla mnie bardzo pouczający i zachęcający. Po powrocie do domu, wszystkie jesienne i zimowe wieczory spędziłem na przeczytaniu ponad dwudziestu książek o wspinaczce. Poszliśmy spać bardzo późno, z planem wyruszenia następnego dnia na wspólną wyprawę. Do Krzyśka nie dojechał partner od liny, więc zaproponował nam … Mnicha.
Wyruszyliśmy trochę później niż planowaliśmy, ale nie przeszkadzało nam to. Pogoda zapowiadała się wyśmienita. Szedłem podekscytowany (Angelika zapewne też) myśląc niemal cały czas o tym, co mnie czeka w najbliższym czasie. Bardzo dobrze znaną ścieżkę do Stawów Staszica, pokonaliśmy szybko, bez zatrzymywania się. Stamtąd skręciliśmy na ścieżkę wprowadzającą nas na Mnichowe Plecy. Niewielkie stawiki połyskiwały wśród żółcących się traw i szarych głazów porozrzucanych po całej okolicy. Słońce, które już było dość wysoko, swoimi promieniami, nadawało temu miejscu swoisty urok. Szliśmy dalej i wyżej, wypatrując kopczyków wskazujących nam właściwą drogę przejścia. Droga wypłaszczyła się, więc szybko pokonaliśmy dalszą część Mnichowych Pleców. Trochę podejścia i znaleźliśmy się nad krawędzią urwiska opadającego do Mnichowego Żlebu. Widok w dół robił wrażenie. Pięknie też z tego miejsca wyglądają ściany Cubryny i nie tak odległy już Zadni Mnich. Nas interesowało jednak coś innego.
Mnich, który znamy z widoku z nad Morskiego Oka, to wielka spiczasta turnia, która robi wrażenie na sam widok. Chociaż wysokość jej nie jest najokazalsza, to jednak jej wschodnie i północne ściany wywołują zachwyt, a tych śmiałków, którzy tam wchodzą – podziwiamy, pełni przerażenia. Ludzi, tam gołym okiem nie dostrzeżemy, ale wiemy, że tam bywają i pokonują te kilkusetmetrowe urwiska.
Z miejsca, gdzie my się znaleźliśmy, Mnich wyglądał zupełnie inaczej. „Niewielka” ilość skał, wcale nie takich wysokich, zupełnie nie przypominała tej niesamowitej turni.


Podążyliśmy w ich stronę. Po krótkim obejściu po ich zachodniej stronie znaleźliśmy się na dużej półce skalnej, gdzie zatrzymaliśmy się przed zagradzającym nam drogę uskoku. Krzysiek powiązał całą trójkę.

Obrazek

Prowadzący kilkoma wprawnymi ruchami znalazł się powyżej uskoku, pokonał pochyłą płytę, na której wpiął w stały spit karabinek i przepuścił przez nią linę. Gdy stał na wygodnej półce wpięty w następny punkt asekuracyjny, ruszyła Angelika. Zgrabna wysportowana dziewczyna poradziła sobie wspaniale. Po kilku chwilach bez problemów znalazła się obok prowadzącego. Zanim to nastąpiło musiałem wspiąć się na uskok, gdyż blokowała ją ciut za krótka lina. Gdy była już bezpieczna ruszyłem na pochyloną niebezpiecznie płytę. Nie było tam żadnych stopni ani chwytów. Trzeba było iść na tak zwane „tarcie”. Buty wspinaczkowe przydałyby się w tym miejscu szczególnie, ale ja i Angelika szliśmy w trekingowych. Niewielka nierówność płyty było jedynym miejscem, które można było wykorzystać chwytając się palcami i niepewnie zaczepić krawędź buta. Ześlizgnięcie groziło wykonaniem przez całe ciało ruchu wahadłowego nad ponad dwudziestometrową przepaścią. Pokonywałem płytę spięty, wszystkie mięśnie napięte, a umysł skoncentrowany. Może nawet za bardzo spięty. To utrudniało, ale taka sytuacja … Przeszliśmy półką na stronę północną. Od zachodu była ekspozycja, ale teraz od północy, to, co ujrzałem … Tuż za krawędzią półki, na której stałem była przepaść, duuuuuużo powietrza, a daleko, daleko w dole, głazy. Dalszy widok to jezioro, schronisko i cała Dolina Rybiego Potoku. Wspięliśmy się po głazach wyżej wykorzystując nie tylko ręce i nogi, ale i brzuch, aby przyczepność była lepsza. To z obawy.

Obrazek

Po chwili znaleźliśmy się na samym szczycie Mnicha. Usiadłem na szczytowej skale obok dwójki towarzyszy. Widok, jaki rozpościerał się wokół zapierał dech. Cudna zieleń w dole i błękit Morskiego Oka rozpościerały się jak jakiś zmyślny kobierzec u stóp okolicznych szczytów. Nic nie zasłaniało tego widoku, wokół tylko próżnia.
Wspominam, że widok zapierał dech, ale nie tylko. Dech zapierało wrażenie, jakiego doznałem w chwili znalezienia się na samym szczycie. To wrażenie nazwałbym lękiem, wręcz strachem. Naprawdę się bałem.
Patrząc na schronisko, po swojej lewej stronie miałem Angielkę i Krzyśka, zaś po prawej kilkusetmetrową „lufę”. Dokładniej mówiąc nie bałem się tam siedzieć, ale tego, że niedługo będę musiał schodzić mając niżej te przepaście. Podczas, gdy oni rozprawiali sobie w najlepsze o wszystkim, a Krzysiek nawet wstawał i zsuwając się nieco robił zdjęcia, ja, na co dzień rozmowny, siedziałem nie wiele się odzywając. Spędziliśmy na szczycie jakieś pół godziny. Pora była wracać. Nasyciliśmy oczy widokami, więc ruszamy. Schodziłem pierwszy. Zsuwanie się po głazach, a więc miejsce, którego najbardziej się obawiałem, poszło sprawnie i szybko. Zaraz potem, ze skalnej półki mieliśmy zrobić zjazd jakieś dwadzieścia metrów w dół. Nie robiłem tego nigdy, ale tego się nie obawiałem, wszak ogląda się filmy typu „Rambo”. Pochwalę się, zjechałem jak „profesjonalista”. To, że pod plecami miałem ileś tam metrów, nie przeszkadzało mi w miękkim odbijaniu się nogami od ściany w czasie, gdy Krzysiek szybko popuszczał linę. Stojąc na dole robiłem zdjęcia partnerom opuszczającym się na dół.

