Do Nairobi przylatujemy w środku nocy. Na początek wypełniamy nie najprostsze formularze wizowe, których zresztą potem nikt nie sprawdza, ani w ogóle nie czyta – urzędnik kasuje po prostu od każdego po 25 USD i jest zadowolony. Na lotnisku czeka już na nas kierowca busa, który ma nas zabrać do hotelu. Naprawdę należy to docenić, biorąc pod uwagę, że była wtedy godzina 3 w nocy, a afrykańskie „poczucie czasu” jest dość specyficzne (co wielokrotnie było opisywane w relacjach z podróży po tym kontynencie). Mówiąc w skrócie – jedna czy dwie godziny w tę czy drugą stronę nie robią tam nikomu wielkiej różnicy. Z Nairobi jedziemy w kierunku kenijsko-tanzańskiego przejścia granicznego w miejscowości Namanga. Droga, powiedzielibyśmy „krajowa”, wygląda tak, że jedzie się czasem po asfalcie (tam, gdzie Chińczycy już zakończyli prace), a czasem po prostu po gołej ziemi (tam, gdzie prace są w toku)

Na przejściu granicznym wypełniamy kolejne formularze – jeden z racji opuszczenia Kenii, drugi z powodu wjazdu do Tanzanii. I wiza – 50 USD. A w ogóle dolar w tej części Afryki jest walutą niemalże równoprawną z narodowymi – można nim zapłacić za wstęp do parku narodowego, w hotelu czy też na zwykłym bazarze. Zachodnioeuropejskie waluty można swobodnie wymienić w kantorach, których w miastach jest sporo (a na lotnisku w Nairobi wymieniają nawet chińskie juany, pewno z racji tych robotników drogowych).
Po stronie tanzańskiej droga staje się dużo... gorsza

Budowa wyglądała mniej więcej tak, że odgarnięto ok. 30-centymetrową warstwę gleby, potem spychaczem uprzątnięto co większe kamienie i przejechano walcem w celu jako-takiego utwardzenia nawierzchni. Jak się mieliśmy przekonać, po takim czymś da się jechać w porywach do 80 km na godzinę, choć raczej bez zapewnienia komfortu pasażerom

Nad ranem docieramy wreszcie do Arushy – miasta, które stanie się naszą bazą wypadową. Lokujemy się tam w bungalowach, w otoczeniu zieleni – nareszcie można odpocząć po trudach podróży i coś zjeść. Przy śniadaniu po raz pierwszy zamiast zwykłego „smacznego” pojawia się hasło „malarone” – od nazwy leku na malarię, zażywanego także prewencyjnie. Zawsze ktoś z nas przypominał o nim pozostałym uczestnikom, zupełnie jak w filmie: „weź pigułkę, weź pigułkę”

Nasz pierwszy dzień w Tanzanii przeznaczony jest na odpoczynek, krótki spacer po mieście, zakup butelkowanej wody do picia i przepakowanie rzeczy przed wyjazdem na safari.
Następnego dnia rano pod hotel podjeżdżają dwa land rovery i wysiadają z nich Hamis i Omari – nasi przewodnicy a jednocześnie kierowcy, oraz Mwina – kucharz. Będą nam oni towarzyszyć przez najbliższych kilka dni. Na początek udajemy się w kierunku jeziora Manyara i parku narodowego obejmującego to jezioro wraz z okolicą. Zaraz po wyjeździe z miasta, w niewielkiej odległości przed naszym samochodem, przez drogę przechodzi dostojnym krokiem żyrafa – widząc tak niezwykły dla nas obraz, wołamy do kierowcy żeby się zatrzymał, bo chcemy zrobić kilka fotek. Pstrykamy mnóstwo wcale nie najlepszych zdjęć, ale dopiero później mieliśmy się przekonać, że tutaj żyraf jest „jak mrówków”

W końcu dojeżdżamy do miejscowości Mto Wa Mbu (eh, nigdy nie nauczyłem się tej nazwy na pamięć, zawsze muszę zaglądać do mapy), gdzie wg planu zostaniemy na noc na campingu. Tymczasem jednak nadchodzi pora lunchu, a potem kolej na kąpiel w basenie (która kończy się u mnie spaleniem ramion, z powodu nie używania kremu przeciwsłonecznego). Z racji upału wyjazd na safari w środku dnia i tak nie miałby sensu – raz, że byłby dla nas męczący, a dwa, że wiele zwierząt po prostu chowa się przed słońcem w cieniu. Tak więc dopiero po południu ruszamy do Lake Manyara National Park. Wygląda to tak, że po wjeździe na teren parku cały czas poruszamy się tylko samochodami, z których nie można wysiadać poza określonymi miejscami. Podnoszony dach umożliwia obserwację zwierząt oraz swobodne fotografowanie, a jednocześnie daje tak bardzo potrzebny cień. Wybór drogi należy do przewodników – na pewno mają oni jakieś swoje opracowane trasy oraz znają najlepsze miejsca do obserwacji. W czasie tego popołudnia udaje nam się spotkać pawiany, żyrafy (a jakże!), zebry i kilka gatunków antylop. Podjeżdżamy też do bajora, w którym siedzą hipopotamy (w ciągu dnia praktycznie nie wychodzą one z wody z powodu słońca) – tam można wysiąść z samochodu i podejść do barierki, za którą już wchodzić nie wolno. Wielkie, nieruchome cielska wystające z wody wydają się mocno abstrakcyjne – aż trudno uwierzyć, że hipopotamy mogą poruszać się całkiem szybko i podobno spośród dzikich zwierząt są sprawcami największej ilości wypadków śmiertelnych u ludzi. W drodze powrotnej na camping spotykamy jeszcze słonia, który stał sobie spokojnie z boku drogi, ogryzał gałęzie akacji i sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nas nie zauważał.
bungalowy w Arushy
na safari
żyrafy? zdjęcie grupowe? proszę bardzo!
„hippo point”
I na koniec bonus dla miłośników podkrakowskich skałek (moderatorzy – nie zmieniać formatu „wyświetlania” zdjęcia!)
http://img248.imageshack.us/img248/4816/pa120135.jpg
(Dupa Słonia – oryginał)