Afryka dzika, dawno odkryta?

W kraju i na świecie - byliśmy, widzieliśmy, polecamy.
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Afryka dzika, dawno odkryta?

Post autor: MiG »

Zaczęło się nieciekawie: po potwierdzeniu mojego udziału w wyprawie oraz wpłaceniu pieniędzy, dostałem telefon, że niestety w samolocie do Stambułu, którym ma lecieć cała grupa, nie ma już wolnych miejsc. W związku z tym zaproponowano mi wylot o jeden dzień wcześniej i spędzenie jednego dodatkowego dnia w Stambule w oczekiwaniu na resztę uczestników. Na szczęście moje czarne wizje dotyczące poszukiwania hotelu i samodzielnego poruszania się po stolicy Turcji zostały szybko rozwiane: będę miał zarezerwowany nocleg i zapewniony transport z i na lotnisko. No, tak to ja mogę podróżować 8) Dostałem zatem jeden dzień na ekspresowe obejrzenie Stambułu. Niestety, w praktyce okazało się, że jest to zaledwie pół dnia – wylot wczesnym popołudniem z półgodzinnym opóźnieniem, odprawy po przylocie, oczekiwanie na zamówiony bus i przejazd do hotelu zajęły mnóstwo czasu. Dodatkowo okazało się, że mój pokój został już „sprzedany” komu innemu i zostanę zakwaterowany w innym miejscu niż pierwotnie planowano :) Cóż, to jest Turcja... Jednak nie wypadało mi narzekać, bo miejscówkę miałem pierwszorzędną – w samym historycznym centrum Konstantynopola (na ulicy Yerebatan Caddesi). Wieczorem udałem się jedynie na spacer po okolicy oraz kolację w jednej z pobliskich restauracyjek, zwiedzanie zostawiając sobie na następny dzień.
Nazajutrz wyruszyłem na ekspresowe zwiedzanie miasta. Od razu na samym początku natknąłem się na wejście do cysterny bazyliki – ogromnego podziemnego zbiornika na wodę zbudowanego w VI wieku n.e., mającego zapewnić wodę pitną dla miasta. Cysterna swoimi rozmiarami (143 x 65 metrów i 9 metrów wysokości) robi naprawdę duże wrażenie, jest przy tym ładnie oświetlona, a można się po niej poruszać chodząc po drewnianych pomostach. Po wyjściu z cysterny trafiłem na alejkę prowadzącą do Topkapi – pałacu sułtanów. Pałac zupełnie nie przypomina zamków i pałaców będących siedzibami królów i książąt europejskich. Charakterystyczne są lekkość konstrukcji i brak wysokich budynków oraz duża ilość zieleni i wolnej przestrzeni. Przeszedłem się po wszystkich czterech dziedzińcach, spojrzałem z tarasu na Bosfor (azjatycki brzeg jest naprawdę blisko :) ) i zajrzałem do skarbca, za to z braku czasu „odpuściłem sobie” harem (i chyba słusznie, potem przeczytałem, że jest przereklamowany :) ). Kolejnym punktem programu była Hagia Sofia, chyba najbardziej znana budowla Konstantynopola i Stambułu. Jedna z największych świątyń chrześcijańskich, następnie zamieniona na meczet, obecnie pełni jedynie funkcję muzeum. Co ciekawe, budowano ją zaledwie 5 lat (i to w VI w n.e.)! Środkowa nawa jest po prostu olbrzymia, co szczególnie widać z galerii znajdujących się po jej bokach. Obecnie prowadzone są prace konserwatorskie kopuły świątyni, w związku z czym na środku ustawione jest gigantyczne rusztowanie. Zresztą, biorąc pod uwagę wielkość obiektu, konserwatorzy będą mieli robotę na długie lata... Potem poszedłem jeszcze obejrzeć Błękitny Meczet, spod którego zresztą jest piękny widok na Hagię Sofię. I to koniec, „Stambuł w pigułce”, o 14.30 musiałem bowiem czekać gotowy na przyjazd busa, który zabierał mnie na lotnisko, gdzie miałem się spotkać z resztą ekipy.
Obrazek
Nowy Meczet