Obrazek

Obrazek

To było wspaniałe przeżycie, pełne nowych wrażeń. Nowe miejsce, wspinaczka z liną, pierwszy zjazd. Tylko, dlaczego tak bałem się zejścia z tych głazów? Nawet gdybym nie patrzał w dół i tak wiedziałem, co się tam znajduje. Lina zabezpieczająca mnie też nie była tym, co pozwoliłoby oszukać strach.

Ilekroć stoję przed schroniskiem nad Morskim Okiem – a bywam tam często – patrzę na ten szczyt i przypominam sobie tamten dzień, dzień wyjątkowo mocnych wrażeń.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Szukanie nowych ścieżek.


Mimo, że późno zacząłem chodzić po górach, to patrząc od dnia dzisiejszego było to naprawdę dość dawno. Wielu szczegółów już nie pamiętam, ale wiele jeszcze pozostało w mej pamięci.
Kiedyś …
… będąc w schronisku nad MO poznałem Janka. Nieco młodszy ode mnie Ślązak /opolski/ był ciekawym człowiekiem i podobnym do mnie miłośnikiem Tatr, i różnych w nich ścieżek.
Od słowa do słowa i zaplanowaliśmy wspólny wypad na następny dzień. Interesujący szczególnie mnie. W poprzednim roku szukałem ścieżki na ŻSzW, ale nie udało mi się jej odnaleźć. Teraz Janek zaproponował mi wspólne wejście tam.
Wieczorem długo nie mogłem zasnąć. Myśl, co mnie czeka nazajutrz nie pozwalała oddać się w błogi sen. To naprawdę była dla mnie wyprawa szczególna. Był to taki okres mojego chodzenia po górach, gdy byłem już na wszystkich tatrzańskich szlakach, a Alpy nie były jeszcze dla mnie tak dostępne, jak w późniejszym okresie. Dlatego szukałem …, szukałem przygód i adrenaliny w różnych mniej dostępnych zakątkach Tatr. Nadarzała mi się okazja wejścia, gdzie ciągnęły myśli i marzenia. Wydawało mi się, że jestem rozsądny, a zarazem chciałem poznawać coś trudniejszego, coś co przyniesie mi więcej satysfakcji w zdobywaniu i oglądaniu, ale i może być o wiele bardziej niebezpieczne.
Rankiem podekscytowany szybko przygotowałem się do wyjścia.
Sporo osób szło w tym samym kierunku. Jako, że pogoda była bardzo dobra, ścieżką w stronę Czarnego Stawu pod Rysami podążało sporo osób. Powyżej stawu szli już tylko nieliczni. Kierowali się na Rysy. My też. Tyle, że po kilkunastu może minutach zeszliśmy ze ścieżki. Janek, mimo, że był w tym miejscu w ubiegłym roku też miał problemy ze znalezieniem ścieżki. Prowadziła bowiem przez głazy, a później odbijała w kosówkę. Nie będę opisywał szczegółów, aby nie podpowiadać chętnym schodzenia poza szlak. Znaleźliśmy jednak drogę dojścia i weszliśmy na widoczną już dobrze ścieżkę w śród traw. Kierowała nas dość stromo pod górę. Nawiasem mówiąc to ścieżka ta jest dobrze widoczna z drogi pod Chłopka. Teraz już było prościej i wygodniej, tyle że dość mocno pod górę.
W pewnym momencie stanęliśmy pod ścianką. Niezbyt wysoka, ale niełatwa. Janek pochodził po półce pod nią, po czym skierował się na jej prawy skraj, aż do krawędzi, gdzie półka dochodziła do olbrzymiego żlebu. Tu było dość niebezpiecznie. Jakież ogarnęło mnie zdumienie, gdy oznajmił mi, że w ty miejscu będziemy pokonywali ściankę.
„Cholera, przecież w każdym inny miejscu jest bezpieczniej. Odpadnięcie groziło spadkiem na półkę i ewentualnie po zboczu. W miejscu, które zaproponował Janek można było polecieć przy pechu i w żleb” – pomyślałem.
Powiedziałem o swoich obawach. Otrzymałem tylko odpowiedź, że tu jest najdogodniej i najłatwiej – że damy radę. Nie byłem tego taki pewien. Strach mnie paraliżował.
Janek wszedł pierwszy. Ja po chwili też byłem już na górze. Nie było tak trudno, ale myśl o schodzeniu tędy później nie dawała mi spokoju.
Dalej szło się spokojniej. Wyżej i wyżej. Stromo, więc pot zalewał oczy i jaja. Widoki super, więc aż chciało się kroczyć w stronę przełęczy. Czarny staw był coraz niżej, za to Żabia Lalka była tuż nad naszymi głowami, a jeszcze wyżej dalsze turnie i szczyty. Po przeciwnej stronie mieliśmy wspaniały widok na ciemne ściany Kazalnicy.
Wchodziliśmy w żleb. Zamknęło nam nieco widoki, ale oznaczało to, że zbliżamy się na grań. Niebawem znaleźliśmy się na Białczańskiej Przełęczy Wyżniej. Ukazały się nowe widoki. Żabie Białczańskie Stawy, Młynarz i wiele innych ciekawych obiektów naszego zainteresowania tworzących cudowną całość. Warto było tam wejść.
Nasze plany jednak obejmowały coś więcej. W pobliżu był Żabi Mnich. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w jego stronę. Szczyt ten ma dwa wierzchołki i patrząc na niego z Czarnego Stawu wygląda imponująco. Jeszcze bardziej niedostępny wydaje się gdy ogląda się go z Buli pod Rysami. My jednak na niego weszliśmy. Jakaś olbrzymia satysfakcja ogarnęła mnie. Lubię to. Gdy siadam tam, dokąd zmierzałem kilka godzin i spoglądam w dół, gdzie tak niedawno jeszcze przygotowywałem się do wejścia – wtedy czuję się spełniony. Lubię też wtedy patrzeć w dal, w dal bezgraniczną i w niebo, w niebo, gdzie jest już tylko nieosiągalna przyszłość i nieskończoność.

