Mieszkamy w Therince , jak zwykle jest tyle miło , co niewygodnie
Ale do rzeczy - pierwszy dzień - Lodowy , w planie wejście przez Konia , a zejście Sobkową Granią i Kopą do Lodowej Przełęczy. Pogoda ma być na 100% pewna , nie spieszymy się , ale , że zawsze mnie gdzieś pędzi , więc na szczycie jestem pierwszy , po chwili dołącza Grzegorz , zdążam jeszcze zrobić ze szczytu fotkę Basi jeżdżącej wierzchem , która podąża niedaleko za nami.
Widok ze szczytu jest wspaniały
Widok na szczycie też mu nie ustępuje
Nie możemy się doczekać na resztę , która chyba ma jakąś konferencję po drodze , w końcu widać ich już pod wierzchołkiem

Na szczycie - Nasza grupa


....... i piszący tę relację

Co prawda charakterystyczne ciepłe prądy powietrza każą wątpić w "pewność" pogody , ale sądzimy , że mamy jeszcze troszkę czasu , zaczynamy zejście , ale po przejsciu ok. 100m Sobkowej grani rozlega się pierwszy grzmot. Jak niepyszni wracamy na szczyt , by zejść najkrótszą , tzn. wejściową drogą. W międzyczasie burza rozszalała się na dobre , wali grad , w końcu do czegoś przydaje się kask , pozbawieni tego wynalazku otrzymują bolesny masaż głowy. Dobiegamy do Konia w potokach gradu , wody , pioruny walą dookoła , dwa w odległości kilkudziesięciu metrów. Biorę końcówkę liny , przebiegam na drugą stronę i zakładam swe pierwsze w życiu stanowisko asekuracyjne za pomocą wystającej skały i żaglarskiego węzła popartego na wszelki wypadek solidnym supłem. Potem w dół , na stromym zboczu wszystko spływa , upadam na kijek , łamiąc go , ale za to ratując się przed jeszcze szybszym zejściem
Dolina zmienia się , jak za dotknięciem różdżki :

Następnego dnia większość towarzystwa ma chlupiące buty i generalnie wszystko mokre , więc postanawia przeznaczyć dzień na suszenie , tym bardziej ,że zapowiadana jest deszczowa pogoda , ja jednak , jako ,ze jestem tak krótko , postanawiam wejść sobie na Baranie Rogi. Najwyżej będę chodził w mokrym. Po chwili wahania przyłącza się do mnie jeszcze trójka "kuracjuszy". Cały czas panuje mgła , z powodu której notabene trochę plączemy drogę , ale nie pada. W czasie przejaśnień robię kilka zdjęć:
Moi towarzysze:

Czarny widziany w jakiejś szcelinie w grani:

I Uszba , która we mgle "usłyszała" niedźwiedzia i złapała ,co miała pod ręką do obrony:

Wycieczka nie trwa długo , po powrocie plączę się po dolinie z aparatem , robię trochę zdjęć , oto trzy z nich:



Trzeciego dnia w planie Juhaska Turnia , droga jest uciążliwa stromymi , osypującymi się żlebami , na szczęście wspinaczka skalnymi ścianami żlebów nie przedstawia większych trudności. Oio nasza grupa na popasie:

Po wydostaniu się na nieco szersze miejsce okazuje się ,ze dotarliśmy "nieco" gdzie indziej , niz chcieliśmy. Atakujemy więc , co jest w poblizu: Kocie turniczki i Spiski Szczyt. Oto ładny widok na Pośrednią Grań z tego ostatniego:

Wracamy do rozwidlenia żlebów i szturmujemy kolejny , nieco bardziej stromy i nieco bardziej osuwisty od poprzedniego. Pilnujemy , by sobie nie zrobić krzywdy lecącymi gęsto złomami . Ja tradycyjnie po skałach górą , przynajmniej nerwów nie muszę napinać. I własnie na skale , 3 metry przed wylotem zlebu na ostatnie maleńkie plateau , na wysokości ok. 1460m znajduję ten śliczny kwiatek:

Przed wierzchołkiem czas wyjąć aparat

Jeszcze portret Bożeny:

i mój :

Wracam sam , spieszę się , bo do wieczora muszę się spakować , zajść do Smokowca i dojechać do domu. O dziwo , choć niby uważałem , wracam całkiem inną drogą , niż wchodziliśmy , okazuje się być jakaś dziwnie trudna , ale chyba szybsza. W drodze do Therinki mijam stado ok. 29-32 kozic , przechodzę przez środek stada , zwierzęta się nie boją , powiem więcej , okazują zainteresowanie:






