Szary, bury i ponury...
Marzenia o pięknej, kolorowej tatrzańskiej i pienińskiej jesieni trzeba było odłożyć na przyszły rok – z nadzieją, że będzie lepiej.
Często wracam wspomnieniami do 2006 , w którym trzy tygodnie nieustającego błękitu pażdziernikowego nieba, pozwalały nacieszyć oczy cudownymi kolorami na tatrzańskich szlakach.
Kilka dni lepszej pogody przewidywały prognozy na przełomie X/XI.
Termin niezbyt fortunny.
Na jednej szali Wszystkich Świętych......tradycyjne rodzinne spotkania, wizyty.....
...rodzina się poobraża.....
Na drugiej – Tatry.... może jeszcze resztki jesiennych barw... niewidziane od przeszło miesiąca....
…może się uda wjechać na Łomnicę przed listopadowym przeglądem kolejki....
Krótkie wahanie......no nie...oczywiście Tatry.
Wcześniejsze porządki na grobie Bliskich, kwiaty, znicze...
Bardzo Bliscy, więc na pewno gdzieś tam w Niebie wiedzą o co chodzi....
A rodzina... kompletnie nie rozumie mojej pasji i nie ma widoków, że zrozumie – pomarudzi trochę i przejdzie im...
Szybkie pakowanie i w piątek 30.X. rano wyjazd.
Jest z nami nasza młoda forumowa koleżanka Olka.
Mimo że ranek trochę pochmurny postanowiliśmy jechać prosto na Palenicę i podreptać nowym, świeżo otwartym asfalcikiem do Morskiego Oka – oczywiście z nadzieją, że się chmury rozejdą.
Asfalcik pusty......co za widok....

Jak na razie tylko taki widok, bo reszta zamglona i tylko czasami coś się pokaże na chwilę dając krótką nadzieję na poprawę sytuacji.

Doszliśmy do Włosienicy przy zerowej widoczności, ale ja zapewniałam moje sceptycznie nastawione towarzystwo, że na pewno coś się zmieni na miejscu..
Musi – no bo po co leżlibyśmy taki kawał po szosie....
Gdy dochodziliśmy do schroniska – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – w chmurach zrobiła się dziura, kolejne zbocza wyłaniały się z mgieł, pokazało się błękitne niebo i promienie słoneczne oświetliły szczyty gór.



W stawie pięknie przeglądały się dostojne Mięgusze i pewny swej oryginalności Mnich.


Pusto i cudownie.
Sama nie mogłam uwierzyć w to, co widzę, bo naokoło ściana mgły i zero widoków...tylko nad Morskim Okiem małe oczko wspaniałej pogody.
Spędziliśmy tam więcej niż godzinę czasu, a kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną, chmury ponownie zaczęły zasłaniać szczyty.
Z Włosienicy nie było już widać nic.
No chyba mnie trochę lubią te góry
W sobotę była w planie wycieczka na Łomnicę, bo to już 31 października i ostatnia szansa przed listopadowymi przeglądami kolejek górskich wszelakich.
Ranek zapowiadali mglisty, ale potem miało być ładnie.
Kiedyś parking przed stacją kolejki był darmowy, a teraz już przy wjeżdzie w uliczkę prowadzącą do niego trzeba uiścić 5,40 euro.
Stanęliśmy niezdecydowani, bo jak na razie pochmurne niebo zniechęcało do wyłożenia sporej kasy na tą wycieczkę.
Widząc nasze rozterki, parkingowy - miły gość - zadzwonił na Skalnate do kolegów obsługujących kolejkę i oświadczył, że tam jest cudowna pogoda.
Z lekkim niedowierzaniem kupiliśmy bilety tylko na Pleso i po kilku minutach znależliśmy się w innym świecie.
Szok i w te pędy do kasy po bilety na szczyt, a tam dopiero na 12.30...
Hm...przeszło dwie godziny czekania..wszystko się może wydarzyć...
Trudno, ryzykujemy - pogadam z moim Aniołem Stróżem Górskim, może sprawi, że ta pogoda się utrzyma kilka godzin.
Pod nami morze chmur, z wyspami Tatr Bielskich i Kralovej z drugiej strony, pleso zamarznięte oryginalnie - w kółka....... widoki niesamowite.