Obrazek

Obrazek

Po zejściu znowu na przełęcz, poszliśmy dalej. Nie było zbyt trudno, więc niebawem zbliżyliśmy się do naszego następnego celu. Trochę wspinaczki i stanęliśmy na następnym szczycie. I to nie byle jakim. Osiągnęliśmy Żabi Szczyt Wyżni.
Dość długo na nim posiedzieliśmy, bo i pogoda sprzyjała, i czasu mieliśmy sporo. A widoki zapierały dech. Galeria, jak na dłoni. Inne tatrzańskie kolosy też blisko i tylko nieliczne były wyższe od miejsca, gdzie sobie siedzieliśmy. Jaki świat wokół był piękny. Chciałoby się tam siedzieć i siedzieć, i marzyć jak wspaniałe byłoby poszybować stamtąd jak ptak.
Nieopodal były Rysy, a na szczycie sporo ludzi. My byliśmy nieco niżej, ale czułem się jakbym wszedł o wiele wyżej, a nawet tak wysoko, że tamtym już nie starczyło sił. Nie, żebym czuł się lepszy od nich, ale poczułem się lepszy od … siebie samego.
Czas mijał i pora była myśleć o zejściu. No właśnie – teraz trzeba zejść ale …. Dla mnie było tylko jedno „ale”. Jak zejdę po tej ściance koło żlebu? Obawiałem się. Koniec dumy i zachwytu z siebie. Teraz pozostał lęk i obawa. Poczułem się malutki i bojaźliwy. To nie żarty. Pokora wobec gór musi dać objawić się przez koncentrację i ostrożność.
Schodziliśmy spokojnie bez problemów. Ścianka była na jakiejś 1/3 wysokości.
Spytałem Janka, czy nie chciałby się wybrać na Owczą Przełęcz? Nie był tam nigdy, więc po zapewnieniu, że znam drogę zejścia, przystał na moją propozycję.
Tak więc, mimo że Czarny Staw był jakby tuż – tuż, to ruszyliśmy znowu pod górę w kierunku Białczańskiej Przełęczy Niżnej. Cieszyłem się, że udało mi się Janka namówić. Ominęliśmy tym miejsce, którego się bałem, ale za to znowu mieliśmy pod górkę. I to dużo. Wśród traw widoczna był ścieżka, ale można był zorientować się jak rzadko ktoś tamtędy chodził. Miejscami znikała. Trzeba było uważać, żeby nie zjechać. Nie było więc to takie bezpieczne. Na szczęście było sucho i nic nie zapowiadało zmiany warunków. Idąc tamtędy mogliśmy obrać jeszcze krótszy wariant przez Mokrą Wantę, ale to byłoby raczej trudniejsze. Bać się ścianki i wpakować się w słynące nieciekawe miejsce, to mogłoby być jak wpaść z deszczu pod rynnę. Poszliśmy do góry. Było fajnie. Obeszliśmy od wschodu turniczki i nie spiesząc się dotarliśmy do Owczej Przełęczy. Zmęczyło nas to solidnie. Mogliśmy już o tej porze siedzieć w schronisku, a przeze mnie, lub dzięki mnie, my łaziliśmy gdzieś po prawie nieuczęszczanych ścieżkach. Zapewniam, że widoki mieliśmy piękne, a i samopoczucie z tego faktu i zadowolenie z bujania w obłokach było nieprzeciętne. Zmęczenie jednak też było nieprzeciętne.
Do schroniska dotarliśmy szczęśliwie i bez żadnych nieprzewidzianych przygód.
Wieczorem w schronisku planowaliśmy – co jutro? I zaplanowaliśmy.


Następnego dnia …
Z Mniszka mieliśmy wspaniały widok na Mięguszowieckie Szczyty i na całą dolinę rozpościerającą się poniżej. Było chłodno, ale słonecznie, więc dawało nam to oprócz widoków, jakąś gwarancję, że będzie pod ty względem bezpiecznie. Schronisko zdawało się leżeć tuż pod naszymi stopami, a kręcący się wokół niego ludzie, choć ledwo co widoczni byli dowodem, że nie jesteśmy daleko. Ale to tylko pozór.

Obrazek

Obrazek

Tak naprawdę na wyciągnięcie dłoni był tylko Mnich. Wspaniale wygląda sam jego wierzchołek od tamtej strony. Zachęcał do podejścia ku niemu.
Tak też zrobiliśmy. Znaleźliśmy dojście do niego. Doszliśmy do płyty. Dalej już nie było dla nas. Co prawda, za rok, czy dwa miałem okazję pokonać tą płytę i dalszy odcinek, ale to było już z kim innym i z asekuracją. Tego dnia musiało nam wystarczyć tylko dotknięcie Mnicha.
Poszliśmy dalej. Udaliśmy się pod Zadni Mnich. Gdy stanęliśmy na przełęczy powiało wolnością. To złudne i niedorzeczne, a nawet niegodne miana opisywania, że człowiek czuje się lepiej tam, gdzie nie powinien wchodzić. Łamaliśmy jakieś przepisy żeby oddychać otoczeniem, stawiać stopy na skale szorstkiej, nie wyszlifowanej przez buty niezliczonej liczby turystów. Wiem, że to złe, ale dla tej odrobiny głupiej satysfakcji, dla samolubnego ego, wchodziliśmy tam gdzie pragnęliśmy patrzeć na zakazany owoc. Ale kto wie, może i jest w tym jakaś prawda, że zakazany owoc smakuje lepiej. Nie zachęcam tym oczywiście do próbowania go, bo wiecie – można ponieść karę jak pierwsza para ludzka.
Ale my wtedy …. chcieliśmy być wolni, ograniczani tylko własnymi możliwościami fizycznymi i lękiem przed dziką, górską naturę. No, cóż, gdy spotkało się dwóch takich ludzi o podobnym podejściu do szukania przygód, adrenaliny i piękna, trudno było żeby nie iść tam, gdzie można było ujrzeć coś nowego, zdawało nam się doskonalszego.

