Afryka dzika, dawno odkryta?

W kraju i na świecie - byliśmy, widzieliśmy, polecamy.
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

Przejażdżek na słoniu nie oferowali? I dobrze, bo to niebezpieczne:
http://img22.imageshack.us/img22/4629/j ... loniu2.jpg
tak, wiem, że to słoń indyjski
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Jak narazie to żadnych gór nie widać...Ale może będą...
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
Asik

-#6
Posty: 1714
Rejestracja: wt 07 wrz, 2004

Post autor: Asik »

to nie dział "tatry i inne góry" a "turystyka" więc gór nie musi być
skałojeb do zaspiarza - "ja rzygnę, ale na Everest wejdę, ale Ty za ch... VI.4 nie zrobisz
świster

-#6
Posty: 1981
Rejestracja: śr 05 mar, 2008

Post autor: świster »

zdjęcia bardzo ciekawe, aż chce się jechać :)
MiG pisze:Przy naszej trasie znajduje się kilka wiosek Masajów, które można odwiedzać za opłatą 20 USD „od łebka”. Wizyta odbywa się według ścisłego harmonogramu a rozpoczyna się od tańca powitalnego
Szkoda, że ta komercha pcha się wszędzie z butami. Ciekawi mnie czy cała kasa zostaje w wiosce i po co Masajom pieniądze :think:
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

świster pisze:Ciekawi mnie czy cała kasa zostaje w wiosce i po co Masajom pieniądze
Dawno się tak nie uśmiałem. Zarówno z pierwszej jak i drugiej części pytania.
Jestem gorszego sortu...
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

Masajskie domy, manyatty (terminologia różni się czasem w zależności od regionu), zbudowane są z najtrwalszego dostępnego materiału, którego jest tam pod dostatkiem, a którym są… krowie odchody zmieszane z wodą i popiołem nałożone na szkielet z gałęzi. Po kilku dniach od wybudowania domy te nie wydzielają już żadnego zapachu a ich poszycie jest twarde jak cement
Dokładnie tak to wyglądało.
Co do tych "półkilometrowych odległości" to ciężko mi powiedzieć o co chodzi. Wioska, w której byliśmy, liczyła ze 30 chatek otoczonych wspólnym płotem z gałęzi. Być może jej mieszkańcy rzeczywiście byli wszyscy ze sobą spokrewnieni, nie wiem (wtedy można by to nazwać "zagrodą rodzinną").
świster pisze: Szkoda, że ta komercha pcha się wszędzie z butami. Ciekawi mnie czy cała kasa zostaje w wiosce i po co Masajom pieniądze
Sama opłata za wejście jest jeszcze OK, można to spróbować potraktować jako bilet do muzeum. Ale przynajmniej drugie tyle Masajowie wyciągają od turystów sprzedając im różne pamiątki i ozdoby. Z tego co kojarzę, to kasa zostaje u nich i na pewno im się przydaje :)
Awatar użytkownika
Huczaj

-#6
Posty: 2841
Rejestracja: śr 28 lis, 2007
Lokalizacja: Kraków/Olkusz

Post autor: Huczaj »

Janek pisze:Dawno się tak nie uśmiałem. Zarówno z pierwszej jak i drugiej części pytania.
Możesz wyjaśnić dlaczego? Chciałbym się dowiedzieć, jeśli to co napisał Świster jest nieprawdą.
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

świster pisze:po co Masajom pieniądze
O ile się nie mylę, to już fenicjanie stosowali jakiś tam pieniądz, a było to gruuuubo przed naszą erą.
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

