Wyjazd w Pieniny był zaplanowany we wrześniu....ale gdzie tam jeszcze wrzesień
No cóż, jeśli chodzi o te sprawy...... to żadnej konsekwencji.
Plany planami, a tu przychodzi moment, mus i trzeba jechać - nie ma na to siły.
Z pełną świadomością, że wakacje, kurorty pełne urlopowiczów.....
Ale my przecież nie do kurortów, tylko w góry
Tam - przynajmniej na niektórych szlakach - będzie trochę luzu.
Na pewno.
Wróciliśmy z wczasów na hacjendzie u syna we wtorek o 24 godz., a w środę o piątej rano pobudka i na jedenastą byłam spakowana i gotowa do wyjazdu
Ponieważ u naszych poprzednich gospodarzy nie było wolnych pokoi, łańcuszkiem dobrej woli sąsiedzkiej, znalazła się dla nas kwatera u starszych państwa, bardzo sympatycznych, pogodnych ludzi.
Czułam się u nich jak na wsi z dawnych lat - psy, koty, króliki, kury, krówka, no i wiadomo - pyszne świeżutkie mleko, jajka, serki, masło, a kwaśne mleko, bez ograniczeń,
Może i nie było wielkich wygód, bez telewizora i radia, ale mnie to bardzo odpowiadało.
Cywilizacja za pomocą telefonu komórkowego - i wystarczy.
Spokój, widok z okna na góry, na ryneczek do Krościenka dwudziestominutowy spacer wzdłuż Dunajca.
Pieski, po pierwszym obszczekaniu, witały nas radośnie po powrocie z gór, a i gospodarzom musieliśmy opowiedzieć wrażenia z każdej wycieczki i dopiero można się było oddać błogiemu odpoczynkowi.


W dniu przyjazdu tylko spacer póżnym popołudniem po zatłoczonej Szczawnicy.
Zajrzałam do pensjonatu Pokusa, którego właścicielką jest nasza gażdzinka z Zakopanego.
Super, ale ceny tam też super.

Nieopodal kościół z ciekawymi, w góralskim stylu wykonanymi stacjami drogi krzyżowej.

Pierwsze, co chciałam w Pieninach zobaczyć, to ich dumę - Niepylaka Apollo, i to był zasadniczy powód tego wyjazdu.
Ponieważ można go spotkać w Wąwozie Homole, zaraz na drugi dzień tam skierowaliśmy nasze kroki.
Wąwóz urokliwy, ale ludzi dużo, a polowanie na ten rzadki okaz motyla - nie takie proste.
Mieliśmy i tak sporo szczęścia, bo zaraz na początku wąwozu zobaczyliśmy kilka latających w wyższych partiach szlaku.

Są piękne, duże, ale nie udało mi się złapać w obiektyw żadnego z rozłożonymi skrzydłami, mimo, że dość wysoko się za nimi poskrobałam i to tam, gdzie chyba nie należało
Udało mi się zrobić tylko takie ujęcie, ale nic to - co widziałam to moje, warto było....

Ciekawa budowa skały, pod którą też miały swoje tereny te wspaniałe motyle i można było zobaczyć jak żeglowały wśród kolorowej roślinności, albo nad rumowiskiem kamiennym pod skałą.
Co dziwne, nikt poza nami nie zwracał na nie najmniejszej uwagi.


Z wąwozu cała turystyczna brać skierowała się na Wysoką lub grań Małych Pienin, a my w stronę przeciwną - na Przełęcz Rozdziele, puściutkim szlakiem z cudownymi widokami.
Upał był niesamowity, ale i ożywczego wiatru nie zabrakło, więc wędrówka nie była uciążliwa.








Szlak w bajecznych łąkach, z mnóstwem fruwających kolorowych motyli.
Zakwitły trawy i one nadawały łąkom specyficzną różowawą barwę.

Mrowisko "Pod Czerwonym Koralem"




Powrót przez Rezerwat Białej Wody, gdzie trochę spacerowiczów napawało się urodą tego zakątka.






Szkoda, że nie prawdziwy....

