Podobno nieszczęścia chodzą parami , podobno.
Opuszczamy Szwajcarie i malowniczą drogą przez przełęcz Św.Bernarda wjeżdżamy do Włoch.
Malutka wioseczka Bionaz, malowniczy kemping nad niewielkim jeziorem w dolinie Valpeline.
Dzień odpoczynku , ciepłe słoneczne lato, dzień wypełniony błogim lenistwem, praniem gaci i robieniem
żarcia. Spacer do małego regionalnego sklepiku gdzie w nozdrza uderza zapach serów wydobywający
się z małej piwniczki, trochę przypominający zapach butów po całodniowym marszu.
Kupujemy duży świerzy wiejski chleb i parę świeżych czerwonych kiełbasek, do tego po piwku i siedząc
rozmyślamy o tym, co było i o tym, co nas czeka.
Po niepowodzeniu na Dent Blanche nastroje są raczej minorowe, przed nami nie zgorsze wyzwanie.
Podobno jeden z najrzadziej uczęszczanych i najtrudniej dostępnych czterotysięczników alpejskich , o
skomplikowanej topografii , prawdziwe dzikie Alpy.
Najbliższy sąsiad Materhornu, którego potężną północną ścianę podziwialiśmy jeszcze przedwczoraj z
spod Dent Blanche.
Kolejny letni ranek, zbieramy się koło 9 rano i samochodem dojeżdżamy na parking przy potężnej zaporze
Lac di Place Moulin. Pierwsza część trasy to wygodna droga wzdłuż jeziora, którą podążają grupy turystów
do górskiego hotelu Prarayer.
Pewien sympatyczny Włoch widząc nasze ciężkie wory zatrzymuje się i proponuje wywiezienie bagażu pod
hotel, co za ulga iść z samymi kijeczkami.
Po krótkim odpoczynku ruszamy w głąb doliny Vallpeline, znakowana opustoszała ścieżka wiedzie ponad
fantastycznym przełomem bystrego potoku.
Docieramy do górnego piętra doliny i przystajemy, miejsce , w którym się znajdujemy jest bez wątpienia
najpiękniejszym miejscem, w którym jak do tej pory udało mi się zobaczyć.
Mistrzowski kunszt Boskiej ręki namalował ten obraz cudowny.
Kwiaty , potoki , wodospady , olbrzymie wanty skalne , grube cielska lodowców wiszące popękanymi serakami
nad doliną, czerwień skał, wszystko to sprawia ,iż stajemy w zachwycie ciężko znajdując słowa piękno owej
doliny oddające.
Wzdłuż rozlewiska, jakie w górnej części doliny tworzy potok i niezłą ferratą popod potężnymi zerwami lodowca
Haut Glacier de Tsa de Tsan docieramy do skromnego 15 miejscowego schroniska Aosta( 2781m) , przy cichym
przyzwoleniu gospodarza podchodzimy ponad schronisko do platformy , na której spędzimy noc.
Leżąc spoglądamy na rozciągniętą pod nami dolinę skąpaną w blaskach popołudniowego słońca obserwując
wędrówkę ogarniającego ją cienia.
Przy świetle czołówek wspinamy się zasłaną gruzami moreną,docierając na początek lodowca Grandes Murailles.
Lawirując wśród głębokich paszczy szczelin pokonujemy lodospad i przy porannym blasku docieramy do górnej
połaci lodowca. Podchodzimy pod przełęcz Tiefmattenjoch (3565m) gdzie początek swój bierze droga zachodnią granią.
Jakiś zespół gramoli się na grań,a gdzieś w oddali pośród masy lodu małe punkciki posuwają się wolno w górę.
Nasza droga ma podążać pd.-zach flanką, która ma nas wyprowadzić na grań. Trzeba było iść na grań,trzeba było.
Płaskim tutaj lodowcem podążamy dalej omijając rozliczne szczeliny,brak śladów powoduje ,że sami obieramy drogę,
wyżej lodowiec spiętrza się stromo,omijając z prawej strefę seraków atakujemy lodowiec na wprost.
Przednie zęby raków wgryzają się w twardy lód, czekan końcem ostrza roztrzaskuje drobne lodowe odłamki, wspaniałe
wspinanie pośród błękitu lodu wyprowadza nas na łagodniejszą część lodowca.
Nad nami piętrzy się nasz szczyt, jesteśmy kompletnie sami pośród ogromu śnieżnej krainy, traci się tu poczucie odległości
wędrówka zdaje się nie mieć końca.
Z powodu braku śladów dyskutujemy nad dalszym przebiegiem drogi, postanawiamy w końcu przekroczyć szczelinę brzeżną
i niezmiernie kruchym terenem wydostajemy się na przełamanie ściany.
