w trakcie przerwy w sesyjnej nauce obejrzałam dwa filmy:
1. "Dorian Gray" - film stanowi oczywiście adaptację książki o tym samym tytule. Generalnie film mi się podobał, ale głównie za sprawą Colina Firtha (który notabene idealnie pasuje do wszelkich kostiumowych filmów), który zagrał lorda Henrego. W kwestii Bena Bernesa, który wcielił się w postać Doriana, mogę powiedzieć tyle, że sam wygląd nie zastąpi gry aktorskiej. Ben starał się jak mógł, ale przez cały film udało mu się wykrzesać trzy różne wyrazy twarzy (co w sumie i tak można uznać za jego osobisty sukces). No ale koniec wyzłośliwiania, wracam do kwestii filmu. Momentami jest dość sztucznie (i nie chodzi o samą gre Bernesa), a czasami jest aż za bardzo realistycznie. Ale suma sumarum nie był to stracony czas, bo film trzymał w napięciu (choć jeśli czytało się książkę, to może napięcie nie było aż tak wielkie).
2. Drugi z sesyjnych odrywaczy od książek to "World gratest dad" z Robinem Williamsem w roli głównej. Film, który według mnie ukazuje Amerykanów nieco w krzywym zwierciadle, trochę karykaturalnie. Ale film bynajmniej komedią nie jest. Podejmuje wiele trudnych tematów i pokazuje, że rodzic dla swojego dziecka jest w stanie zrobić autentycznie wszystko. Czy warto ten film obejrzeć - myślę, że tak. Bo choć jest to film amerykański o Ameryce, to jednak pokazuje, jak naród ten lubuje się w sensacji, kreowaniu bohaterów z ludzi, którzy de facto są nikim oraz jak silnie jest on dwulicowy.
W ten sposób choć na chwile oderwałam się od sesyjnych zmagań. Ale powoli czas wracać do uroczych książek