Jeszcze jeden dzień w Serengeti: wstajemy wcześnie rano, około godz. 7 jemy śniadanie i wyruszamy na safari. Przedpołudnie upływa pod znakiem poszukiwania „prawdziwego” lwa, takiego jak z książek – z wielką grzywą i groźnym spojrzeniem ;) Niestety, nie bardzo nam się udaje, wypatrzyliśmy jednego, ale kiepsko go było widać, bo siedział daleko i ukrywał się w cieniu krzewów. Żałuję, że nie mamy jakiejś dobrej lornetki (mieliśmy tylko jedną, a i to z uszkodzonym jednym szkłem). Robienie zdjęć po jakimś czasie trochę się nudzi, a lornetka umożliwiłaby przyjrzenie się tym zwierzętom, które nie bardzo chciały zbliżać się do dróg, którymi się poruszaliśmy. W ramach sjesty odwiedzamy coś w rodzaju centrum edukacyjnego, zorganizowanego wspólnie z Frankfurt Zoological Society. Można tam poczytać o historii parku i obejrzeć zdjęcia dokumentujące pierwsze prowadzone badania (w tym liczenie zwierząt) oraz film o wędrówce antylop gnu. Znajduje się tam również krótka ścieżka edukacyjna z przystankami, na których opisano najpopularniejsze występujące w parku gatunki.
Po południu opuszczamy Serengeti. W pewnym momencie, już poza granicami parku, ukazuje nam się niesamowity widok: na sporym kamieniu, leżącym tuż koło drogi, wygrzewają się dwa lwy. Są niemalże na wyciągnięcie ręki, choć oczywiście nikt nie ma zamiaru nawet uchylić okna w samochodzie :)
Pod wieczór docieramy do Ngorongoro – jest to olbrzymia kaldera wygasłego wulkanu, o średnicy ok. 18 km, która wraz z całym terenem wokół wulkanu stanowi obecnie rezerwat przyrody. Camping, na którym nocujemy, położony jest na krawędzi krateru, na wysokości ok. 2300 m npm, podczas gdy dno kaldery leży ok. 500 m niżej. Co ciekawe, krawędzią krateru prowadzi również jedyna w tej okolicy droga (z Arushy przez Ngorongoro i Serengeti aż do Jeziora Wiktorii). Pierwsze co zobaczyliśmy po wjeździe na teren campingu to... słoń :O Musieliśmy mieć wtedy bardzo zdziwione miny, ale nasi przewodnicy wyjaśnili później, że słonie przychodzą tu do wodopoju. Na szczęście słoń nie miał zamiaru chodzić między rozstawionymi namiotami, tylko okrążył je szerokim łukiem.
Mieliśmy nadzieję na wspaniałe widoki i piękny wschód słońca nad kraterem następnego dnia rano, ale niestety musieliśmy obejść się smakiem... Krawędź krateru, na całym obwodzie Ngorongoro, spowijały chmury, siąpił też drobny deszczyk. Na szczęście, gdy zjechaliśmy na dół do kaldery, okazało się że tutaj nie pada. Tym razem wszyscy byliśmy zmuszeni zapakować się do jednego samochodu (może nie było super wygodnie, ale dało radę), gdyż drugi wymagał lekkiej naprawy, której nie udało się wykonać poprzedniego dnia wieczorem. Wewnątrz krateru spotkaliśmy hieny, zebry, lwy, hipopotamy oraz spore stada antylop gnu. Te ostatnie są właściwie symbolem Serengeti, z racji ich corocznej wielkiej migracji, podczas której stada liczące łącznie setki tysięcy zwierząt pokonują olbrzymie odległości w poszukiwaniu pożywienia. W październiku przebywają one z reguły w Kenii, w parku narodowym Maasai Mara, by powrócić do Serengeti dopiero w styczniu – stąd nie mieliśmy okazji ich obserwacji w poprzednich dniach. Przerwę na lunch mamy w jednym z dwóch miejsc, gdzie można wysiąść z samochodu, wobec czego zatrzymują się tam prawie wszyscy. Wiedzą o tym dobrze kanie (taki ptak wielkości jastrzębia, to nie tylko grzyb :) ), które nauczyły się, że przy tej okazji można się nieco pożywić. Dosłownie atakują one ludzi, próbując wyrwać coś do jedzenia. Hamis, nasz przewodnik, poradził nam zasłaniać jedzenie ręką, tak aby ptaki go nie widziały – mimo to czuliśmy się nieswojo, gdy te ptaszyska przelatywały kilka metrów nad nami, nie mając wcale pokojowych zamiarów. Większość tego dnia spędzamy próbując wytropić nosorożca – jedynego z dużych ssaków Afryki, którego jeszcze nie widzieliśmy. W końcu udaje się dostrzec dwie sztuki, choć są bardzo daleko. No, ale można je sobie „odfajkować” (choć karbów na aparacie fotograficznym nie robiłem :) ). Szczerze mówiąc byliśmy już nieco znużeni tym całym safari, a zwykłe gazele czy bawoły przestały na nas robić większe wrażenie. Nie chcę powiedzieć, że obserwacje zwierząt stały się nudne, jednak pewna monotonia krajobrazu i ciągła jazda samochodem (a czasem wydawało nam się, że kręcimy się w kółko), spowodowały, że pragnęliśmy jakiejś odmiany. Jeszcze raz pokonaliśmy więc strome zbocza krateru (tutaj cały czas padało), po czym skierowaliśmy się w stronę Arushy i naszego hotelu, gdzie nareszcie mogliśmy odpocząć i wziąć normalny prysznic. Tutaj też pożegnaliśmy się z naszymi tanzańskimi przewodnikami i kucharzem.
Obrazek
żyrafy wchodzą do szafy (a w każdym razie na drugą stronę drogi, i to bez zebry!)