Obrazek

Później poszliśmy w nieco inne miejsca. Mała Galeria, Wielka Galeria …. Dalej tego dnia nie ruszyliśmy, ale w planach na przyszłość mieliśmy jeszcze dalsze ścieżki. Takie plany, gdy już powstaną w głowie na ogół doczekają się realizacji. Już nie wspólnie, ale udało mi się być wyżej. Po jakimś czasie samotnie wszedłem na Cubrynę? Po co? Któż to wie? Sam nie potrafię odpowiedzieć na to zdawałoby się proste pytanie. Wszedłem pełen obaw dla spełnienia siebie. Może to głupie, a na pewno niebezpieczne. Stałem tam na szczycie i myślałem o … nie wiem o czym. Może o Bogu, który spoglądał na pyszałka zbliżającego się do nieba, a może o rodzinie, która przecież czekała na mój szczęśliwy powrót do domu.
Zeszliśmy z Jankiem do schroniska. Pełni nowych doświadczeń zaplanowaliśmy dzień następny.




Dzień później …
Szliśmy w kierunku Rys. Ja, Janek, pewien znajomy i Ania - taka fajna, wesoła Francuzka polskiego pochodzenia. Szło sporo ludzi. Dziewczyna szła na Rysy. My mieliśmy nieco inne plany. Na dużej już wysokości odbiliśmy ze szlaku w lewo. Nie było trudno. Oddalaliśmy się od ludzi coraz bardziej. Szliśmy w swoją stronę, tam gdzie jeszcze nigdy nie byliśmy. Jaki sens tego? Właściwie żaden, ale chcieliśmy stanąć na szczycie dla nas nowym. Czytamy nieraz o alpinistach, czy himalaistach, których ciągle gdzieś gna jakaś chęć zdobywania, ale okazuje się, że może to dotyczyć też zwykłych turystów. Tym jednak prawo tego zabrania w Tatrach. Wiem, że słusznie, ale …
Ścieżki nie było żadnej widać. Nie pamiętam też, czy były jakieś kopczyki, w każdym bądź razie później nie było ich na pewno. Skała była krucha, nie taka jak na Rysy. Posuwaliśmy się jednak coraz wyżej. Perspektywa nieco nas zwodziła. Gubił się w górze nasz zaplanowany cel. Nie rezygnowaliśmy jednak szukając jakichś śladów, że idziemy w dobrym kierunku. Niestety. Ponad naszymi głowami, już niedaleko widać było grań. Wierzchołek z lewej strony jakby zlał się z całą granią. Nie mogliśmy znaleźć do niego drogi. Postanowiłem wyjść na grań. Było dość stromo i bardzo krucho. Z dużą uwagą podchodziłem pierwszy. Już niedaleko. Sypkie płytki usuwały się pod stopami. Trzeba było uważać żeby nie zjechać. Robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Jeszcze jakiś pięć metrów i stanąłbym w miejscu, gdzie widziałbym dolinę po drogiej stronie.

Obrazek

Zatrzymałem się jednak. Nikt z kolegów nie ruszył dalej. Nie było ciekawie.
Pomalutku zeszliśmy.
W bezpiecznym miejscu zrobiliśmy sobie odpoczynek i przerwę na posiłek. Nie zdobyliśmy szczytu. Nie zdobyliśmy nawet przełęczy. A było już tak blisko.
Długo siedzieliśmy i patrzeliśmy na góry z miejsca, gdzie już nigdy nie powróciłem. I nie zamierzam.
No cóż, dużo jest przecież miejsc, gdzie nie byłem i już nigdy nie będę. Tak więc nie ma czego żałować. Ale jakieś wspomnienia pozostały.

Obrazek

Obrazek
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

włóczęga pisze:Nie rozwodniajcie tego tematu niepotrzebnymi postami.
Przepraszam ale nie mogę się powstrzymać- Rewelacyjne się czyta! Ukłony za chęć podzielenia się tak osobistymi przeżyciami, przemyśleniami. :)
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

30 metrów


Moje urlopy, to czas spędzony nie tylko w górach. Żona często namawiała mnie, aby wyjechać gdzieś na południe Europy, poodpoczywać gdzieś i pozwiedzać inne kraje. Któregoś roku namówiła mnie na Grecję.
Uznaliśmy /czytaj uznała/, że słoneczne plaże tego pięknego kraju, będą dobrym miejscem wypoczynku po całorocznej pracy.

Cały urlop obfitował w wiele cudownych chwil spędzonych na plażach, w tawernach i miejscach o wyrazistych śladach starożytnej historii. Wycieczki, rejsy i „greckie wieczory” pozostały w pamięci jako miłe przeżycia.
Jedna z wycieczek fakultatywnych, na którą się zdecydowaliśmy, to wycieczka na Olimp. Nie mogłem przepuścić takiej okazji.