Te dwie i pół godziny zleciało bardzo szybko...przy ciepłej aurze i takiej panoramie nie było czasu na nudę.
Ledwo znalazło się trochę na zjedzenie kanapek.

W tym czasie chmury zaczęły powoli zanikać i odsłaniać miejscowości położone niżej.
W końcu zanikły prawie całkowicie.
To stratusy, które szybko się pojawiają i znikają nie wiadomo kiedy i gdzie.

No i „nadejszła wiekopomna chwiła”
Dobrze, że było ciasno, stałam w środku i tylko czasem zerkałam na boki.
W sumie nie było tak źle, jak sobie wyobrażałam.
Postresowałam się – ale tylko trochę.
OPŁACIŁO SIĘ !!!!
Widok, jaki ukazał się po wyjściu z kolejki – po prostu powala z nóg.
Żadne zdjęcie tego nie odda, a tym bardziej moja amatorszczyzna.
Po opanowaniu - gdzieś na boku - ogromnego wzruszenia, które mnie dopadło, „natrzaskałam” ich całą masę.
Dla tych, którzy byli - pewnie nic dziwnego, ale kto nie był może chętnie obejrzy.



Stąd doskonale widać, jakie Tatry są małe.
Przepiękna panorama przy wspaniałej, krystalicznej widoczności.
Lekki wiaterek i zupełnie nieodczuwalne minus 7 stopni.
Zapomniałam o kolejkowych i wysokościowych lękach.



Ogromne, budzące respekt zerwy.





Dobrze, że cały teren do poruszania się po szczycie zabezpieczony jest barierkami.
Na horyzoncie widać było Babią Górę i Pilsko.



Te 50 minut, jakie tam przeznaczone jest na pobyt – to tragicznie mało.
Miałam wrażenie, że jestem tam dopiero chwilę, kiedy naszą grupę zaproszono przez głośniki do zjazdu.
Przecudna wycieczka, niesamowite przeżycie.
O stresach związanych z czerwonym wagonikiem już nie pamiętam, a tego co widziałam nigdy nie zapomnę.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się popatrzeć na Tatry z tamtej perspektywy.
Póki co, mój Anioł Stróż Górski znów spisał się na piątkę
W kolejnym dniu wybraliśmy się do Kieżmarskiej, ale z różnych przyczyn -nazwijmy je - losowych, skończyło się na Rusinowej Polanie.



Też bardzo ładnie, lubię tam zaglądać.
Poniedziałkowe plany znów nie do końca zrealizowane.
Ola rano wyjeżdżała, ja trochę bałamuciłam a busy po sezonie chodzą beznadziejnie,
Miała być Kondracka Przełęcz od strony Małej Łąki z zejściem do Kondratowej, ale zrobiło się póżno i stanęło na Dolinie Kościeliskiej, Przysłopie Miętusim no i Małej Łące.
Ja z każdej wycieczki w Tatrach jestem zadowolona, wszędzie jest pięknie..
Przy okazji zrobiliśmy dobry uczynek jednej turystce ze Szczecina, która przyjechała po 20 latach w Tatry (mąż, z którym dawniej bywała zmarł) i bała się sama iść gdziekolwiek.
Teraz szlaki puste - dla nas cudowne, a dla niej straszne.
Żal mi jej się zrobiło i zaprosiłam ją na wycieczkę z nami.
Była zachwycona i bardzo wdzięczna.


Można było zobaczyć jesienno-zimowe kolory w lesie.



Na Kondracką Przełęcz wyruszyliśmy w następnym dniu, od strony Kalatówek, Doliną Kondratową.

Na tarasie schroniska bawiły się dwa koty, które natychmiast przyszły sępić coś do jedzenia .
Na wygłodniałe nie wyglądały, wprost przeciwnie...
Łakomczuchy i tyle.