Obrazek
lwi posterunek na granicy Serengeti

Obrazek
widok na Ngorongoro

Obrazek
kanie w natarciu

Obrazek
stadko antylop gnu

Obrazek
nosorożec „zaliczony” – tak było go widać przy użyciu zoomu x10
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

MiG pisze:nosorożec „zaliczony” – tak było go widać przy użyciu zoomu x10
hehehe nosorożec jest? jest..i nie ważne jak silnym zoomem ściągnięty :D
MiG pisze:Szczerze mówiąc byliśmy już nieco znużeni tym całym safari, a zwykłe gazele czy bawoły przestały na nas robić większe wrażenie.
na zasadzie: ile można ciągle oglądać to samo ;)
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Chyba niebawem opuścisz te trawiaste równiny i wzniesiesz się na konkretne wyżyny
MiG pisze:Szczerze mówiąc byliśmy już nieco znużeni tym całym safari,
...fajnie jest tak się znużyć i w busz afrykański zanurzyć. ;)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
świster

-#6
Posty: 1981
Rejestracja: śr 05 mar, 2008

Post autor: świster »

krzymul pisze:O ile się nie mylę, to już fenicjanie stosowali jakiś tam pieniądz, a było to gruuuubo przed naszą erą.
Przejrzałem sobie wikipedie (wiem, wiem to wiki ;), ale fajnie i ciekawie opisane ) i znalazłem coś takiego:
Miarą bogactwa mężczyzny jest liczba dzieci i bydła
:D
http://pl.wikipedia.org/wiki/Masajowie

Niemniej wpływ "nowoczesnego świata" jest już znaczny:
Wielu Masajów porzuciło swój koczowniczy tryb życia na rzecz odpowiedzialnej i stabilnej pracy w handlu i polityce
Można poderzewać, że trochę jeszcze wiosek zostało gdzie pieniądz nie ma znaczenia i jest co najwyżej handel wymienny.
Oberzałem chyba większość "Boso przez świat" i trochę takich ludów na świecie zostało, choć liczba się nieustannie zmiejsza.

Są też ludy, które nie miały bliskich kontaków z cywilizacją:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title, ... caid=1911f



Oglądam, czytam i coraz bardziej mnie ta Afryka pociąga :)
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

świster pisze: Miarą bogactwa mężczyzny jest liczba dzieci i bydła
Hmmm, a ciekawe czy bogatszy jest ten co ma trójkę dzieci, czy może ten, co ma trzy krowy :think: :)
świster pisze: Można poderzewać, że trochę jeszcze wiosek zostało gdzie pieniądz nie ma znaczenia i jest co najwyżej handel wymienny.
No niestety, obawiam się, że obecnie pieniądz zawsze ma znaczenie. Nawet w takiej masajskiej wiosce mogą od czasu do czasu mieć ochotę (potrzebę) zakupienia jakiegoś produktu "cywilizacji".
No, chyba że mówimy o jakichś Indianach z amazońskiej dżungli, gdzie kontakt z cywilizacją białego człowieka jest dużo mniejszy.
świster pisze: Są też ludy, które nie miały bliskich kontaków z cywilizacją: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title, ... caid=1911f
Powyższa wiadomość okazała się nie do końca prawdziwa:
http://wiadomosci.onet.pl/111096,21,0,0,1,pokaz.html
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

