Żeby nie być gołosłownym - dam relację z tamtego dnia.
Głupiec
W dali ujrzałem światełko. Nareszcie. Dochodził koniec mojej wędrówki wśród ciemności okalającej mnie od godziny. Jasny punkcik zdawał się wysyłać do mnie swoje ciepło, swój domowy klimat, którego pragnąłem, do którego cały czas zmierzałem.
…….
Ranek powitał mnie radosnymi promykami słońca wypływającymi z za grani potężnych skalistych szczytów. Ozłacał już przeciwległe wierzchołki doliny, rozbudzając życie w całej zacienionej jeszcze jej dolnej części. Gdy wstałem ze swojego ulubionego „łóżka” nr 13 w Sali nr 3,w schronisku panował już ruch. Część osób już jadła w kuchni schroniska, inni pakowali do plecaków potrzebne im rzeczy, a niektórzy wychodzili już na szlak. Wstałem dość późno, choć nie spałem już od dłuższego czasu. Nie spieszyłem się. Wyszedłem z kubkiem gorącej herbaty przed schronisko i stałem wpatrując się w widok rozlegający się przede mną. Każdy szlak z tego schroniska nie zajmuje mi więcej niż pięć godzin, nie widziałem, więc powodu do pośpiechu. Pogoda miała się jeszcze utrzymać znakomita, więc na bardzo zwolnionych obrotach szykowałem się do wyjścia. Zamierzałem iść na Rysy, lub Mięguszewiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Nie byłem jeszcze zdecydowany, ale co to za różnica. Byłem już kilkakrotnie w jednym i drugim miejscu. Przy dobrej pogodzie, to dla mnie nie problem. Chciałem iść nie tu, lub tam - chciałem iść w góry.
Wyszedłem dopiero o godzinie 9.30.
Mając za sobą nielubiany odcinek do Czarnego Stawu podjąłem decyzję o pójściu na Rysy. Szedłem równym tempem mijając ludzi wchodzących do góry i znane mi widoki. Niewiele krótkich postojów na wyrównanie oddechu i na spojrzenie w stronę oddalającego się w dole Morskiego Oka doprowadziło do tego, że szybko znalazłem się w pobliżu szczytu. Małą przeszkodą na górze było niewielkie oblodzenie na dwóch połaciach śniegu, które zalegało na szlaku. Na szczycie znalazłem się o godzinie 12.00.
Widok był piękny, a podziwiała go spora grupa ludzi siedząca na obydwu wierzchołkach Rysów. Żadne chmury nie ograniczały widoków, więc można było delektować się naturalnym obrazem całych Tatr. Jakże piękne jest z tego miejsca nasze Morskie Oko, lśniące w dole. I szczyty, Mięguszewieckie, Gerlach, Wysoka, Ganek, a nawet te dalsze, które trudniej rozpoznać, a stanowią piękne tło uzupełniające cały obraz. Trzydzieści minut wchłaniania wspaniałego widoku, wystarczył. Ale czy wracać do schroniska, gdzie tłumy turystów z Zakopanego opanowały cały okoliczny teren? „Nie, jeszcze nie” – postanowiłem.
Ruszyłem w stronę Wagi i Chaty pod Wagą. Minąłem je i schodziłem dalej w stronę Mięguszewieckiej Doliny. Znalazłszy się w Żabiej Dolinie, podziwiałem okolice Małego i Wielkiego Żabiego Stawu. Zszedłem jeszcze niżej i znalazłem się na rozstaju przy Żabim Potoku. Przeszedłem już sporo. Trzeba było myśleć już o jakichś konkretnych decyzjach. Co dalej? Nie zawróciłem, udałem się niebieskim szlakiem wzdłuż Hińczowego Potoku, by dotrzeć do Hińczowego Stawu. Ciężko mi się szło pod górę.
Ogarnęło mnie zmęczenie. Dobrze, że spotkałem trzy znajome twarze ze schroniska, gdzie nocowaliśmy. Oni zostawali na Słowacji, ale chcieli jeszcze wejść na Koprowy. Nad Hińczowym Stawem było pięknie. Pierwszy raz widziałem Mięguszewieckie Szczyty od południowej strony. Nie stanowiły już takiego widoku jak od naszej strony. Zdawały się być niskie i łagodne, ale jak zwykle piękne. Spacer w dolinie był spokojny i dał możliwość odetchnięcia. Później było podejście zakosami na Koprową Przełęcz. Krótki wspólny odpoczynek i oni na pobliski już Koprowy, a ja na dół do … Hlińskiej Doliny.
Nie wiem, dlaczego podjąłem taką decyzję. Byłem tak daleko od miejsca, gdzie miałem nocować, a wybrałem nieznane mi ścieżki w przeciwnym niemal kierunku. Kalkulowałem, że przez tę dolinę przedostanę się do Ciemnosmreczyńskich Stawów, później na Wrota Chałubińskiego i do „domu”.
