świster pisze:
ps. Gdyby ten gość był "kimś" to raczej siedziałby w schronie, a nie w jakimś domu turysty

To pierwsze co mi przyszło do głowy, ale.... wytułamaczenie przyszło po 3minutach wejścia do pokoju "wiesz, gdybym mógł spałbym teraz w Betlejemce, ale mam całe mokre buty bo ratowałem dziś jakąś dziewczynę ze strumienia. Chyba chcicała zdjęcie robić, poślizgnęła się i wpadła. Nawet nie podziękowała tylko uciekła a mi zostały mokre buty. Nigdzie iść nie mogę, muszę wyschnąć... Ale jak wyschnę to zabiorę Cię na Mięgusza..."
To jest to co usłyszałam po kilkunastu minutach. Propozycja wspólnej wędrówki nieoznakowanym szlakiem i wytłumaczenie kim jest i dlaczego tu jest...
No niby wszystko było wporządku, niby ok. Zaczęły się opowieści skąd kto jest i co kto robi. Okazało się, że prawie z każdym z nas łączą go jacyś znajomi (podobno znał mojego kolege lekarza, bo z nim był na jakimś zjeździe- co jednak było dziwne bo pytając o wiek powiedział że to ten co ma 28lat? -"nie, to ten co ma 43lata"- a no tak no tak....znam go)
Przyszedł czas na opowieści że jako lekarz jeźdźił na wyprawy na Mount Everet, Annapurnę, K2... Że znał te wszystkie znakomitości himalaizmu. Opowiadał śmieszne historie. Także o tym że w Betlejemce co roku spędzał Sylwestra i jakiemuś "Filcowi"(czy jakoś tak), strażnikowi TPN podkradali z Bobasem karpie z Czarnego Stawu, w którym je hodował.
Że "wielbłąd" to ksywa którą nadała mu Rutkiewicz bo szedł pewnego wieczotu obładowany plecakiem i tak skojarzył się Wandzie.
I tak dalej i tak dalej.... Poszliśmy wszyscy spać. Każdy w głowie z jakąś tam myślą "prawda, czy nie?" "jeju spotkałam kogoś takiego". Nawet zadzowniłam do ojca powiedzieć że cholera jasna ale właśnie chyba gadałam z kimś "fajnym"
Next day. Pobudka o 6 i w góry. "Wielbłąd" miał jeszcze mokre buty i nie mógł z nami pójść. Tak więc spokojnie z koleżanką z Gdańska wyruszyłyśmy sobie do Kuźnic z zamiarem pooglądania sobie uroków jesiennych Tatr z Kościelca. Wróciłyśmy dość późno bo pogoda była tak piękna że oprócz Kościelca zahaczyłyśmy jeszcze o kilka miejsc a wcale nie spieszyło nam się aż tak do kolejnych godzin nocnych z wielbłądem. Chyba dlatego że trudno było o cokolwiek zapytać. Tylko siedzieć i słuchać.
Ponieważ trochę obtarłam sobie nogi śmiałyśmy się, że Zdzisiu (Wielbłąd) zrobi mi na pewno masaż... No cóż jakie to zdziwienie było kiedy rzeczywiście dobrał się do moich stópek.
Kolejne opowieści napawały już trochę sceptyzmem z mojej strony i realnym stwierdzeniem w myślach "on chyba trochę ściemnia".
Zdanie "a wiecie... trzeba mieć dobry sprzęt w Tatrach, dawno już nie byłem w Polsce, ale jak pochodziłem trochę po sklepach to widzę że tu nie ma nic ciekawego. Niedawno kupiłem sobie nawet kurtkę za 2,5tysiąca euro...i cholera mi przemokła to wyrzuciłem..."
"namioty muszą być doskonałe. zobaczcie ten mnie uratował przed lawiną, gdybym spał w innym to już by mnie tu z Wami nie było"
No dobra dobra... Niech będzie. Jednak ostateczny finał był taki że podobno mu karta od bankomatu zamokła kiedy ratował tą dziewczynę.
A chcąc wypłacić pieniądze wcieło mu ją i musiał jechać do Wawy odblkowoać. A że... nie miał pieniędzy to prosił nas o pożyczkę... W końcu wyciągnął 100zł rzekomo na ekspress do Wawy od młodego chłopaka, pożegnał się i pognał....
Już wtedy wszyscy wiedzieliśmy że coś jest nie tak... Ale... kurde, mówił tak wiarygodnie, pokazywał zdjęcia, sprzęt miał naprawdę niezły i wiedzę o górach doskonałą. Nie wiem.... czy to inteligentny oszust czy niewiarygodny pech z kartą kredytową i ekscentryczny charakter lekarza, byłego TOPRowca i himalaisty....
świster pisze:Olusia napisał(a):
bo chwile zgrozy prawie z nim przeżyłam
No to zapodawaj tę relacje, bo wszyscy czekają
A jeśli chodzi o chwilę zgrozy... hmm... no cóż nie zawsze panowie mylą łazienki damskie z męskimi....