Czeka nas teraz długi kruchy trawers w poprzek południowej ściany. Zwątpienie ogarnia zespół, Marek trawersuje kruche płyty
by dostać się do stromego pola śnieżnego opadającego stromo wprost w paszcze szczeliny brzeżnej, robi się niebezpiecznie.
Ruszam za nim kawałek ostrożnie badając każdy chwyt.
- Jak tam jest dalej?
- Idziesz czy nie idziesz?
- Czy nie za dużo ryzykujemy może zawróćmy?
- To teraz kurwa mi to gadasz, idziesz czy nie?
- Nie!
- Ja pierdole to, po co mnie tu wysłaliście, Kurwa Mać!!!
Momentami obsuwając się nieznacznie powoli delikatnie wraca z trawersu.
Proszę Manfreda by zrzucił nam linę by bezpieczniej uciec ze ściany, asekurując się z ruchomych bloków wydostajemy się na przełączkę.
Morale siada kompletnie, trzeba było iść granią, trzeba było, no i co to zmieni?
Zakładamy zjazd i niedługo jesteśmy z powrotem na lodowcu. Południowe słońce pali niemiłosiernie, panuje kompletna cisza, każdy niepotrzebny
gest czy słowo powoduje wybuchy złości. Postanawiamy obejść stromą część lodowca by nie wpieprzyć się w seraki.
Bez żadnych widocznych śladów kluczymy wybierając jak najkorzystniejszą drogę, widzimy jakieś ślady w dole i starając się do nich dotrzeć
omijamy szereg niebezpiecznych szczelin. Co czas jakiś stajemy spoglądając na górę naszą stojącą w spokoju swego majestatu niczym
niewzruszony posąg kamienny zimny i bezwzględny.
Porażka boli, druga pierońsko boli, ale przecież jesteśmy cali zdrowi.....ale przecież znowu nam nie wyszło.
Stromy lodospad rozmiękły pod wpływem ciepła sprowadza nas na łatwy teren, rozwiązujemy się i każdy swoim tempem dochodzi do naszego
obozu.
Tego dnia żaden z trzech atakujących górę zespołów nie dotarł na szczyt.
Posiłek, pakowanie atmosfera się nieco rozlużnia , ale daleko do normalności.
I znów schodzę samotnie doliną cudną, mam już wszystkiego dość. Wielkość gór sprawia, iż nie ma tu miejsca na błędy coś, co w Tatrach da
się jeszcze naprawić tu jest raczej nieodwracalne. Nienawidzę tej góry, a jednocześnie rośnie pragnienie powrotu w tą bezwzględną krainę.
DESPERACJA
Póżnym wieczorem meldujemy się na kampingu w Aoście, zimne piwo rozlewa swój błogi smak po organiżmie.
Jutro dzień przerwy, zwiedzamy Aoste, stare zabytkowe miasto rozsiane po okolicznych wzgórzach pełnych plantacji winorośli.
Postanawiamy zmienić plany i udać się na Gran Paradiso jeden z najłatwiejszych czterotysięczników .
Zaatakujemy go na lekko bez żadnego szpeju prosto z parkingu.
Wczesnym rankiem jedziemy do Pont, punktu startowego mieszczącego się w Parku Narodowym Gran Paradiso.
Marek rezygnuje z wejścia i udaje się na wycieczkę pod Matterhorn, a ja z Manfredem i Lukasem pomykam ceprostradą
do schroniska Vittorio Emanuelle II po drodze Lukas oświadcza, że ma to gdzieś, zostawiamy go, więc i sami, co koń wyskoczy
2,5 godz. podejście pokonujemy w lekko ponad godzinę. Oprócz czekanów mamy tylko po dwa litry wody i batoniki.
Gran Paradiso to jeden z tłoczniejszych szczytów, nie zatrzymujemy się tylko gnamy wyrażną ścieżką za widocznymi w oddali, ludżmi.
Pierwsze lekkie zdziwienie dopada nas po godzinie marszu.
- Ty no nie ma lodowca, niemożliwe by tak stopniał.
- Patrz tam wyżej lezą ludzie, niemożliwe to musi być Gran Paradiso
Na płatach śniegu spotykamy jakiegoś włocha, próbujemy się go opytać, co to za góra z lewej, z prawej.
Niestety gość ni buca po angielsku nie gada, wymienia jakieś swoje nazwy.
Na pytanie o Gran Paradiso pokazuje coś na lewo i macha rękami.
- On chyba gada, że za tym wzniesieniem jest szczyt.
-Pewnie tak, idziemy
Na wysokości ok.3500m następuje konsternacja.
-, Ale syf góra leziemy i leziemy po tych gruzowiskach.
- Patrz tam, ale ludzi lezie po lodowcu
W głowach powoli kiełkuje myśl.
- Spytam się tych gości, co schodzą.