Z miejscowości Olmpick Beach., w której mieszkaliśmy do Litohoro leżącego u podnóża Olimpu było ok. 40-tu kilometrów. Zwiedziliśmy urocze miasteczko, stary cmentarz i ruszyliśmy autokarem wyżej aż do miejsca zwanego Stauros leżącego na wysokości 960 m n.p.m. Wypite piwo w knajpie i widok na bardzo odległy szczyt Mytikasu stanowiący najwyższy wierzchołek całego masywu Olimpu, to główny cel całej wycieczki. Kilka zdjęć i powrót na dół. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy wodospadach w dolinie Eurypides. Piękne miejsce związane z mitologią grecką. Podobno kąpała się tu Afrodyta, ale gdy ja tam byłem już jej nie było /szkoda/.

Obrazek

Widok Mytikasu nie dawał mi jednak spokoju. W pewnym momencie zobaczyłem trzy dziewczyny schodzące ze szlaku. Ubiór ich wskazywał, że schodzą z wyższych partii gór. Patrzyły na nas (na mnie też) - dość dziwnie. Dlaczego? Co je tak zdziwiło w mojej podkoszulce, białych spodenkach i nowych adidasach na nogach? Poczułem się dziwnie.

Ja stary „góral” i „tatrzański włóczęga”, a patrzą na mnie jak na niepotrzebną wręcz szkodliwą dla otoczenia „stonkę”. Zagadnąłem owe dziewczyny, które okazały się Czeszkami. Porozmawialiśmy chwilę i już wiedziałem, że Mytikas będzie „mój”.

Zacząłem wypytywać nowo poznanych znajomych z wczasów, czy nie byliby chętni na wyprawę na szczyt. Zainteresowanych było 8 osób. Kilka dni spędzonych na słonecznych, gorących plażach i w cienistych tawernach były czasem wstępnych planów i rozmów na temat organizowanej wyprawy. Niestety im więcej mijało tych dni, tym więcej osób się wykruszało. Termin wejścia zaplanowaliśmy na jeden z ostatnich dni pobytu na Riwierze Olimpijskiej. W dniu poprzedzającym okazało się, że chętnych zostało już tylko dwie osoby. Ja i pewna dziewczyna.
Nie mieliśmy odpowiedniego sprzętu na wyprawę. Używam tu słowa „wyprawę”, dlatego, że na zdobycie Olimpu jednego dnia potrzeba nam było około 14-16 godzin wliczając dojazd z naszej miejscowości. Nie mieliśmy ani odpowiedniego obuwia, ani plecaków, ani niczego, co jest potrzebne w górach, a tym bardziej w górach wysokich. Kupiliśmy, więc tylko małe plecaczki i to musiało wystarczyć. Nic nie było w stanie nas powstrzymać. Plan był może szalony, ale dlaczego nie spróbować. Przecież to Olimp.
Umówiliśmy się na start na następny dzień o godzinie 5 rano. Zamówiony poprzedniego dnia taksówkarz spóźnił się 30 minut, /co jest u nich normalne/ i widać było, że bawił się całą noc /co też u nich jest normalne/. Za dużą opłatą zawiózł nas jednak szczęśliwie wijącymi się serpentynami do znanego nam miejsca Stauros. Widoki, jakie nam się odsłaniały na morze i góry przysłaniała jednak obawa o szczęśliwe dotarcie na miejsce. Pierwszy etap dobiegł jednak końca. Dalej ruszyliśmy pieszo. Szliśmy drogą nie mając pojęcia, że to takie odległości. Dobrze, że trafiła nam się jeszcze okazja podjechania przejeżdżającym samochodem, który podrzucił nas do Prionia leżącego na wysokości 1100mnpm.
Tam znajduje się knajpka i parking skąd należało startować.

Ruszyliśmy równo o godzinie 8.00. Do najbliższego schroniska mieliśmy 1000 metrów przewyższenia i ileś tam kilometrów szlaku. Trasa była bardzo ładna i nie sprawiała żadnych problemów. Tylko ta odległość. Masyw Olimpu należy porównywać do masywów w Alpach. Obraliśmy pewien system - 25 minut marszu i 5 minut odpoczynku.
Dotarcie do schroniska A zajęło nam prawie 4 godziny. Było fajnie. Wokół siedziały małe grupki ludzi rozmawiające w różnych językach. Widać chętnych na Olimp nie brakuje w żadnym kraju. Odpoczywaliśmy pod drzewkiem. Tam znaleźliśmy trochę cienia przed palącym żarem z nieba, przed gorącym słońcem.

Obrazek

Obrazek

Wiedzieliśmy, że ono będzie największym naszym przeciwnikiem przeszkadzającym nam w dotarciu do celu. I czas. Trzeba było niezwłocznie ruszać. Byliśmy już trochę zmęczeni, gdy ruszyliśmy wyżej w tereny, gdzie las zastąpiły coraz rzadziej rosnące krzewy. Później z rzadka napotykane miejsca z maleńkim, choć kawałkiem cienia były naszymi miejscami postoju. Chowaliśmy, chociaż głowy, by nieco odsapnąć i skryć je przed palącym słońcem. Po pewnym czasie nie było nawet takiej możliwości. Dobrze, chociaż, że wysokość sprawiała, że temperatura obniżała się. Na plażach w słońcu było ponad 50 stopni, tu sporo mniej, ale i tak piekło niesamowicie i gorąco nie dawało chwili wytchnienia. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Zaskoczył nas w pewnym miejscu śnieg. Na tej wysokości geograficznej, w pełni lata? Aż musieliśmy się trochę pobawić, rzucając nim w siebie nawzajem.
Podejście do przełęczy Skala było męczące tym bardziej, że końcowe jego fragmenty to podejście po sypkich piargach, a my szliśmy w adidasach. Zmęczone nogi z trudem radziły sobie w tym terenie. Prawie wszyscy wybierający się na Mytikas nocowali w wysoko położonych schroniskach i z nich rano startowali.
Widok z przełęczy wynagrodził cały nasz trud. Zachodnie ściany Mytikasu były pięknym urwiskiem cieszącym oczy, a inne pobliskie szczyty też przedstawiały się imponująco.

