Na rondzie Kużnickim problem z busami – pełne, nie zatrzymują się dwa kolejne.
A czas leci....
Sporo osób czekało – poszliśmy na bus taxi zaraz obok i po tej samej cenie znależliśmy się w tempie ekspresowym w Kużnicach.
Już w busiku zaczęliśmy rozmowę z turystami siedzącymi obok, którzy wybierali się do Murowańca.
Żeby trochę odmienić trasę, poszliśmy przez Boczań (wczoraj w obie strony Jaworzynką).
Nowi znajomi okazali się bardzo fajnymi, sympatycznymi osobami i tak nam się dobrze razem wędrowało, że postanowili iść jeszcze nad Czarny Staw, a potem do Koziej i w końcu poszli z nami na Zadni Granat
Od słowa do słowa i okazało się, że spotkaliśmy się w ub. roku w listopadzie na Hrebienioku i nawet zapamiętali w jakim kolorze były nasze kurtki
Wspólne zdjęcie nad Zmarzłym Stawkiem.



Trzeba się trochę wyskrobać na ten szczyt, dość ostro do góry szlak prowadzi, ale za to jakie widoki ukazały się przed nami


Przy szlakowskazie na rozstaju dróg spotkaliśmy ciekawego góromaniaka. Dziś już był na Kościelcu, a teraz wybierał się Żlebem Kulczyńskiego na Granaty.
Jego celem i założoną misją było badanie szlaków pod względem trudności i informowanie o tym idących na szlak.
Bardzo szlachetny cel, ale spytałam, czy choć jedna osoba wróciła, gdy powiedział o trudnościach...no niestety, nikt się jego ostrzeżeniami nie przejmował.
A wiedział gość co mówi, bo z górami wydawał się obeznany.
Zdziwiliśmy się mocno, gdy oświadczył, ile czasu zajęło mu wejście na Kościelec i nawet przyjęliśmy to z lekkim niedowierzaniem.
Byliśmy już w połowie drogi na Zadni, a on jeszcze siedział w tym samym miejscu i gaworzył z kolejnymi napotkanymi turystami.
Gdy doczłapaliśmy wreszcie na szczyt - za moment zjawił się pan góromaniak, wcale nie zmęczony, ani nie zasapany, który zgodnie z założeniem dotarł od strony Żlebu Kulczyńskiego
Pozazdrościć kondycji w wieku 64 lat...
Wzbudził zainteresowanie wszystkich turystów, pogadaliśmy wesoło i pozwolił opublikować swoje zdjęcie.
Może ktoś go zna lub spotkał kiedyś w Tatrach ?.







Dość długo posiedzieliśmy na szczycie, bo przed nami cudowne panorama, urozmaicona kompozycjami białych obłoków, przesuwających się pod nami i snujących się pod szczytami gór.
Można tak było siedzieć i patrzeć w nieskończoność, ale w Murowańcu czekało nas spotkanie z przesympatyczną Forumowiczką Alą i Jej koleżankami (których niezmiennie zazdroszczę).
Bardzo wesoło (i niestety zbyt szybko


Mimo wielkiego pośpiechu, trzy czwarte drogi szliśmy przy czołówkach, a z nami młoda para, która nie miała latarek i w świetle naszych jakoś przeszli przez tą czarną odchłań.
A jak pięknie wyglądały góry o zmierzchu z księżycem nad Świnicą.....

i zarys Giewontu nad ciemniejącym horyzontem.....

Wspaniale spędzony dzień i widokowo i towarzysko....
Mam nadzieję, że jeszcze nieraz wypijemy wspólnie piwko gdzieś w tatrzańskim schronisku
Ponieważ Ela i Zbyszek nie wytrzymali ciśnienia, że jesteśmy w Tatrach
Cóż mogłam im zaproponować na wspólną wycieczkę....
Oczywiście Dolinę Rohacką i Rohackie Stawy.
Nic to, że byliśmy tam kilka dni temu - z ogromną przyjemnością i radością wybraliśmy się tam ponownie, zwłaszcza, że pogoda była cudna, a towarzystwo doborowe




Spotkaliśmy się z Teresą i Włodkiem, których poznaliśmy wczoraj.
Też wybrali się w ten piękny rejon, ale podespali nieco, przyjechali później i wchodzili od strony Wodospadu Rohackiego, a tam dość długie i ostre podejście.
Trzeba przyznać, że kondycję mają niezłą.
Pogadaliśmy miło i zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę
Jak dobrze poznawać ludzi, którzy mają tą samą pasję, potrafią zrozumieć fascynację górami i niczemu się nie dziwią.....


Malutka kamienna wysepka, jak rozsunięte puzdrerczko ukazujące kolorową niespodziankę.






Turystów bardzo wiele - niedziela, szlak popularny i cudny.
Wrócę tu - może jeszcze tej jesieni
Warto.
Ostatni dzień pogody przeznaczyłam dla Tatr Zachodnich, mojej ukochanej Krainy Łagodności, kolorowej, pięknej, wspaniałej....
Miał być Starorobociański, ale niestety, trochę za póżno Morfeusz wypuścił nas ze swoich ramion, w dodatku wyjeżdziłam prawie cały bak benzyny i trzeba było zatankować.
Wszystko to zajęło trochę czasu i zabrakło go na realizację założonego planu.
Wyruszyliśmy przepięknie kolorową Doliną Jarząbczą.
Nie dało się pospieszyć, bo oczy przyciągały kolorowe dywany..... różowo-czerwono-żółto-zielone....cudowne, oświetlone ostrymi promieniami słońca.
W dodatku pusto i cichutko – nareszcie...











Powoli doszliśmy na szczyt Trzydniowiańskiego, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek.
Wiadomo było, że na Starorobociański nie zdążymy, to co sobie będziemy żałować..... tym bardziej, że można się było nacieszyć górami w samotności, a to ostatnio bardzo rzadki luksus.....
Potem jeszcze nas skusiła Kończysta – tu spokojnie w czasie powinniśmy się zmieścić.





Jedne zbocza kolorowe, a inne, jak gdyby obleczone brązowym pluszem....misiowatym...... aż chciałoby się do nich przytulić...


Według mapy i szlakowskazu - w 50 minut byliśmy na Kończystej.
No...widoki stąd przednie, trzeba było im poświęcić trochę czasu
Zerwał się wprawdzie lekki wiatr, pewno na jutrzejszą zmianę pogody, ale kto by się tam drobiazgami przejmował w takich okolicznościach...










Schodziliśmy przez Kulawiec, a potem na rowerach - 15 min. i już Siwa Polana, gdzie czekało nasze poczciwe autko.
Jaka super sprawa te rowery
Bardzo fajny wypad w góry, na długo pozostanie w pamięci
A teraz znów „siedzę w pogodzie”, co może oznaczać tylko jedno
Ala