Obrazek
we wnętrzu cysterny bazyliki

Obrazek
Topkapi – fragment zabudowań pałacowych

Obrazek
dziedziniec Błękitnego Meczetu

Obrazek
Hagia Sofia

Będąc na hali odpraw stambulskiego lotniska ciężko dowiedzieć się czegokolwiek o przylotach. Pani z punktu informacyjnego nie za bardzo chciała przyjąć do wiadomości, że nie chcę uzyskać informacji o moim locie, tylko o samolocie lecącym z Warszawy do Stambułu i ruchu tranzytowym na samym lotnisku. Z tego powodu straciłem niepotrzebnie trochę czasu i wszystkie formalności związane z odprawą i wylotem z Turcji załatwiałem (jak mi się wydawało) w ostatniej chwili. Na szczęście tureckie linie lotnicze stanęły na wysokości zadania ;) i ten lot również był opóźniony (uprzedzając nieco fakty – 4 razy leciałem Turk Hava Yollari i 4 razy mieliśmy obsuwę minimum 30 minut). Dzięki temu mogłem spokojnie się zapoznać z pozostałymi uczestnikami wyjazdu – Agnieszką, Izą, Darkiem, Pawłem i Tomkiem. Po krótkim oczekiwaniu usłyszeliśmy „nasz” komunikat i za chwilę staliśmy już w kolejce pasażerów czekających na wejście do samolotu. Kierunek – Nairobi :)
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

Zaczęło się ciekawie ;) , czekam na cd. :)
Każdemu jego Everest...
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Noo, rozjeździło nam się towarzystwo po świecie.... jakieś safari się szykuje czy cóś takiego. cdn ?, ...czekam z niecierpliwością. :)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

No no, stawka się podnosi! Kenya, Nairobi, będzie chyba Kilimandżaro...
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Janek pisze:No no, stawka się podnosi! Kenya, Nairobi, będzie chyba Kilimandżaro...
Też o tym pomyślałem, ale Kilimandżaro to chyba zdobywa się z Tanzanii... obstawiam safari, choć kto wie, kto wie ?... jakieś nowe drogi wejścia :think:
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

krzymul pisze:kto wie, kto wie ?...
wiem ale nie powiem :P

Faktycznie, pierwsza część zaczęła się ciekawie, czekam na resztę :) Bardzo mnie ciekawi jak z aklimatyzacją było. :D
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