Obrazek

Obrazek

Cieszyliśmy się bardzo. Do samego szczytu zostało nam jakieś 30 minut. Trochę trawersu i podejście na wierzchołek. Ale osiągnięcie Skali, było już dla nas olbrzymim sukcesem.

Pięć i pół godziny olbrzymiego wysiłku, aby się znaleźć w tym miejscu. Ruszyliśmy jednak dalej. Kruchy trawers pokonaliśmy bez trudu i zatrzymaliśmy się przed podejściem.
Ruszam dalej i nagle słyszę głos partnerki „ja dalej nie idę”.
Przez moment nie wiedziałem, co się dzieje. Właściwie to nie wiem do dzisiaj, co się stało.
Minięcie małej przeszkody i już kilka minut do celu.
Poszedłem. W kilka minut znalazłem się na szczycie Olimpu. Zawołałem ją by doszła do mnie, bo nie ma żadnych trudności. Wejście nie było trudne, a ona miała przecież górskie doświadczenie.
Niestety na wierzchołku znalazłem się sam. Nikogo nie było. Tylko pustka Dziwne uczucie zaczęło mnie ogarniać. Przez umysł przebiegały jakieś dziwne myśli, że może za którymś z kamieni śpi Zeus, który czyha na takich śmiałków jak ja. Sześć godzin żmudnego podejścia w greckim upale i znalazłem się na wysokości 2917mnpm. 1800m w pionie – to sporo.
Nie miałem w tej chwili, z kim dzielić swej radości. Jakoś było mi smutno – to trudno opisać, dlaczego, ale tak było. Nawet niebo w tym czasie jakoś się zachmurzyło, co spotęgowało dziwne uczucie, jakie odczuwałem. Szybko zrobiłem kilka zdjęć, zrobiłem krótki film kamerą, wpisałem się do książki pamiątkowej znajdującej się w metalowej skrzyneczce i szybko na dół.

Obrazek

Obrazek

Jeszcze raz zachęciłem partnerkę do krótkiego podejścia. Nie byłem jednak w stanie jej nakłonić. Pomimo moich zapewnień, że nie jest trudno, nie podjęła decyzji o wejściu.30 metrów do tronu. Często o tym później myślałem, (chociaż z nią już o tym nie rozmawiałem).
Co może człowiekowi „ powiedzieć”, że nie pójdzie ani kroku dalej? To nie było zmęczenie. Kilka godzin powrotu zniosła przecież bardzo dobrze. Trudności, ani ekspozycji też nie było wielkich. Orla Perć, którą przeszła jest o wiele trudniejsza od końcówki Olimpu. Co więc było powodem rezygnacji?. Tylko 30 metrów. Nie wiem i nie będę wiedział. Nie mam już z nią kontaktu. Po wielu latach jeszcze się jednak nie raz nad tym zastanawiam.

Do stóp Olimpu dotarliśmy dość szybko i bezpiecznie. Na dole okazało się, że zniknął mój aparat fotograficzny. Ostatnio, gdzie go widziałem to miejsce pod samym szczytem, gdzie partnerka na mnie czekała, Tam przepakowywałem rzeczy w plecaku.
No cóż. Chyba Zeus jednak zażądał ode mnie zapłaty za wtargnięcie na jego teren.

Do hotelu powróciliśmy okazjami z małymi problemami, ale jakoś się udało. Był już późny wieczór. Wszyscy na nas czekali. Byliśmy bardo zmęczeni, ale wrażenia, cudowne wrażenia, wszystko rekompensowały.

Dwa tygodnie w Grecji, czyste plaże, cieplutkie morze, romantyczna grecka muzyka, najstarsze zabytki nie dały mi tyle satysfakcji, co stanięcie na chwilę na Olimpie.

Przez chwilę siedziałem na tronie Zeusa.
Przez chwilę Olimp i cała Grecja były moje.

Teraz mam tylko kilka zdjęć zrobionych z taśmy filmowej i sam film.
Są piękną pamiątką po greckiej przygodzie…
Mam też piękne wspomnienia.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Po co wszedłem na Cubrynę?


Stałem na Cubrynie patrząc w kierunku schroniska, z którego wyszedłem jakieś trzy godziny temu. Pomału rytm serca wyrównywał się, po zakończonej przed chwilą wspinaczce. Oddech też stawał się spokojniejszy, chociaż nie do końca. Jak to zwykle bywa, gdy znajdziemy się w jakimś zakazanym, nieznanym nam miejscu, coś wewnątrz mnie powodowało jakiś niepokój, jakieś drgania serca, cięższy oddech. Obserwowałem otoczenie starając się wchłonąć i zapamiętać to miejsce. Potwierdzało się moje powiedzenie, że świat z góry jest piękniejszy. Morskie Oko ze szczytów wygląda przepięknie. Tylko Mnich zawsze górujący, teraz był niewielką ilością głazów prawie niewidoczną i zlewającą się z otaczającym go terenem. U stóp moich leżał niemal cały mój świat. Piękny, że trudno opisać. Ale czy dla tego widoku tu wszedłem? Dotarłem do wyznaczonego sobie celu i teraz zacząłem zastanawiać się - „po co?”
Trzy godziny samotnego wejścia, tam, gdzie nie ma szlaku. Czy to chodziło o to by iść tą „zakazaną” ścieżką? Czy o to, by znaleźć się na tym szczycie? Czy był w tym jakiś cel, czy wszedłem tylko dla swojej zachcianki? Co chciałem osiągnąć?

To nie było takie moje pierwsze wejście. Czy warto ryzykować życie, zdrowie lub pieniądze, by iść tam, gdzie nie powinno się iść?

