Wczoraj na letnim festynie , prowadzący bardzo zapraszał do Jaworek na tegoroczny Redyk, który miał się odbyć na nowo wybudowanej scenie.
Atrakcji miało być, że ho, ho…
Hm… trzeba przeczekać, na pewno się rozjaśni.
No i faktycznie, koło południa zaczęło się nieśmiało pokazywać słońce.
Super, zbieramy się po wcześniejszym obiedzie do Szczawnicy, gdzie wyciągiem wjeżdżamy na Palenicę i moim najbardziej ulubionym szlakiem - granią Małych Pienin idziemy do Jaworek.
Przecież nie będziemy jechać autem… pogoda się pięknie klaruje…








Niestety część szlaku ( w lesie) była tragicznie błotnista i upapraliśmy się nieco.
Nie będę tu opisywała w szczegółach przygody mojego małżonka, który – przy tych rozmokłych szlakach , poszedł obejrzeć widoki z Łażnych Skał
W zbiorniku wody koło bacówki trzeba się było doprowadzić do jakiego takiego stanu
Schodziliśmy do Jaworek szlakiem spod Durbaszki, który okazał się bardzo ładny.








Było już około 18 godz. więc część zapowiadanych atrakcji nam umknęła, ale nie szkodzi..
Ludzi dużo, sporo już po piwkach.
Niespecjalnie lubię tego rodzaju imprezy – godzina mi wystarczy.
Obejrzeliśmy występy taneczne, potem śpiewał (ładnie) Mateusz Ziółko, miał być jeszcze Kryszak, pokazy teatru ognia, no i zabawa do białego rana.

Busy kursowały „do bólu” – jak nam powiedział kierowca, ale dowoziły tylko do Szczawnicy…a dalej pewnie trzeba by było do Krościenka pieszo po nocy…
Zdecydowaliśmy o godz. 20 wracać.
Wyjeżdżając z domu zakładaliśmy powrót w niedzielę, ale szkoda nam było oczywiście, bo pogoda miała być piękna - i przedłużyliśmy pobyt w Pieninach o trzy dni.
W poniedziałek wycieczka na Przechybę zielonym szlakiem ze Szczawnicy, a powrót przez Dzwonkówke czerwonym do Krościenka.
Długi, mało widokowy, gdyż większość trasy prowadzi przez las, ale przyjemny, bo pusty - szliśmy sami aż do Przechyby.
Swój urok miał i nazwałam go szlakiem jagodowym.
Tyle jagód to jeszcze w życiu nie widziałam, granatowo na krzakach, a w dodatku rosły przy ścieżce na niewielkiej skarpie i nawet nie trzeba było się schylać, żeby je zbierać.
Ogromne i słodkie.
Najedliśmy się do oporu i tempie ekspresowym nazbieraliśmy litr do opróżnionych butelek po napojach.
Na drugi dzień były pyszne kluchy z jagodami i śmietanką na obiad.



Po dojściu do schroniska - piweczko się należało, więc sobie fundnęliśmy i z tarasu można było popatrzeć na – przymgloną co nieco – panoramę.
Powrót przez Dzwonkówkę dosyć długi i też przeważnie przez las.




Wzruszający element patriotyczny.

Pięknie położone domostwo, latem cudownie - ale zastanawiałam się, jak tu się żyje zimą..
Pogadaliśmy dość chwilę ze starszym spracowanym mieszkańcem tego domu i przyznał, że niełatwo……
Po wysłuchaniu jego opowieści potwierdza się, że górale – to twardzi ludzie.
Dla wypiecuszonych "miastowych" - przeżycie w takich warunkach zimy przekracza granice wyobrażni…




We wtorek – wycieczka na Radziejową.
Dojechaliśmy samochodem na parking przed Rezerwatem Biała Woda, na terenie którego znajduje się urokliwa stara kapliczka.
Byliśmy pierwsi i jej otoczenia nie psuły samochody zaparkowane wokół.