Do Nairobi przylatujemy w środku nocy. Na początek wypełniamy nie najprostsze formularze wizowe, których zresztą potem nikt nie sprawdza, ani w ogóle nie czyta – urzędnik kasuje po prostu od każdego po 25 USD i jest zadowolony. Na lotnisku czeka już na nas kierowca busa, który ma nas zabrać do hotelu. Naprawdę należy to docenić, biorąc pod uwagę, że była wtedy godzina 3 w nocy, a afrykańskie „poczucie czasu” jest dość specyficzne (co wielokrotnie było opisywane w relacjach z podróży po tym kontynencie). Mówiąc w skrócie – jedna czy dwie godziny w tę czy drugą stronę nie robią tam nikomu wielkiej różnicy. Z Nairobi jedziemy w kierunku kenijsko-tanzańskiego przejścia granicznego w miejscowości Namanga. Droga, powiedzielibyśmy „krajowa”, wygląda tak, że jedzie się czasem po asfalcie (tam, gdzie Chińczycy już zakończyli prace), a czasem po prostu po gołej ziemi (tam, gdzie prace są w toku) :) Na przejściu granicznym wypełniamy kolejne formularze – jeden z racji opuszczenia Kenii, drugi z powodu wjazdu do Tanzanii. I wiza – 50 USD. A w ogóle dolar w tej części Afryki jest walutą niemalże równoprawną z narodowymi – można nim zapłacić za wstęp do parku narodowego, w hotelu czy też na zwykłym bazarze. Zachodnioeuropejskie waluty można swobodnie wymienić w kantorach, których w miastach jest sporo (a na lotnisku w Nairobi wymieniają nawet chińskie juany, pewno z racji tych robotników drogowych).
Po stronie tanzańskiej droga staje się dużo... gorsza :O Budowa wyglądała mniej więcej tak, że odgarnięto ok. 30-centymetrową warstwę gleby, potem spychaczem uprzątnięto co większe kamienie i przejechano walcem w celu jako-takiego utwardzenia nawierzchni. Jak się mieliśmy przekonać, po takim czymś da się jechać w porywach do 80 km na godzinę, choć raczej bez zapewnienia komfortu pasażerom :) Nad ranem docieramy wreszcie do Arushy – miasta, które stanie się naszą bazą wypadową. Lokujemy się tam w bungalowach, w otoczeniu zieleni – nareszcie można odpocząć po trudach podróży i coś zjeść. Przy śniadaniu po raz pierwszy zamiast zwykłego „smacznego” pojawia się hasło „malarone” – od nazwy leku na malarię, zażywanego także prewencyjnie. Zawsze ktoś z nas przypominał o nim pozostałym uczestnikom, zupełnie jak w filmie: „weź pigułkę, weź pigułkę” :) Nasz pierwszy dzień w Tanzanii przeznaczony jest na odpoczynek, krótki spacer po mieście, zakup butelkowanej wody do picia i przepakowanie rzeczy przed wyjazdem na safari.
Następnego dnia rano pod hotel podjeżdżają dwa land rovery i wysiadają z nich Hamis i Omari – nasi przewodnicy a jednocześnie kierowcy, oraz Mwina – kucharz. Będą nam oni towarzyszyć przez najbliższych kilka dni. Na początek udajemy się w kierunku jeziora Manyara i parku narodowego obejmującego to jezioro wraz z okolicą. Zaraz po wyjeździe z miasta, w niewielkiej odległości przed naszym samochodem, przez drogę przechodzi dostojnym krokiem żyrafa – widząc tak niezwykły dla nas obraz, wołamy do kierowcy żeby się zatrzymał, bo chcemy zrobić kilka fotek. Pstrykamy mnóstwo wcale nie najlepszych zdjęć, ale dopiero później mieliśmy się przekonać, że tutaj żyraf jest „jak mrówków” :) W końcu dojeżdżamy do miejscowości Mto Wa Mbu (eh, nigdy nie nauczyłem się tej nazwy na pamięć, zawsze muszę zaglądać do mapy), gdzie wg planu zostaniemy na noc na campingu. Tymczasem jednak nadchodzi pora lunchu, a potem kolej na kąpiel w basenie (która kończy się u mnie spaleniem ramion, z powodu nie używania kremu przeciwsłonecznego). Z racji upału wyjazd na safari w środku dnia i tak nie miałby sensu – raz, że byłby dla nas męczący, a dwa, że wiele zwierząt po prostu chowa się przed słońcem w cieniu. Tak więc dopiero po południu ruszamy do Lake Manyara National Park. Wygląda to tak, że po wjeździe na teren parku cały czas poruszamy się tylko samochodami, z których nie można wysiadać poza określonymi miejscami. Podnoszony dach umożliwia obserwację zwierząt oraz swobodne fotografowanie, a jednocześnie daje tak bardzo potrzebny cień. Wybór drogi należy do przewodników – na pewno mają oni jakieś swoje opracowane trasy oraz znają najlepsze miejsca do obserwacji. W czasie tego popołudnia udaje nam się spotkać pawiany, żyrafy (a jakże!), zebry i kilka gatunków antylop. Podjeżdżamy też do bajora, w którym siedzą hipopotamy (w ciągu dnia praktycznie nie wychodzą one z wody z powodu słońca) – tam można wysiąść z samochodu i podejść do barierki, za którą już wchodzić nie wolno. Wielkie, nieruchome cielska wystające z wody wydają się mocno abstrakcyjne – aż trudno uwierzyć, że hipopotamy mogą poruszać się całkiem szybko i podobno spośród dzikich zwierząt są sprawcami największej ilości wypadków śmiertelnych u ludzi. W drodze powrotnej na camping spotykamy jeszcze słonia, który stał sobie spokojnie z boku drogi, ogryzał gałęzie akacji i sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nas nie zauważał.
Obrazek
bungalowy w Arushy

Obrazek
na safari

Obrazek
żyrafy? zdjęcie grupowe? proszę bardzo!

Obrazek
„hippo point”

I na koniec bonus dla miłośników podkrakowskich skałek (moderatorzy – nie zmieniać formatu „wyświetlania” zdjęcia!)
http://img248.imageshack.us/img248/4816/pa120135.jpg
(Dupa Słonia – oryginał)
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Robi się coraz ciekawiej :D
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Wszystko jasne - rzutem na taśmę zobaczyć śniegi Kilimandżaro. ;)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Asik

-#6
Posty: 1714
Rejestracja: wt 07 wrz, 2004

Post autor: Asik »