Hlińska Dolina zrobiła na mnie duże wrażenie. Zarośnięta ścieżka, widać, że bardzo mało uczęszczana wijąca się wśród dzikich traw wzdłuż szemrzącego strumienia, dnem doliny, ponad którą piętrzyły się strome, pocięte żlebami, ciągnące się ściany Hrubego. Szlak ciągnął się daleko w dół. Prawie dwugodzinny odcinek zbiegłem w ciągu 60 minut. Zmęczone nogi potykały się o leżące kamienie. Po kilku potknięciach ból był coraz większy. Każde następne kopnięcie wywoływało krzyk. Ale nie miałem czasu, musiałem się spieszyć. Słońce zbliżało się do krawędzi gór rozpościerających się przede mną. Dotarłem do najniższego pułapu. Skręciłem w prawo, w stronę granicy. Na rozstaju przy Ciemnych Smrekach, miałem zamiar skręcić w stronę Ciemnosmreczyńskich, ale musiałbym opuścić szlak na jego końcu przy Niżnym Stawie, dalej dojść do Wyżniego i stamtąd do Wrót Chałubińskiego. W dolinie tej i na piargach podczas podejścia mógłbym być jednak widoczny przez niechciane oczy, dlatego zrezygnowałem z tej krótszej drogi i zdecydowałem się na dłuższą, ale bezpieczniejszą. Podejście pod Zawory nie za strome, było ciekawą opuszczoną ścieżką w pólnocno – zachodnim kierunku, a więc nie w tym, który bym pragnął. Wyszedłem z terenu leśnego, później przeszedłem przez pasmo kosodrzewiny i wyszedłem w teren traw, które wyprowadziły mnie na przełęcz. Od dwóch godzin nie spotkałem nikogo, raz z powodu odległości od głównych, częściej używanych szlaków, jak również z powodu późnej już pory dnia. Gdyby nie ten pośpiech, mógłbym być zachwycony dzikością terenu i wyjątkowym spokojem, jaki tam panował. Ale o dziwo na przełęczy zobaczyłem kogoś. W śpiworze leżał sobie młody Słowak wpatrując się w horyzont poczerwieniały już od ledwo, co ukrytego słońca. Nad Zachodnimi Tatrami jaśniała poświata nadając krajobrazowi wyjątkowego kolorytu. W Dolinie Cichej, a właściwie w Tylnej Cichej Dolinie panował już lekki półmrok, a w oddali z lasu wyłonił się jeleń, Wpatrywaliśmy się przez chwilę razem w ten jakby malowany świat. Zazdrościłem mu, czasu, jaki mógł poświęcić na wchłanianie tego, czego doznawał. Ja nie miałem nawet czasu na to, by wyciągnąć z plecaka aparat fotograficzny. Ze zmęczenia nie miałem też nawet ochoty na rozpinanie pasków. To była jedna z najpiękniejszych chwil spędzona w Tatrach, a zarazem najgorsza, gdyż nie mogłem tam zostać dłużej niż pięć minut. Strasznie teraz tego żałuję. Musiałem biec. Po kilku minutach byłem na Gładkiej Przełęczy.
Zielona granica.
Ścieżka w dół w stronę Pięciu Stawów była mi dobrze znana. Po słowackiej stronie byłem na szlaku, więc nic mi nie groziło, a przecież najbardziej obawiałem się ich służb. Z kilku powodów. Teraz byłem już u nas, więc szybko zbiegłem na dół. Szarzało coraz bardziej. Do najbliższego schroniska miałem jakieś 30 min drogi, byłem, więc bezpieczny, ale ja chciałem wrócić nad Morskie Oko, gdzie miałem zakwaterowanie. W dolinie spotkałem ludzi, którzy wybrali się ze schroniska na wieczorny spacer. Zmęczonym, ale równym tempem ruszyłem pod górę w stronę Szpiglasowej Przełęczy. Robiło się coraz ciemniej. Brak czasu. Szybki, chociaż resztkami sił marsz. Stopnie, stopnie, potem sypkie zakosy i dotarłem do skały. Przede mną teren zrobił się stromy. Łańcuchy ledwo, co było widać w mroku. Wyjąłem czołówkę, którą na szczęście zawsze ze sobą nosiłem. Przy jej świetle mogłem bezpiecznie poruszać się do góry. Sił miałem coraz mniej, ale parłem naprzód jak zaprogramowany. W końcu stanąłem na przełęczy. Mogłem chwilę odpocząć. Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do schroniska. Nareszcie miałem zasięg. Była godzina 20.15.
Nikt w schronisku nie wiedział, gdzie jestem. Wiedzieli tylko, że wyszedłem na Rysy i że nie jestem nowicjuszem. Ten drugi fakt ich uspokajał. Powiadomiłem, że schodzę ze Szpiglasowej i będę za jakieś półtorej godziny.
Zapanowała zupełna ciemność. Nie przyświecały mi nawet gwiazdy zasłonięte warstwą chmur. Snop światła oświetlał drogę, a gdy kierowałem go w inną stronę niknął w ciemnościach. Koncentrowałem się tylko na tym, co było pod nogami. Czas upływał, a ja szedłem i szedłem. Bardzo zmęczony. Tylko znane mi zakręty, mówiły mi, że jestem coraz bliżej … . Nie miałem wtedy czasu, aby myśleć o swojej przebytej drodze. Później okazało się, że nie było mnie 12 godzin, że suma podejść, jakie zrobiłem tego dnia – to 2600 metrów. Oczywiście i tyle samo zejścia. Nie wiem skąd wziąłem tyle sił. Najpierw je miałem, a później już musiałem mieć. Musiałem wrócić.
Wszedłem do schroniska o 21.30. W starej kuchni siedziało kilka osób. Tam czekała na mnie żona. Przywitała mnie z ulgą, dorzucając kilka zdań. Zapamiętałem do dziś jedno słowo.
„GŁUPIEC”
Tak, byłem głupcem.