Ślady po ubiegłorocznym lawinisku, a wyżej zalegało już tegoroczne, zakończone oryginalnie – wielką kulą śniegową. Wyglądało, jakby ktoś chciał ulepić ogromnego bałwana.



Warunki zimowe, sporo śniegu i ślisko, a w jednym miejscu „lodospad” z zamarzniętego potoku, który trzeba było obejść bokiem.

A wyżej …. wiosennie....
Tylko te jarzębiny...

Na przełęczy, gdzie zawsze mnóstwo ludzi – cisza i spokój, my i jeden turysta z Krakowa.
Potem doszły trzy zakonnice od strony Małej Łąki.
Wchodziły pierwsze nieprzetartym szlakiem i mówiły, że lekko nie było.
Może i dobrze, że wczoraj tam nie startowaliśmy, nie czułabym się pewnie w takich okolicznościach.
Pogadaliśmy wesoło, a potem każdy poszedł w swoją stronę.
Turysta na Giewont.
Napatrzyłam się na piękne widoki z przełęczy, a ponieważ schodzenie po ciemku - nie wiadomo w jakich warunkach – nie dla mnie, i nie musiałam sama wracać, pozwoliłam małżonkowi na to, co lubi, poszedł wyżej – przez Kopę Kondracką na Kasprowy.
Schodził przez Myślenickie Turnie prawie całą drogę przy czołówce.
Mnie, po szczęśliwym dotarciu na przełęcz, marzyło się tylko takie same zejście z tej śliskiej stromizny, które w sumie okazało się łatwiejsze, niż podejście.
Schodziłam z siostrzyczkami, które szczerze podziwiam.
Ja miałam kijki, małe raczki, ciepłe spodnie i odpowiednie buty, a one – nic z tych rzeczy.
Co i rusz któraś leżała, ale były dzielne i tylko pytały, dokąd będzie tak ostro...
no...kawałek...
Na łagodniejszych odcinkach też nie miały łatwo.




W środę mieliśmy wracać, ale pogoda dalej ładna, więc nam się zrobiło żal i zostaliśmy jeszcze jeden dzień.
Bez pośpiechu, wybraliśmy się Jaworzynką na Halę Gąsienicową, którą bardzo lubię.
Niedaleko, bo po południu miała się popsuć pogoda.
Jaworzynka bajeczna, na dole zima, u góry jesień, do tego błękit nieba i ostre promienie słońca...
Często tamtędy chodzimy, ale już dawno nie widziałam jej w tak cudownej szacie.





Od tej strony nic nie wskazuje na halny.

W Gąsienicowej nad górami kotłował się wał fenowy, nad resztą okolicy piękne błękitne niebo.
Trochę wiało, ale jeszcze niezbyt mocno.

Posiedzieliśmy przy piweczku w puściutkim Murowańcu.
Drogę powrotną przez Skupniów Upłaz zapamiętam na długo..
Wiało niesamowicie..... myślałam, że nas TOPR pozbiera gdzieś na Polanie Olczyskiej
Miałam niezłego „pietra” i głęboko odetchnęłam, gdy dotelepaliśmy się jakoś do lasu.
Nawet nie zrobiłam ciekawych zdjęć diabełków śnieżnych. które szalały na szlaku.
Dopiero w spokojniejszym miejscu zwróciłam uwagę na takie zimowe kwiaty "rosnące" na zboczu.

Na dole było już całkiem dobrze.
Na halny to sobie można popatrzeć z okna – fajnie wyglądają chmury podświetlone słońcem, ale znależć się w jego zasięgu wyżej w górach........hm...nigdy więcej.

W czwartek jeszcze rano po świcie góry były ładnie widoczne przy wysokich chmurach - pozwoliły na siebie popatrzeć, a kiedy odjeżdżaliśmy o 7 rano już nic nie było widać.
Droga powrotna we mgle i w deszczu.
Znów mi się udało trafić w okienko pogodowe i nakarmić Tatrzańskiego Głoda, który mnie gnębił cały – tak samo jak on paskudny – tegoroczny październik.
Dzięki mój Aniele Stróżu Górski
Ala