Czy warto było wspinać się samotnie na iglice Liptowskich Murów? Bez jakiegokolwiek sprzętu. Widok z nich zachwycał mnie, zdawało mi się wtedy, że osiągnąłem coś wyjątkowego, ale przecież miałem problem z zejściem. Stałem czubkami butów na maleńkich występach skalnych, patrząc na ścieżkę znajdującą się dobrych kilka metrów pode mną i nie wiedziałem, gdzie mam niżej postawić stopę. Łydki drgały, serce już łomotało, a ja nie byłem pewny czy dam radę. Nasuwała się momentalnie myśl, że może schodzę nie tą samą drogą, którą wszedłem. Co robić? Czasu było coraz mniej. Mięśnie drżały…. Jakoś znalazłem sposób.
A samotne wchodzenie na Owczą Przełęcz przy słabej widoczności i nieznajomości ścieżki? Po co? Po to by mieć problemy ze znalezieniem powrotnej drogi?
Takich miejsc, gdzie samotnie lub z kimś wchodziłem, by osiągnąć jakieś nowe cele było ileś.
Co skłania do wchodzenia ciągle w nowe miejsca?

Pamiętam, że stojąc wtedy na Cubrynie, zastanawiałem się nad tym. Oczywiście nie potrafiłem sobie wtedy odpowiedzieć na takie pytania, tak jak chyba nie potrafię i dzisiaj. Gdy, ktoś nas pyta, po co wchodzimy na góry, to w zależności od osoby pytającej dajemy różne odpowiedzi. Laikowi opowiemy o pięknie gór, a komuś, kto chodzi po górach o wrażeniach, jakich tam doznajemy.
A sobie? Po co chodzimy po górach? Nie problem odpowiedzieć. Ale, po co chodzimy w coraz trudniejsze miejsca? Dlaczego szukamy większej dawki adrenaliny?
Jako turysta zastanawiałem się nieraz, po co taternicy szukają coraz trudniejszych dróg? Po co himalaiści ocierając się o śmierć, znowu wyruszają na podbój gór najwyższych?
Odpowiedź zawarta jest w moim podejściu do zagadnienia - „ Po co wszedłem na Cubrynę?”
Każdy powiedziałby o tym samym w jakiś inny sposób. Taternik łojący Kazalnicę, turysta znalazłszy się po raz pierwszy na Orlej Perci i tacy jak ja.
…..

Stałem samotnie na Cubrynie i rozmyślałem. To dobre miejsce do przemyśleń, bo nikt tam nie przeszkadza. Wszystko wokół jest małe, niepozorne. Wszędzie – gdzie nie spojrzałem - już byłem. Z prawej strony górował nade mną tylko MSW. Piękny i potężny. TAM JESZCZE NIE BYŁEM. Czy po to wszedłem na Cubrynę, by dojść do takiego wniosku?

Adrenalina, to narkotyk.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Dość


Trafiłem na idealną pogodę. Zaraz po dotarciu do schroniska nad Morskim Okiem, pozostawiłem duży plecak i wyruszyłem na szlak. Nie pamiętam, gdzie poszedłem, ale ciepło i piękny błękit nieba nie pozwalał na pozostanie w dolinie mimo zmęczenia po całonocnej podróży pociągiem. Stęskniony gór nie chciałem tracić czasu na wątpliwy wypoczynek wśród tłumów nadciągających z Zakopanego do mojego ulubionego miejsca. Do późnego popołudnia włóczyłem się gdzieś wysoko patrząc z wysoka na maleńkie postacie skupione w jednym miejscu jak mrówki koło swego mrowiska. Czułem pod stopami twardą skałę, czułem rękoma zimny dotyk skały, a płuca i nozdrza czuły zapach świeżego górskiego powietrza, jakże innego, od tego, które poprzedniego dnia wieczorem zostawiłem razem ze wszystkimi troskami w Warszawie. Byłem tam, gdzie żyję.
Trzy dni spędziłem - na upajaniu się niczym niezmąconymi widokami, na zmuszaniu moich płuc do wchłaniania olbrzymiej ilości tlenu, na męczeniu moich mięśni do granic wytrzymałości, na zmuszaniu każdej mojej cząstki do wydalania potu – w tej okolicy.

Obrazek

Obrazek

Później z pod ścian Mięguszewieckich Szczytów przeniosłem się z całym moim dobytkiem do sąsiedniej doliny, gdzie również cała przestrzeń skąpana była w słońcu, a noce swoimi milionami gwiazd srebrzyły okoliczne granie i tafle nadzwyczaj spokojnych stawów. Dwa dni upłynęły na wędrówkach po ścieżkach górujących ponad Doliną Pięciu Stawów. Wymarzona pogoda pozwalała na wędrowanie całymi dniami. Chciałem nadrobić długą nieobecność w górach i nasycić się na zapas, jak dziecko spragnione słodyczy. Krążyłem wokół doliny jak wolny ptak wzbijając się na granie, to znów przysiadać nad stawami, by po chwili znowu sięgać chmur. Pusta niemalże dolina była moim królestwem.

Obrazek

Wieczorem, leżąc już w śpiworze, poczułem, że coś jest nie tak ze mną. Jakieś dreszcze przechodziły całe moje ciało. Czułem gorączkę. Długo nie mogłem zasnąć, a przed oczyma ciągle przesuwały mi się obrazy jakichś przepaści, stromych ścian inne przerażające mnie przeszkody. Wszyscy już spali, a ja długo męczyłem się ze swoimi myślami. Wiedziałem, że przemęczyłem organizm forsownymi wypadami i słabym odżywianiem się. Brak apetytu w górach to mój problem. Przez pięć dni nic nie robiłem, by wyrównać utracone zapasy energii, a jeśli, to robiłem to w ilości niedostatecznej. Pomyślałem, że wrócę do domu.