świster pisze:Są też ludy, które nie miały bliskich kontaków z cywilizacją:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title, ... caid=1911f
Wypisz wymaluj przypomniała mi się książka Arkadego Fiedlera "Spotkałem szczęśliwych Indian". Kto czytał to wie o co chodzi.
Nie wiem, czy warto ludzi uszczęśliwiać na siłę. Wiem, wiem ... postęp.:think:
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Ala

-#5
Posty: 675
Rejestracja: pt 01 sie, 2008
Lokalizacja: i tu i tam

Post autor: Ala »

cuudna Twoja wyprawa - safari po dzikiej i nieodgadnionej Afryce ...ten ląd nieustannie zachwyca ..dzikością ..
MiG pisze:ciągła jazda samochodem (a czasem wydawało nam się, że kręcimy się w kółko)
jazda po parkach narodowych ponoć jest bardzo restrykcyjna , nie wolno zbaczać z drogi ani wysiadać z samochodu w miejscach niedozwolonych
a jedynie specjalnie do tego celu przeznaczonych
a spacer bez zezwolenia to ...areszt ...

wspaniałe zdjęcia zwierząt ...ale powiadają , że to własnie słoń powinien być królem zwierząt, bo lew boi się słonia ...
chyba nie tylko ja czekam na tę.... Magiczną Górę.... :D
jaka impreza ? nic o tym nie wiem
..życie jest piękne :-)
Luki

-#5
Posty: 830
Rejestracja: pn 15 mar, 2004
Lokalizacja: Otwock

Post autor: Luki »

chyba nie tylko ja czekam na tę.... Magiczną Górę....

Michał - nie ociągaj się :)
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

Ala pisze: jazda po parkach narodowych ponoć jest bardzo restrykcyjna , nie wolno zbaczać z drogi ani wysiadać z samochodu w miejscach niedozwolonych a jedynie specjalnie do tego celu przeznaczonych
Dokładnie tak. Na szczęście sieć polnych i gruntowych dróg jest dość gęsta.
Ala pisze: a spacer bez zezwolenia to ...areszt ...
Hmm, areszt to chyba nie, ale mandat na pewno (o ile ktoś by nas przyłapał). Za to przewodnik, który odpowiada za turystów, mógłby mieć kłopoty (być może z utratą licencji włącznie).
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

Zakończyła się pierwsza część wyjazdu, nie mieliśmy jednak ani chwili na wspominanie miejsc, które odwiedziliśmy w ciągu tych kilku ostatnich dni. Czekała nas bowiem nie mniej ekscytująca przygoda – trekking na Kilimandżaro. Po przybyciu do hotelu w Arushy musieliśmy się szybko przepakować, bo już następnego dnia ruszaliśmy zdobywać najwyższą górę Afryki :)