W I Ę C E J!!! :))
wszystkie zdjecia piekne,ale to z cysterny bazyliki ma bajeczną kolorystyke :)
skałojeb do zaspiarza - "ja rzygnę, ale na Everest wejdę, ale Ty za ch... VI.4 nie zrobisz
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

no Michał ja czekam na dalszą część historii :D
Awatar użytkownika
Lukas

-#6
Posty: 2585
Rejestracja: pt 04 maja, 2007
Lokalizacja: Dębica

Post autor: Lukas »

o proszę, proszę, niedługo nazwę forum się zmieni na www.allmountainsworld.prv.pl

czekam na te resztki śniegów :)
Upadek nie jest klęską. Nisko zawieszona poprzeczka — i owszem

http://picasaweb.google.co.uk/llukasziola
http://drytooling.com.pl - serwis wspinaczki mikstowej, alpinizmu, himalaizmu
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

Jedziemy do Serengeti – jednego z najbardziej znanych parków narodowych na świecie. Pierwszy rezerwat utworzono tu już w 1929 r., co jak na Afrykę epoki kolonialnej było dość niezwykłe. Po drodze jednak będziemy mieli dwie przystanki – pierwszy w wiosce Masajów, a drugi przy wąwozie Olduvai. Swoją drogą, przejazd bez dłuższych przerw byłby wykańczający – tumany pyłu i kurzu wzbijane przez samochody powodują, że okna w naszych land roverach trzeba szczelnie zamykać przy każdej mijance, wtedy zaś wkracza do gry afrykańskie słońce, starając się udowodnić nam, że siedzimy w piekarnikach :)
Przy naszej trasie znajduje się kilka wiosek Masajów, które można odwiedzać za opłatą 20 USD „od łebka”. Wizyta odbywa się według ścisłego harmonogramu a rozpoczyna się od tańca powitalnego (do którego zresztą można się przyłączyć), wykonywanego odrębnie przez kobiety i mężczyzn. Następnie, kilku wyznaczonych przez szefa wioski „wojowników”, mówiących po angielsku, oprowadza nas po terenie wioski. Można przyjrzeć się prymitywnym zabudowaniom, a nawet zajrzeć do poszczególnych chatek, nie ma również problemu z robieniem zdjęć. Masajowie cały czas próbują nam coś sprzedać – różne proste naszyjniki i bransoletki lub pałki noszone przez mężczyzn. W końcu coś kupujemy, żeby tylko dać im zarobić. Cały czas zastanawiamy się, na ile prawdziwe jest to wszystko co nas otacza, czy nie jest to przypadkiem miejscowa wersja cepelii? :think: To pytanie pozostaje jednak bez odpowiedzi.
Drugi postój mamy w pobliżu wąwozu Olduvai, gdzie znaleziono najstarsze na świecie ślady obecności człowieka (nawet sprzed 2 mln lat) oraz wiele szczątków prehistorycznych zwierząt. Na brzegu rozległego wąwozu znajduje się małe muzeum gdzie można obejrzeć część znalezionych kości zwierząt oraz zdjęcia dokumentujące odkrycia archeologów. Wysłuchaliśmy tam również krótkiego wykładu na temat historii tego miejsca oraz dokonanych odkryć. Po spożyciu lunchu jedziemy już wprost do Serengeti. Jeszcze tylko załatwienie formalności związanych z wjazdem do parku (nie wystarczy kupić bilet, jak u nas – dostaje się specjalne zezwolenie, na papierze z hologramem, a przy wyjeździe trzeba się ze wszystkiego rozliczyć; opłata za 1 dzień pobytu wynosi 50 USD od każdego turysty). Wieczorem docieramy wreszcie do campingu Seronera, wspólnie z naszymi przewodnikami rozstawiamy namioty i szybko idziemy spać (bo jesteśmy na nogach od 6.30 rano).
Kolejnego dnia z rana wyruszamy na przejażdżkę (czyli na rzeczone safari :) ) po Serengeti National Park. Na samym początku trafiamy na stadko słoni, co od razu sprawia, że jesteśmy w znakomitych humorach. Słonie to bardzo wdzięczne zwierzęta – widać je z daleka, na ogół stoją sobie spokojnie ogryzając gałęzie, można więc bez problemu zrobić fajne zdjęcia. Zresztą większość zwierząt w ogóle nie boi się ludzi i samochodów, traktując nas dość obojętnie. Lwice z małymi potrafiły wylegiwać się 2-3 metry obok drogi, nic sobie nie robiąc z przejeżdżających tuż koło nich turystów. Tego przedpołudnia udaje nam się jeszcze „upolować” kilka bawołów, strusi, różne gazele i guźca (ha, a kto pamięta warszawskiego guźca?) oraz lamparta śpiącego na drzewie. Tego ostatniego nie udałoby się dostrzec, gdyby nie nasi przewodnicy. Podczas gdy my non-stop wychylaliśmy się z samochodów wypatrując kolejnych zwierząt, oni siedząc za kierownicą i prowadząc auto byli w stanie dostrzec ukrytego 100 metrów od drogi lamparta czy geparda! Dopiero gdy zatrzymywali samochód i pokazywali nam, w którym kierunku należy się patrzeć, i my mogliśmy coś dojrzeć. W najgorętszej porze dnia (czyli gdzieś od 12 aż do 3 po południu) mamy przerwę na lunch i sjestę, a dopiero potem drugą część safari. Znów spotykamy lwice z młodymi, a także hipopotamy. Przy tej okazji po raz pierwszy i chyba jedyny byliśmy świadkami, że i tutaj czasem ludzie jednak przeszkadzają zwierzętom. Mianowicie, jeden młody hippo chciał się przejść na spacer i wyszedł z wody na brzeg. W takiej sytuacji od razu pojawili się turyści z aparatami, żeby tylko uwiecznić go na fotografii. Gdy jeden z samochodów przejechał mu tuż przed nosem, hipopotam wyraźnie zniesmaczony i zdegustowany zamieszaniem czmychnął z powrotem do jeziorka :)
Obrazek
powitalny taniec Masajów