Znajoma droga przez Rezerwat Białej Wody…



W maju pogadaliśmy sobie z jednym tubylcem, który doradził nam trochę inną drogę na Przełęcz Rozdziele, z której pięknie widać Brysztańskie Skały.
Postanowiliśmy skorzystać z tej rady i faktycznie – wiedział, co mówi.
Przywitały nas czujne psy, pilnujące stada owiec, wśród których rzucał się w oczy cap z oryginalnymi – niczym antylopa rogami.


Oczywiście porozmawialiśmy dość długo z pasterzem, który pilnował stada i trochę na temat tej okolicy nam poopowiadał.
Widoki ze szlaku wspaniałe.



Dotarliśmy wydeptaną ścieżką na Przełęcz Rozdziele, potem przez Przełęcz Obidza, Rogacze na szczyt Radziejowej.
Z wyższych partii Rozdzieli pokazały się przymglone Tatry.



I znów ten piękny , ogromny oset… stojący przy ścieżce jak drzewo…



Na horyzoncie - Radziejowa.

Jeszcze tylko cztery pięterka na wieżę widokową i można podziwiać cudowną panoramę na wszystkie strony - 360 stopni.
Trochę chmur się utworzyło i widoczność nie była najlepsza, ale nic to – jeszcze tu przyjdziemy jesienią, bo szlak przepiękny widokowo.




To był szlak malinowy, całe ich mnóstwo - rosnące przy samej drodze kusiły i nie pozwoliły spokojnie iść, dopiero po skonsumowaniu sporej ilości można było nie zwracać na nie uwagi.
Czerwony - wyprowadził nas przy wejściu do Rezerwatu Białej Wody, który z tej strony, z góry wyglądał ciekawie.


No i trzeba było przejść koło tej bazaltowej skałki.

Na parkingu rano, byliśmy pierwsi, a teraz ostatni i nawet nas takie szczęście spotkało, że parkingowy wziął od nas tylko połowę tego, co się według cennika należało…
Wstąpiliśmy po drodze do dawnej cerkiewki, w której obecnie jest kościół katolicki, zachęceni podczas naszego ostatniego pobytu w maju przez naszego gospodarza, który polecił obejrzeć zachowany i obecnie odnowiony ikonostas.
Kościół jest odnawiany i był otwarty, ponieważ panie konserwatorki jeszcze pracowały.
Widok odnowionej części szokuje swoim pięknem.
Na zdjęciu, w wieczornym świetle ramy ikon wydają sie srebrne - w rzeczywistości bajecznie lśnią złotym kolorem.



Stałam jak zahipnotyzowana, a panie, które w międzyczasie skończyły swoją pracę cierpliwie, bez jednego słowa czekały na zewnątrz.
Nie wiedziałam o tym i dość długo nie mogłam się zdecydować na opuszczenie tego miejsca…
Wykazały wielką kulturę, bo mogły mnie przecież wyprosić - z pewnością były zmęczone.
Na tej wycieczce oczy miały królewską ucztę.
W środę trzeba wreszcie wracać do domu, a tu dalej szkoda.
Trzeba jeszcze gdzieś blisko wyruszyć i pożegnać cudne Pieniny.
Jak blisko – to może na Sokolicę.
No, ale wymyśliłam
Na szlaku od strony Krościenka – jako tako, ale na szczycie nie było gdzie nogi postawić..
Ło Boże….
Chciałam natychmiast stamtąd wracać, ale po kilku minutach zrobiło się trochę lużniej, można było coś zobaczyć i kilka zdjęć pstryknąć.




Zeszliśmy do Szczawnicy na przeprawę promem na drugą stronę Dunajca.
Widoki takie, że niewiele brakowało do podjęcia decyzji o kolejnym przedłużeniu terminu wyjazdu.







Musiałam sobie ostro przemówić do rozsądku, że choćbym jeszcze kilka dni została, to i tak będzie mi żal ….
No…przecież wrzesień niedaleko i Tatry w sierpniu mamy w planie…
Ala