DZIEŃ I
Zwarci i gotowi czekamy w recepcji hotelu na przybycie busa, który ma nas zawieźć do Parku Narodowego Kilimandżaro. Bus był umówiony na 8.00 rano, tymczasem mija godzina a nic nie nadjeżdża. Około 9.00 pojawia się jakiś mały autobus wypełniony „miejscowymi”. „Eeee, to na pewno nie nasz” – myślimy, jednak po chwili okazuje się, że jesteśmy w błędzie, a pasażerowie autobusu to właśnie ekipa, która będzie nam towarzyszyć w wędrówce. Składają się na nią: Godfryd – nasz przewodnik i jednocześnie szef grupy, jego dwóch asystentów, kucharz (a jakże!) oraz tragarze. Podobno tragarzy było aż 19 (nie liczyłem), choć w przypadku 6-osobowej grupy turystów standardem jest 12-15. Według przepisów każdy z nich może nieść maksymalnie 20 kg bagażu + 5 kg własnych rzeczy. W przypadku naszej wyprawy była mowa o 15 + 5 kg, więc może dlatego było ich tak dużo. Pakujemy nasze plecaki na dach autobusu i ruszamy do miejscowości Machame, gdzie znajduje się jedno z wejść do parku (Machame Gate), położone na wysokości 1700 m npm i gdzie rozpoczyna się trasa naszego trekkingu. Tam następuje około godzinna przerwa, w trakcie której tragarze rozdzielają między siebie ekwipunek, który mają nosić. My natomiast załatwiamy formalności – pozwolenia, opłaty i wpis do tanzańskiej wersji książki wyjść (nie ma lekko – trzeba podać m.in. nr paszportu, adres zamieszkania, wiek, zawód itp. :O ). Wreszcie gdzieś po godz. 12 udaje nam się wyjść – nasza szóstka idzie zwartą grupą razem z trójką przewodników, podczas gdy tragarze podążają na miejsce pierwszego obozu swoim tempem, samodzielnie lub w niewielkich 3-4 osobowych grupkach. Tego dnia droga cały czas prowadzi równikowym lasem (choć ze względu na sporą wysokość, nie jest to typowa dżungla). Idziemy dość szeroką ścieżką, po ubitej ziemi, po bokach której ułożone są drewniane żerdki. Dojście do obozowiska Machame, znajdującego się na wysokości 3000 m npm, zajmuje nam ok. 4,5 godziny. Tam znowu musimy się zarejestrować, wpisując do książki te same dane, co przy wejściu do parku. W tym czasie nasi tragarze rozstawiają namioty, a kucharz przygotowuje obiadokolację. Niedługo po godz. 18.00 zapada zmrok, kończymy posiłek i pakujemy się do namiotów.
Obrazek
poranek w obozie Machame

Obrazek
tak podróżowały nasze plecaki – na głowach tragarzy

DZIEŃ II
Rano zapoznajemy się (metodą empiryczną) z porządkiem dnia, który będzie obowiązywał w trakcie trekkingu. Pobudka następuje ok. 6.30, zaraz potem do namiotów „puka” dwóch tragarzy wysłanych przez kucharza, oferując gorącą kawę lub herbatę :) , dostajemy też po misce ciepłej wody do mycia. W wyższych partiach Kilimandżaro, powyżej 3000 m npm, występują problemy z wodą – nawet w pobliżu obozów nie ma ogólnie dostępnych źródeł czy strumieni. Wodę do picia (tylko butelkowana!) musieliśmy kupić przed wyruszeniem na wyprawę, natomiast woda do mycia jest racjonowana – musi wystarczyć ta jedna miska na głowę dziennie. Około 7.30 jemy śniadanie, podawane w jednym z dwóch dużych namiotów, w których w nocy śpią nasi tragarze. Okazuje się, że na wyposażeniu mamy m.in. składany stół oraz 6 wędkarskich krzesełek – aż nie chciało nam się wierzyć, gdy pierwszy raz je zobaczyliśmy! Ale przynajmniej zaczynamy rozumieć dlaczego niezbędna jest taka ilość tragarzy :)
Na wędrówkę wyruszamy o wpół do dziewiątej. Zmienia się otaczająca nas przyroda – nie idziemy już przez las, ale wśród dużo niższych zarośli, krzaków i karłowatych drzewek. Później ustępują one miejsca trawom i wrzosowiskom (wg przewodnika jest to „heath and moorland”), chociaż ciężko je porównać do polskich wrzosów. Podobnie jak poprzedniego dnia, odcinek, który mamy do przejścia nie jest zbyt długi – droga zajęła nam nie więcej jak 5 godzin, mimo że przewodnicy narzucili raczej wolne tempo. Jak się później dowiedziałem, miejscowe zasady mówią, że przewodnik lub jego asystent musi iść na początku ekipy, a inny zamykać pochód. W momencie gdy ekipa z jakiegoś powodu się rozdziela, przy każdej grupce musi być któryś z przewodników. Generalnie – żaden biały nie może wędrować samotnie :) W ciągu dnia pogoda się psuje – rano widzieliśmy jeszcze ośnieżony szczyt Kibo, potem przyszły chmury, a w momencie gdy docieraliśmy do miejsca kolejnego noclegu, czyli do obozu Shira (3800 m npm), zaczęło padać :( Pokrzyżowało to nasze plany wybrania się na Shira Plateau – płaskowyż, który powstał w wyniku zapadnięcia się do środka jednego z 3 wulkanicznych stożków Kilimandżaro. Wobec tego całe popołudnie spędzamy w namiotach – ja zajmuję się głównie robieniem zimnych okładów na spuchnięte lewe oko, gdyż dzięki wrodzonym zdolnościom, jeszcze w obozie Machame wsadziłem sobie w nie gałąź. Oczywiście kucharz podaje lunch (zaraz po przyjściu do Shira camp) oraz kolację (około 18.00), więc jeśli ktoś zamierzał w trakcie trekkingu nieco schudnąć, to szybko przekonuje się, że jest to mało realne.
Obrazek
obóz Shira z widokiem na Kibo, najwyższy z 3 wierzchołków Kilimandżaro

