Wielu pisze o górskich swych przygodach,wielu sukcesem swym podzielić się pragnie,trudno
nieraz w słowa ubrać rzeczy których świadkami się było,jeszcze trudniej pisać o niepowodzeniu
własnej słabości i prostych błędach konsekwencją czego plany nasze spełzły na niczym,no może
prawie na niczym gdyż bagaż wyniesionych doświadczeń jest nieoceniony.
" Wspinaj się jeśli chcesz,pamiętaj jednak że odwaga i siła bez ostrożności są niczym
jak również o tym,że nawet drobne zaniedbanie może zniweczyc radośc życia.
Nie rób niczego w pospiechu i od początku myśl jaki może być koniec "
Plany,marzenia ,rok czekały na realizację,nadchodzi wreszcie czas ruszać ku przygodzie.
Załadowani po brzegi wyruszamy w długą drogę ku Szwajcarskiej krainie,by po dwudziestu pięciu
godzinach zameldować się słonecznym południem na kampingu w małej spokojnej mieścince
Les Hauderes (1450m).
Po odpoczynku ruszamy wieczorem na mały spacer po wiosce,by spojżeć na cel nasz chmurami
okryty.Wspaniała smukła piramida wysyłające cztery granie prawie idealnie w cztery strony świata
skrzy się w popołudniowym słońcu.
Dolina Herens ciągnie się od Sionu przez ponad 40 kilometrów i śmiało mozna by w niej upchać
całe nasze Tatry,trzeba sie przyzwyczaić do innego rzędu wielkości czy odległości, o ile rok wcześniej
będąc w sąsiednich dolinach Saastal czy Mattertal dominował język niemiecki i jako tako można było się
porozumieć w języku angielskim tak tu obowiązuje tylko język francuski i basta.
Wstajemy rano pakujemy cały dobytek i emocjonująco stromą i krętą droga dojeżdżamy do parkingu
w Ferpecle (oczywiście darmowym ) ok.1800m.n.p.m.
Czeka nas teraz 1700m dymania z ciężkimi worami w górę doliny.Po jakimś czasie dochoddzimy do urzoczej
hali Alpe Bricola(2415m) z szałasami dla wolno pasących się owiec.
Tuż pod halą jesteśmy świadkami jak czarna owieczka trawersująca stromy stok 100 m nad nami robi jeden
fałszywy krok i zaczyna turlać się w strone przepaści odbija się od skalnego progu dzwoniąc swym dzwoneczkiem
i bezładnie upada na ścieżkę która niedawno przechodziliśmy.Zły omen?Znak od Boga? Nie mniej jednak widok
zostaje w pamięci.
Podchodzimy dalej ponad spękanym lodowcem Ferpecle,by dojść wreszcie do moreny lodowca Manzettes
spływającego z zachodnich zboczy naszej góry.Widok piramidy skalnej będącej naszym celem jest zniewalający
i naprawde trudny do opisania,ponad 950 metrowa ściana zachodnia opadająca ku nam robi niesamowite wrażenie.
Cała dolina dostępna tylko za pomocą własnych kończyn jest pełna surowych poszarpanych form skalnych,biel pomieszana
z błękitem lodowcó ,seraków,czerwone skały ,szare jęzory lodowca pomieszane z gruzem skalnym stwarzają wrażenie iż
miejsce to zapomniane przez Boga być musi,daleko od popularnych dolin zoranych wyciągami i kolejkami.
Piarżystymi zboczami szukając zanikającej w kłebowisku kamieni ścieżki pniemy sie coraz wyżej,coraz więcej odsłania
horyzont,coraz bardziej dociera do nas w jak olbrzymim i surowym świecie dane jest nam przebywać.
Dzięki postawionym co czas jakiś kopczykom wchodzimy na lodowiec,roztopione popołudniowym słońcem lodowe błoto
miejscami odkrywające swą twardą konsystencję.Wreszcie po 17 godz. docieramy do stóp skalnej grani gdzie jest wcisnięte
małe schroisko Cabane Roussier(3507m.) poniżej którego na twardej powierzchni równego tu lodowca rozbijamy nasze domki.
