Podchodzimy pięć godzin, morena, kurtyna się podnosi, w osłupieniu patrzymy. O Jezu, wyrywa mi się.
Kawa, godzina odpoczynku i idziemy pod ścianę.
Nie wystarczy mieć przy sobie, czasami trzeba zaglądnąć…
Wspinamy się na pięknym klasycznym kancie, 10 wyciągów, skała lita, czysta przyjemność. I do tego w takiej scenerii. Teatr a my aktorzy. Stoimy pod kluczowym wyciągiem. Cztery metry nad stanowiskiem, w pionowej skale hak. No… to chyba tam trzeba dalej. Ale tu gładko a droga ma wycenę 5-. Patrzę w lewo, w prawo i…nic. To chyba jednak tam. Jest przecież hak. Widzę że nie idzie mu lekko. Czy to na pewno tu? 5-? Przeszedł. Teraz ja. Jak to jest 5- to ja kurwa jestem ksiądz. 6+ jak amen w pacierzu. Przechodzę a raczej zostaję przeciągnięta. Dochodzę do partnera. Oglądamy z góry jeszcze raz to miejsce. Dyszę jak lokomotywa. Co to było za miejsce? Diabelstwo.Trudne to 5 -….
Dalej już tylko efektowna graniówka, z widokami na lewo i prawo. Jest godzina 19.00 kiedy zaczynamy zjazdy „ zjazdostradą”.
Docieram pierwsza pod ścianę i tak sobie oglądam topo. Noż kurna…droga prowadzi na prawo, za kant i to jest to 5- a my na wprost i to nie było 5- tylki jakiś wariant.
Nie wystarczy mieć przy sobie, czasami trzeba zaglądnąć…
Następnego poranka wykombinowaliśmy sobie że powspinamy się w innej części amfiteatru. Nie całą drogę, pięć wyciągów do zjazdostrady i wystarczy na dziś. Na podejściu spotykamy Roberta. Polski instruktor szkolący grupę DAV. Cenne uwagi. „Pamiętajcie o prognozie pogody. Postarajcie się do pierwszej skończyć. Przyjdzie załamanie”. A „zjazdostrada to wąska rynna. „ Kiedyś zjeżdżałem tam podczas deszczu i musiałem głową wystawiać nad potoki wody bo ta rynna podczas deszczu zamienia się w wodospad. Woda ciągnie ze sobą kamienie. Niefajne miejsce”. Pamiętamy i zaczynamy.
Jesteśmy na przedostatnim wyciągu kiedy spadają pierwsze krople deszczu. Za chwilę pierwszy błysk i grzmot. Na sąsiedniej drodze inny zespół. Nieco poniżej naszego stanowiska, dzieli nas głęboki uskok. Zaczyna się ulewa deszczu ze śniegiem. Nie chcę iść dalej, do zjazdostrady bo się boję rynny. Oni też nie chcą. Pioruny uderzają w grań nad nami. „ chodźcie do nas” wołają, „ będziemy zjeżdżać naszą drogą, jest łatwiej”. Zjeżdżamy do ich stanowiska, nad uskokiem, nieco na ukos. Daję dziewczynie kurtkę, którą mam w plecaku, wziełam zapasową. Ale i tak jesteśmy mokrzy na wylot. Ze żlebów leje się woda. Chcę ściągnąć naszą line…ale nie da się. Ciągniemy wszyscy a ona nic. Niech to szlag trafi, myślę ale szybko spluwam przez lewe ramię. Pierwszy raz mnie dorwała zaraza. I to pod samą granią.
Zostawiamy linę i zaczynamy zjazdy na linie naszych nowych znajomych. Ze 200 m zjazdu przy takiej orkiestrze. Na dole, w workach biwakowych przeczekuje burzę zespół Roberta. Później mówią – trzymaliśmy za was kciuki! Dobrze że jesteście cali i zdrowi.
W schronisku ciepło, przytulnie. Chciałoby się rozebrać z tych mokrych ciuchów i położyć do śpiwora. Ale my musimy wracać. Burza zdecydowała się zrobić to samo. „ Burza w południe lubi się wrócić” mówi Robert. Schodzimy kilka godzin na parking pod słynną skocznią w Garmisch. Nie mam czołówki ale za to jest burza…
Tydzień później Robert ściągnął naszą line i mieliśmy znowu okazję się spotkać, na kawce w Garmisch.
Taki nam się marzył podczas podejścia

Katedra

Podejścia pod ściany też nie łatwe

Ekologiczny kibelek

Hiszpański zespół skończył drogę

Ciekawe cza ktoś wypatrzy element w skale który do skały nie należy

Przepraszam za niewielką ilość i jakość zdjęć ale nie miałam czasu aby skoncentrować się na fotografowanie. Następnym razem postaram się pokazać to miejscd tak, jak na to zasłużyło.
Uszba