Obrazek
Mount Meru wyłaniający się z chmur

DZIEŃ III
Rano powtarzamy scenariusz z dnia poprzedniego. Jest dość zimno, w nocy były przymrozki, co widać po zamarźniętych resztkach wody na namiotach, a temperatura nie podnosi się wraz ze wschodem słońca, bo pozostajemy w cieniu góry. Ale przynajmniej czujemy, że przydają się nasze puchowe śpiwory :) (które na safari były raczej utrapieniem). Możemy za to podziwiać morza chmur, które rozciągają się pod nami na wysokości ok. 3000 m npm, oraz wystający z nich Mount Meru (4566 m npm, wygasły wulkan położony tuż koło Arushy, jedna z wyższych gór Afryki). Tego dnia powtarza się również charakterystyczny dla Kilimandżaro scenariusz pogodowy – dość ładny poranek, chmury zbierające się w ciągu dnia i popołudniowy deszcz. Korzystając z ładnej pogody dochodzimy do przełęczy pod Lava Tower (charakterystyczna turnia położona przy szlaku), na wysokości ok. 4600 m npm. Jak na razie nie obserwuję u siebie żadnych niepokojących objawów związanych z wysokością, ani trochę nie boli mnie nawet głowa. W trakcie postoju na przełęczy dopada nas deszcz, po raz pierwszy w trakcie wyjazdu trzeba więc wyciągnąć kurtki. Do obozu Barranco schodzimy we mgle i po dość śliskich kamieniach, na widoki póki co nie ma szans, za to musimy uważać pod nogi, żeby nie „wywinąć orła”. Obóz położony jest na wysokości ok. 3900 m npm, w otoczeniu skalnych ścian, a krajobraz jest już zdecydowanie wysokogórski, z bardzo małą ilością roślinności. Większość popołudnia znów upływa nam na wypoczywaniu w namiotach – po pierwsze ze względu na pogodę, a po drugie ze względu na wysokość, a także brak możliwości samodzielnej wycieczki po okolicy.
Obrazek
Shira Plateau widziane z drogi na Lava Tower
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

MiG pisze:Wodę do picia (tylko butelkowana!) musieliśmy kupić przed wyruszeniem na wyprawę
Znając Ciebie budzetu Ci to nie zrujnowało ;)
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

mefistofeles pisze: Znając Ciebie budzetu Ci to nie zrujnowało
Nie no, starałem się dużo pić (jak na mnie :) ), żeby dodatkowo nie narażać się na odwodnienie i chorobę wysokościową.

A tak nawiasem mówiąc, z wodą to tak nie do końca było dogadane, czy np. mamy wziąć butelkowaną do robienia herbaty. Ogólnie mieliśmy sporo wody (bo niektórzy usłyszeli, że trzeba pić 4-5 litrów dziennie) i spokojnie jej wystarczyło.
ODPOWIEDZ