19.11
Dowiaduje się, że organizowana jest jakaś wyprawa 22.11.
Zastanawiam się czy podołam ,bo
mam słabą aklimatyzację i czy wystarczy litr Wyborowej by przekonać kierownika, co do mojej
osoby.
20,11
Podczas kiedy Adam zaopatrzony w glejt z prośbą o pozwolenie zdobywania góry z podpisem samego prezesa
Związku Hodowców Kóz i Owiec na Podhalu i listem uwierzytelniającym wystawionym przez Filie Związku Podhalan w Brazylii , jedzie do Bratysławy na rozmowy z ministrem.
Ja z kierownikiem Fenkiem udaję się na ważne spotkanie organizacyjne gdzie przy okazji szczepimy się na wszelkie znane ludzkości choroby.
Po ciężkich rozmowach trwających do późnej nocy udajemy się na spoczynek.
21,11
To dziwne, jeszcze nie poszedłem w góry, a już obudziłem się z objawami choroby wysokościowej, podobnie jak kierownik, ale to pewnie działanie uboczne szczepionek.
Marek zorganizował transport, zaopatrzenie gotowe, sprzęt gotowy, dzwonimy jeszcze do Adama czy ma pozwolenie.
Trzeba przyznać, że sprawił się chłopak, nie dość, że przywiózł pozwolenie to jeszcze w drodze powrotnej załatwił tragarzy u sołtysa w Zdiarze.
22,11. godz. 7.02.
Docieramy do bazy, okazało się, że zaopatrzenie pojechało koleją, a tu nie ma szyn, więc postanawiamy zostawić wiadomość, a samemu udać się do obozu pierwszego, na lekko.
Wędrujemy cudowną doliną, po minięciu ostatnich zamieszkałych terenów, pniemy się ścieżka, a widoki stają się coraz piękniejsze.
22.11 godz. 9.21
Docieramy do obozu 1 usytuowanego pod potężnymi zerwami naszej góry ,postanawiamy chwilę odpocząć.
Niestety z dołu dochodzą niepokojące wieści , część sprzętu zaginęła podczas transportu ,a tragarze ogłosili strajk twierdząc ,że nie będą dźwigali nic dzień po weselu.
No i lipton , "Houston mamy problem" to , że zostały nam dwa czekany i dwi pary raków na pięć osób , to że całe jedzenie , linyi namioty zniknęły to jeszcze można przeboleć
no, ale to, że litr spirytusu, roczna prenumerata CKM-u i mój laptop z nowymi odcinkami "Mody na sukces" nie dotrze do obozu wprawiło mnie w nie możliwe do opisania przygnębienie.
22.11 godz. 9.45
Po krótkiej naradzie postanawiamy jednak zaatakować, po za tym okazało się , że nasze pozwolenie wygasa z dniem dzisiejszym.
Ja i Marek wybieramy drogę południowo-wschodnia ścianą by po dojściu do grani założyć kolejny obóz ,Fenek ,Ania i Adam atakują wschodnia grań.
Patrzę na poorane lawiniskami zbocze i wiem ,że czeka nas mordercza walka.
Krok za krokiem wyszarpuje ścianie każdy metr ,wychodzimy wreszcie z cienia ,w ciepłe promienie słońca ,tuż pod granią ,zakładamy obóz 2 i czekamy na resztę ekipy.
Wyciągam liofilizowaną bułkę z kiełbasą i popijam herbatą ,trzeba przyznać ,że smakuje jak prawdziwa bułka z kiełbasą.
Dociera reszta ekipy, okazuje się, że mieli spotkanie ze stadem Yeti z rogami i niektóre osobniki podchodziły do nich na metr, cóż w końcu to pierwsi ludzie, jakich tu widzą.
Teraz wspólnymi siłami atakujemy grań ,robi się coraz bardziej stromo i ślisko ,postanawiam ubrać raki ,niestety okazuje się ,że mam
raki ,ale nie do tych butów ,ale i tak mam lepiej niż Fenek i Adam ,wyciągam czekan i patentuje nowe mocowanie raków do moich butów. Szczyt blisko.
Niestety wysokość daje popalić, przez nieuwagę strącam jednego kijka w odmęty wschodniej ściany, a Fenek gnany rządzą zdobywcy podpierdala mi czekan i w półbutach pogina na szczyt.
Niestety wiara katolicka nie pozwala mi abym mu w tym momencie przy...walił.
Marek zostawia swój czekan pozostałej dwójce i pomyka na szczyt.
22.11 godz. 11.00
Rozrzedzone powietrze o mało, co nie rozszarpuje mych płuc, gdy docieram na wierzchołek.
Dobrze ,że nie mam rękawiczek bo pewnie gdybym je zdjął to niechybnie odmroził bym ręce.
Z powodu awarii w swoim aparacie tlenowym Adam z Anią docierają nieco za nami.
Widok nas powala na kolana ,uściskom nie ma końca ,wzruszenie odbiera nam mowę .
Urywanym głosem zostaje wygłoszona prelekcja na temat tego co widać ,jak i tego czego
nie widać ale się tam gdzieś znajduje. Czomolungma od tej strony wygląda niesamowicie.
Po spędzeniu jakiegoś czasu na wierzchołku i zrobienia masy zdjęć do magazynów dla pań,
Marek leży i stwierdza ,że on się stąd nie rusza ,co uświadamia nam iż za długo przebywamy w strefie śmierci.
Tutaj się rozdzielamy ,ekipa schodzi grzędą by potem przetrawersować podstawę wschodniej ściany.
Z powodu mojej ekologicznej ideologii zmuszony jestem schodzić wprost wschodnią ścianą by odnaleźć zagubiony kijek.
I tak każdy rozpoczyna swoja zejściową traume. Ci którzy mają sprzętu w nadmiarze dzielą się z tymi co onego nie posiadają w związku z czym technika schodzenia była różna.
Na szczęście odnajduje swoją zgubę. Jestem świadkiem też paru karkołomnych zjazdów połączonych z techniką hamowania za pomocą czekana.
Dochodzimy z Markiem do słonecznej grani ,po chwili dochodzi ,zarobiony jak koń po westernie ,Fenek ,no ale jak się raki ma w piwnicy.
22.11. godz. 12.01
Jesteśmy już w obozie 1 ,czekając na Adama z Anią dzielimy się ostatnimi kroplami wody i pochłaniamy
liofilizowaną czekoladę w kostkach. Wreszcie schodzą ,kiedy już mamy im wyjść naprzeciw z herbatą okazuje się ,że takowej nie posiadamy więc nie ruszamy się z miejsca.
22.11 godz.14.32
Pijemy piwo i jaramy fajki
Ps: Pozdrowienia dla Ani, Adama, Marka i Fenka
Ps 2: Przejscie miało miejsce 22.11.1960 roku ,zdjęcia to nieudolna przeróbka photoshopu.
Pozdrawiam Smolik
Gdzieś w Himalajach

Rogaty Yeti

W obozie 2


W strefie śmierci



Himalajskie Krajobrazy


Wycieńczona ekipa

Rys.poglądowy






