Wstaliśmy dosyć późno, jak się na końcu okazało na styk. Tego samego dnia o 17:50 miałem autobus do Krakowa na który musiałem zdążyć. Czasu więc było niewiele. Przeklarowaliśmy sprzęt, liny zjedliśmy śniadanie i powoli powłóczyliśmy się w kierunku pojezierza.
Musieliśmy tachać znów wszystkie bety, do schroniska już nie wracaliśmy.
Szliśmy spokojnie, co jakiś czas zatrzymując się na łyk wody i spojrzenie dookoła, szczególnie na filar Świnicy, który chcieliśmy zrobić, ale jak zwykle nie starczyło czasu.

Dotarliśmy na przełęcz Karb i zaczęliśmy szukać miejsca na to co mieliśmy na plecach a co nie było potrzebne do wspinaczki. Szybko je znaleźliśmy, po czym nieco odciążeni, klucząc pomiędzy kamolami ruszyliśmy na Mylną przełęcz.
Na przełęczy uderzył nas wiatr, więc bardzo szybko się ubraliśmy. Niedługo potem stałem już wpięty do stanowiska a Horo wkładał na siebie potrzebny szpej.
Ruszyliśmy. Początek pierwszego wyciągu to emocjonujący trawers w dużej ekspozycji.


Wspinaczka szła sprawnie i przyjemnie, drogę co jakiś czas znaczą napotkane spity. Dotarliśmy na Zadni Kościelec gdzie chwila przerwy i pstryknięcie kilku zdjęć:


Za nami dostrzegliśmy inny wspinający się zespół:



Po drodze na którymś z kolejnych wyciągów mieliśmy jeszcze problem z kością, którą osadziłem tak mocno że Horo musiał wyczyniać gimnastyczne cuda żeby ją wyciągnąć
Na Kościelcową przełęcz praktycznie wbiegliśmy. No i ostatni wyciąg, który z całej drogi podobał mi się najbardziej (oprócz pierwszego).

Po niedługim czasie byliśmy już na Kościelcu właściwym. Niestety ja nie mogłem pozwolić sobie na dłuższy popas, w związku z czym zjedliśmy jeszcze wspólnie czekoladę, pogadliśmy chwilę i musieliśmy się pożegnać, mnie spieszyło się na autobus, Horo miał czas, zostawał w górach jeszcze 2 dni... .
Z Kościelca na Karb zszedłem ( z zegarkiem w ręku) w 13 minut co jest moim osobistym rekordem. Wziąłem pozostawione rzeczy i pognałem do Murowańca i potem prosto do Kuźnic i na autobus. Zdążyłem. Prawie na styk.
W tym miejscu chciałbym podziękować partnerowi za wspólną wspinaczkę i za świetne zdjęcia J
A jeśli chodzi o moje osobiste przemyślenia to jednak pierwsza droga, podobała mi się zdecydowanie bardziej. Ale i tak wspinanie w granicie jest o niebo lepsze niż jurajski obślizgły i niezbyt wysoki wapień.