- What's name this, mountain?
- Tranceta
- What???
- Tranceta
- So where is Gran Paradiso ?
- There .- i gość spokojnie pokazuje ku lodowcowi po naszej lewej.
Siadamy na zasłanym gruzem stoku na wysokości 3500m, sto metrów od wierzchołka Trancety i spoglądamy na odległy lodowiec.
Nie wiadomo czy siąść i płakać. Ciśnienie mam takie, że mam zamiar ciskać głazami na dół.
Klnąc na wszystkie możliwe sposoby, postrzegamy nasz błąd.
- Mam dość
-Może wejdziemy na tą Trancete
- Pierdole, w dupie mam całą Trancetę
- Idę na dół może jeszcze uda się wyjść.
Niemal zbiegam na złamanie karku z powrotem do schroniska. W przypływie złości postanawiam atakować Gran Paradiso. Czyste szaleństwo
Muszę poczekać na Manfreda, nie mam zasięgu w komórce dobrze wspomnieć komuś o moich planach.0Po chwili dochodzi Manfred.
-, Która godzina
- W pół do pierwszej.
- Jakbyśmy się zebrali to koło 11 w nocy doszlibyśmy na parking
- Kurwa przez tą Trancetę zrobiliśmy 600m podejścia nie licząc zejścia z Gran Paradiso to będzie ponad 2700m podejścia.
- Chodż spróbujemy, co nam zależy, dokąd dojdziemy to dojdziemy.
- No nie wiem, to jest w p.... drogi.
- Ja idę
- Dobra idziemy.
Spod schroniska skręcamy we właściwą ścieżkę i pniemy się po morenie, dochodzimy do totalnie rozmiękłego śniegu.
Rzesze powiązanych liną ludzi mija nas po drodze, oni wszyscy wyszli ze schroniska ok.4 rano. jest 14 godz.
- I co robimy
- Chodżmy jeszcze kawałek.
Niczym koń zaprzęgnięty do pługa pre do góry w rozmiękłym śniegu, dalej, dalej, wyżej, dasz rady, oddalam się od Manfreda.
Jeszcze kawałek, słońce pali niemiłosiernie, popękanymi lodospadami płyną strumienie wody, to jakiś koszmar. Desperacko jak w amoku
kroczę krok za krokiem. Przystaje 3600 jeszcze " tylko" 700m, z naprzeciwka schodzi grupka ludzi.
- Cześć
- Cześć - o kurde Polacy.
- Ile jeszcze do szczytu, jest tam jeszcze, kto?
- Jesteśmy ostatni, do szczytu to jeszcze ze trzy godziny dobrego dymania, lodowiec rozmiękły i niebezpieczny.
Opuszczam głowę, dochodzi Manfred rozmawiamy chwilę z rodakami, poczym oni w dół a my...
- OK wracamy - szaleństwo rozsądkowi ustępuje.
- Nareszcie obiecałem sobie, że jak cię dogonię to ci dupe kijami obije.
Przez chwilę śmiejemy się, całe emocje, całe szaleństwo spływa z nas jak woda po rozmiękłym lodowcu.
Pokonaliśmy 2000m podejścia, wystarczy, ta góra nie warta jest takiego ryzyka, przecież ona w ogóle nie była w planach.
Doganiamy naszych rodaków i gawędząc schodzimy na dół. Rozstajemy się pod schroniskiem i pośród wiatrem niesionego kurzu
schodzimy na parking po drodze spotykamy idącego w stronę schronu Marka.
To koniec przygody z Alpami, koniec męki dżwigania worów, czas do domu wracać.
Mimo iż wyjazd cały w sumie zakończył się niepowodzeniem, nie, żałuję chwil spędzonych w górach. Prawda wiele rzeczy
zrobiłbym nieco inaczej, ale przecież nie ma ludzi doskonałych. Piękno natury, jakie dane mi było oglądać utkwiło głęboko
w pamięć mą do pełni szczęścia zabrakło przysłowiowej kropki, hm małej kropki nad przysłowiowym "i" ale przecież ta całą
resztę pod kropką też trzeba było zrobić. Może po prostu mieliśmy pecha, a może szczęście w nieszczęściu, nie wiem.
Wiem natomiast, że na pewno tam wrócę.
"Góry są środkiem, celem jest człowiek.
Nie chodzi o to, aby wejść na szczyt, robi się to,
aby stać się kimś lepszym."
Smolik
Ps: Rzecz dotyczy próby wejścia na Dent d'Herens (4171m) i Gran Paradiso (4061m)
Ps: Pozdrawiam przyjaciół niedoli swojej Manfreda, Marka i Łukasza.
Na przełęczy św.Bernarda

Jezioro z wgłębi widoczną zaporą

W dolinie

Zmierzch

Poranek na lodowcu

Kraina marzeń

Wycof

Na lodowcu

Nasza góra, Dent d'Herens

Alpejskie sieroty

Tragiczna pomyłka, widok na Gran Paradiso

I z pod Gran Paradiso