Manfred wykuwa w lodowcu małą studzienkę która będzie nas zaopatrywać w wodę.
Pijąc ciepłą herbatę patrzymy na wspaniały zachód słońca na potężnej zachodniej ścianie Dent d'Herens.
Zimny ranek na lodowcu ,pakowanie ,małe conieco,niepotrzebne rzeczy składamy pod kamieniami i w ciemnościach nocy
rozpoczynamy naszą wspinaczkę.
Skalna eksponowana grań i strome twarde pole śnieżne wyprowadza nas na przełęcz Wandfluelucke(3703m) skąd juz przy
blaskach poranka oglądamy piękną panorame miedzy innymi na bliski Matterhorn.Ogromny lodowy świat po horyzont,niezliczona masa górskich
szczytów,błyszczące w słońcu lodowce,inny świat,piękny świat.
Dalej łatwą granią i zlodowaciałym trawersem podchodzimy pod masywną turnie Grand Gendarme,jest piękny letni dzień.
Pora sie powiązać liną. Wspinamy się teraz wycenionym na III kuluarem obchodzącym żandarma i wydostajemy się na przełączkę
za nim.
Spiętrzona stroma grań dostarcza emocji,idziemy dość wolno,długo bawimy się by zachowac zasady jekiejś przyzwoitej asekuracji.
Ekspozycja momentami jest ogromna.Podziwiamy miejscowych przewodników którzy z niebywałą wręcz zręcznością pokonuja kolejne
fragmenty grani,w porównaniu do nich wleczemy się jak muchy w smole.
Najdłużej schodzi nam fragment omijający spiętrzenia grani. Będąc na dole widzieliśmy malutekie kropeczki ludzi trawersujących
ogromne zachodnie zbocze,którzy strącili lawine kamienną,która z wielkim grzmotem poroczyła się w dół.
Teraz my jesteśmy w tym kruchym miejscu,robi wrażenie.
Stajemy wreszcie przed płytowym trawersem przed nami jeszcze dwie tutnie i wąska śnieżna grań.
Nie mamy żadnych kości do asekuracji ,a tu by sie przydały.
Stop dochodze do pewnego miejca i poprostu mam stracha iść dalej,każdy fałszywy ruch może spowodować.....
"Czarna owieczka bezładnie opada ku urwiskom becząc w przerażeniu i dzwoniąc swym małym dzwoneczkiem"
Siada mi psycha poddaje się ,daję ciała,wymiękam, po prostu mam cykora.
Jesteśmy na wysokości ok.4200 m. do szczytu brakuje "tylko" i aż ok 150m. zaczynam myślec o zapowiadanych burzach,o długim zejściu.
Jest godz.13.30 zaczynamy schodzić.
Zakładanie zjazdów,zjazdy zajmuje to czterem ludziom sporo czasu.
Ok.17.00 jestesmy przy naszych ukrytych bambetlach,jedzenie picie pakowanie i w dół.
Nikt sie prawie nie odzywa.
Szczyt znika w ołowianych chmurach,może mieliśmy rację.
Schodzę w samotności bijąc się z własnymi myślami,karcąc się za brak odwagi na tych parudziesięciu metrach, potworny żal za straconą szansą.
Można by było zostac spróbowac jeszcze raz jutro... nie koniec nie wróce tam teraz ale kiedys napewno.
Po ciemku ok 22.00 docieramy wyczerpani do parkingu.Jestesmy na nogach od 4 rano zeszliśmy ponad 2600 m . Nie rozbijamy namiotu.
Jedni śpia w samochodzie inni na polu,jest sucha ciepła noc.
Zamykam oczy,płytowy trawers,przeciez to jest w moim zasięgu te paredzieśiąt metrów pierdolonych płyt i wyszlibyśmy na szczyt,czemu
brakło odwagi,dlaczego....
" Czarna owieczka podnosi swój łeb,becząc w przerażeniu,próbuje wstawać,połamane kończyny ,strzaskane wnętrzności,mały alpejski dzwoneczek jak kapliczne
dzwony obwieszcza kres życia,to tylko jeden fałszywy krok"
... to tylko paredziesiąt kroków po pieprzonych płytach.
Smolik
Ps: Rzecz dotyczy Dent Blanche 4357m. drogą przez południowa grań.
Hala Alpe Bricola i lodowiec Ferpecle

Na morenie

Ostatnie podejście

Koniec dnia

Poranne podejście

Wspinaczka




Wycof





