Obrazek
wioska Masajów

Obrazek
prawdziwy symbol: myślisz „Afryka” – mówisz „słoń”; myślisz „słoń” – mówisz „Afryka”

Obrazek
biały kolonizator Czarnego Lądu

Obrazek
równiny Serengeti

Obrazek
młode lewki
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

MiG pisze:(ha, a kto pamięta warszawskiego guźca?
ja pamiętam, byłem akurat w Wawie gdy afera wybuchła :D
MiG pisze:Swoją drogą, przejazd bez dłuższych przerw byłby wykańczający – tumany pyłu i kurzu wzbijane przez samochody powodują, że okna w naszych land roverach trzeba szczelnie zamykać przy każdej mijance, wtedy zaś wkracza do gry afrykańskie słońce, starając się udowodnić nam, że siedzimy w piekarnikach
dzięki, tego było mitrzeba by przestac ci wściekle zazdrościć :P
MiG pisze:biały kolonizator Czarnego Lądu
'Mr. MiG, I presume?'
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Uff, ale dawkujesz ;)
Zdjęcie słoni - bajeczne...kurcze, też tak chcę. :)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Naprawdę przyjemnie się czyta i ogląda :) Te domy Masajów są z błota?
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

Szarotka pisze:Te domy Masajów są z błota?
z tego co kojarzę, domy Masajowie robią z krowich odchodów wymieszanych z popiołem i wodą.
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Cytat z reportażu z podróży Sebastiana Lisa.
"Wioski Masajów są bardzo rozciągnięte, tak że pomiędzy poszczególnymi bomami (zagrodami rodzinnymi) są półkilometrowe odległości. Ale sąsiedzi i tak mają okazję spotykać się ze sobą często np. z bydłem przy wodopoju. Boma otoczona jest płotem z krzewów iglastych zagradzających drogę drapieżnikom, z jednym tylko wejściem, zagradzanym nocą. Na rdzennym terytorium Masajów nadal występuje niemal cała plejada dzikich zwierząt, które normalnie rzadko występują poza parkami narodowymi. Masajskie domy, manyatty (terminologia różni się czasem w zależności od regionu), zbudowane są z najtrwalszego dostępnego materiału, którego jest tam pod dostatkiem, a którym są… krowie odchody zmieszane z wodą i popiołem nałożone na szkielet z gałęzi. Po kilku dniach od wybudowania domy te nie wydzielają już żadnego zapachu a ich poszycie jest twarde jak cement"
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Inne źródło podaje:
Konstrukcja domu jest zbudowana z drewnianych tyczek, wbitych bezpośrednio w ziemie i przeplecionych siatką z mniejszych gałązek. Taka konstrukcja jest następnie zagipsowana mieszanką błota, trawy, krowiego gnoju i moczu oraz popiołu
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
ODPOWIEDZ