Rano wyszedłem przed schronisko. Czułem się jak „młody bóg”. Energia tryskała ze mnie, jak ta z wynurzającego się spoza grani Miedzianego, słońca. Dzień znowu był piękny. Miałem przecież jeszcze przejść do Hali Gąsienicowej. Nie, nie można stracić takiej okazji, - pomyślałem – i nie przejść z plecakiem w tak cudowny dzień, do następnej doliny. Znaleźć się na Krzyżnem, Zawracie, lub Koziej Przełęczy i popatrzeć na leżące u stóp doliny, to przecież jest to, czego ciągle pragnę. Uśmiechając się sam do siebie i swoich odświeżonych myśli, podjąłem decyzję,
Wyruszyłem raźno w stronę Krzyżnego. Mimo dość ciężkiego plecaka, szedłem szybko. Ścieżka trawersująca zbocze, była łatwa i przyjemna. Wysoko nade mną wznosiła się Orla Perć, a poniżej stok opadał na samo dno Doliny Rostoki, skąd słychać było szum toczącego się potoku. Ścieżka zrobiła się raptownie stroma. Plecak ciążył teraz bardziej, ale poza lekką zadyszką, nie było żadnego problemu. Byłem w dobrej formie (tak mi się w każdym bądź razie zdawało). Wspinałem się szybko i sprawnie. Od wyjścia ze schroniska, minęła niewiele ponad jedna godzina, a ja byłem już na przełęczy. W połowie krótszym czasie niż przewiduje przewodnik. I to z dużym plecakiem. Byłem z siebie zadowolony.
Kilkanaście minut spędziłem na górze wpatrując się w cały pejzaż. Na wschodzie Tatry Bielskie, Tatry Wysokie, aż po Gerlach i Łomnicę, oraz bliższe polskie szczyty były super widoczne. Po drugiej stronie zapraszała do zejścia w dół Dolina Pańszczycy, urzekająca swym spokojem i dzikością. To jedno z piękniejszych miejsc, które dostępne jest dla turystów. Grań Orlej Perci wznosi się ponad nią, a w oddali roztacza się zieleń rozległej doliny.

Ruszyłem, więc w jej kierunku. Po piętnastu minutach zejścia, poczułem jak raptownie słabnę. Nogi zaczęły się pode mną uginać, a ból pleców zdawał się być nie do wytrzymania. Zrzuciłem plecak na ziemię i usiadłem. Siedziałem tak jakieś 20 minut wpatrując się w otoczenie, ale również martwiąc się o swój stan. Trochę przeszło. Podniosłem i zacząłem schodzić. Po niedługim czasie sytuacja powtórzyła się. Wiedziałem już, że to nie przelewki. W pobliżu nikogo nie było, a ja do schroniska miałem prawie dwie godziny drogi. Cofnięcie się z powrotem, to taki sam czas. Nie miałem wyjścia. Trzeba było iść. Jedna z najpiękniejszych dolinek w Tatrach, zamiast stać się rarytasem wędrówek, stała się udręką i drogą przez mękę. Nawet picie i czekolada nie wzmocniły wyczerpanego organizmu. Wlokłem się w głąb doliny jak jakiś zagubiony, styrany duch. Przy Czerwonym Stawiku spotkałem dwie osoby idące w przeciwnym kierunku. Rozmowa z nimi trochę mnie ożywiła. Przerwana samotna walka z drogą i samym sobą trochę dodała mi otuchy. Posiliłem się pozostałą częścią czekolady, odpocząłem i ruszyłem w swoim kierunku.

Obrazek

Podejście na zbocza Żółtej Turni było mordęgą. Przecież to wcale nie tak długie podejście, ale szło mi ciężko. „Dobrze, że później będzie już tylko zejście”- myślałem. Jakoś posuwałem się do przodu. Wszedłszy w las, wiedziałem, że to już niedaleko, że niebawem znajdę się przy schronisku, a tam już wypocznę, zjem coś dobrego, bo przecież w Murowańcu dają takie dobre jedzenie. Myśl o naleśnikach ze śmietaną z dużą ilością cukru, albo o racuchach dodawała mi sił.

Droga przez las jednak dłużyła się. Końca lasu nie było widać. „Może za tym wzniesieniem ujrzę dach” – myślałem pokonując na słabych nogach następne wzniesienie. Jeszcze trochę, jeszcze. Nie miałem sił.
W końcu pomiędzy drzewami ujrzałem coś zielonego. To dachy zabudowań schroniska. Nareszcie.
Po kilku minutach siedziałem już wewnątrz schroniska. Duża ilość soku i herbaty, a także posiłek sprawił, że poczułem się mocniejszy. Poza tym fakt, że jestem wewnątrz, że nie muszę dalej iść, sprawiał poczucie bezpieczeństwa. Z Krzyżnego schodziłem ponad 4 godziny, a powinienem może trochę ponad dwie.
A gdyby spotkał mnie deszcz? Lepiej nie myśleć.

Następnego poranka, wszystkich powitało bezchmurne niebo i piękne jesienne słońce. Mnie też. Wymarzona pogoda na górskie wędrówki. Po dobrze przespanej nocy stałem uśmiechnięty przed schroniskiem i wpatrywałem się na Granaty, Kozi Wierch, Świnicę, Kościelec. Wszystkie szczyty zapraszały mnie do siebie, do wejścia na nie. Zdawało się, że wołają obiecując nagrodę w postaci niezapomnianych widoków, ale ja, chociaż znowu czułem się jak „młody bóg” pozostałem głuchy na te nawoływania. Czas wracać do domu. Dość.
Nie mogłem pozwolić sobie na dzień odpoczynku, bo kończyły się fundusze, które starczyłyby mi tylko na jeden dzień. Poza tym poprzedni dzień czegoś mnie nauczył (chyba).
Zmierzając w kierunku Zakopanego widziałem je całe osnute grubą warstwą chmur. Tam szedłem.

Za sobą zostawiałem góry i niebo jak z bajki.
Awatar użytkownika
myszoz

-#5
Posty: 851
Rejestracja: ndz 11 sty, 2009
Lokalizacja: Pułtusk

Post autor: myszoz »

Zważywszy na Twoją prośbę z początku tematu powiem krótko: książkę powinieneś napisać włóczęgo. Widać, że środki literackie nie są Ci obce a brak chronologii… mi nie przeszkadza, szczególnie, że są zdjęcia. Pozdrawiam.
ODPOWIEDZ