Na zakończenie wycieczki pyszny świeżutki pstrąg w restauracji Bacówka w Jaworkach i pierwszy dzień minął zgodnie z moimi marzeniami - udało się zobaczyć "na żywo” Króla Pienin " ..... i to nie jednego

Na kolejny dzień przewidziana była wycieczka na Lubań, z wejściem od strony Przełęczy Snozka i powrotem czerwonym szlakiem do Krościenka.
Bardzo widokowa trasa, choć długa i przy upalnej pogodzie trochę męcząca, ale tak jak w poprzednim dniu - trochę wiatru dawało ulgę w palącym słońcu.
Trzeba przejść przez stary most z urokliwymi widokami na obie strony Krościenka..



Widok Tatr z Przełęczy Snozka przyprawia mnie o lekki zawrót głowy, ale ten sam widok z wyższych partii - z góry Żdżar no i z Lubania - po prostu zwala z nóg.
Żeby była pełnia szczęścia - pusto na szlaku.





To nie fatamorgana....na Przełęczy Drzyślawa strusia ferma.







Szczytowe połacie porośnięte kwitnącą wierzbówką kiprzycą, co przy tej pogodzie wraz z innymi kolorowymi roślinami - dawało bajkowe efekty wizualne.

Pozostałości spalonego schroniska, z pamiątkową tablicą.



Pod szczytem Lubania, na różowej od wierzbówki polanie - obozowisko.

Dość długo posiedzieliśmy , zachwycając się cudowną panoramą - z Tatrami i zalewem czorsztyńskim w tle..
Kilka osób dotarło od strony Ochotnicy, ale tłoku nie było i w spokoju nacieszyliśmy oczy tymi wspaniałościami.

W drodze powrotnej też kilka osób nas minęło, ale można ich było policzyć na palcach jednej ręki.
Spokój, cisza, cudna pogoda, bajeczne widoki .... można odpłynąć....





Odpoczynek na polanie - nie tyle z konieczności, co dla wspaniałych widoków.
Co to za dziwny "kwiat" ???





Stamtąd wracamy...



Wreszcie ukazało się Krościenko pięknie oświetlone promieniami zachodzącego słońca.

Wycieczka - cudo, byłam zachwycona.
Dzień trzeci – pogoda wysoce niepewna, w nocy lało, rano trochę padało ale miałam nadzieję, że się wyklaruje na plus.
Na wszelki wypadek wybraliśmy trasę niezbyt długą - z Krościenka przez Dzwonkówkę, Bereśnik, Bryjarkę - do Szczawnicy, i spowrotem spacerkiem do Krościenka.

W lesie, przy szlaku - dość oryginalna kapliczka.

Niestety, widoczność zamiast się poprawić jeszcze się pogorszyła, w końcu zaczęło siąpić a nawet jeden raz burknęło.. No trudno, uszliśmy już dość daleko, nie będziemy wracać, mamy peleryny, jakoś dojdziemy do schroniska na Bereśniku.



No…takiego szczęścia już dzisiaj się nie spodziewałam.....gdy doczłapaliśmy po rozmokłych szlakach do schroniska, zaczęło się pięknie przejaśniać. Zadowoleni, usiedliśmy przy piwku na tarasie, gdzie można było oglądać wspaniałe widowisko szybko zmieniających się kombinacji chmur, podświetlonych promieniami słonecznymi, z coraz większymi połaciami błękitu ......super.


Z tej radości zamiast na właściwy szlak, poszliśmy szeroką, wygodną drogą i znaleźliśmy się prawie na Placu Dietla w Szczawnicy.
Gapiostwo kosztuje
Warto było, bo panorama stamtąd przednia, ale na wejściu humor popsuła mi kupa śmieci witająca smutno na szczycie
Wstyd.... - ale czy ci, którzy tam zostawili te puszki, butelki , kartony po sokach i papiery - wiedzą co to jest WSTYD ???....
Niestety nie wiedzą .


A w Szczawnicy pod Palenicą - letni festyn, śpiewy i tańcowanie..

Powrót bulwarem nad Grajcarkiem już przy błękitnym niebie.

Promyk zachodzącego słońca - niczym tęcza, ozdobił zbocze nad Dunajcem.

Nieciekawie zapowiadający się dzień, okazał się całkiem udany.
Wróciliśmy na kwaterę około 21 godz.
Jak się trochę pozbieram, to napiszę jeszcze kilka słów o wycieczkach w następnych dniach.
Też były piękne.
Ala





