A w Beskidzie...

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

A w Beskidzie...

Post autor: ruda »

Przez pewien czas zastanawiałam się dość mocno, jak zatytułować relację. Chodziło mi po głowie, coś w stylu „Jak się zgubić na prostej drodze.”, „Jak pomylić Krynicę z Muszyną”, „Zagubiona w Beskidzie” itp. Koniec końców postanowiłam nadać ten z lekka enigmatyczny tytuł, po pierwsze, żeby zachęcić do przeczytania, po drugie, żeby się na wstępie nie ośmieszyć. Bo powiem szczerze, mój kolejny wyjazd w Beskid Niski obfitował w różnego rodzaju ciekawe wyczyny, jakich udało mi się dokonać. A to wszystko dlatego, że nie miałam kompasu. No czyjaś wina musi być, bo na pewno nie moja :D
A zaczęło się tak:
18 lipiec 2009 Zakopać się w okopach…
W Beskid Niski wybrałam się z rodzicami. Powoli staje się to naszą tradycją, że spędzam z nimi gdzieś na wyjeździe przynajmniej tydzień wakacji. W ciągu roku akademickiego widujemy się czasami raz na 4 miesiące, więc takie wspólne wakacje dobrze nam robią.
Ponieważ moi rodzice wyjeżdżali ze mną w Beskid, półtora dnia po powrocie z objazdowej wycieczki po Francji, byli z lekka niepozbierani i ciężko nam było wcześnie wyjechać z Kielc do Tylicza. Ale koniec końców nam się to udało i po 11 byliśmy na trasie. Na dworze 30stopniowy upał, w samochodzie klima, więc dało się przeżyć. Na miejsce dotarliśmy bez zbędnych przygód po 14. Wyszłam z założenia, że nie można marnować ani minuty z naszego pobytu w Beskidzie Niskim, dlatego zarządziłam spacer do Okopów Konfederatów Barskich, położonych za Muszynką. Rodzice się zgodzili, chociaż pewnie drugi raz by się tam ze mną nie wybrali :D No cóż wybrałam opcję z wędrówką asfaltem z Tylicza do Muszynki. Później kawałek za cerkwią, po prawej stronie ukazuję się mało czytelny znak kierujący ku Okopom. Obok równie mało czytelna tablica informacyjna, z której z trudem można było cokolwiek odczytać.
Obrazek
Generalnie moja mama od początku wyjazdu postanowiła robić za trudną uczestniczkę i umilała mi życie narzekaniem, że ich ciągam niewiadomo gdzie i niewiadomo po co. Narzekania się pogorszyły, gdy dotarliśmy do okopów. No ok..ja wiedziałam jak to wygląda w rzeczywistości…moi rodzice byli lekko (choć może łagodnie to ujęłam) zawiedzeni tym, że naprawdę niewiele tam widać. No ale zawsze mogą się pochwalić, że tam byli ;)
Obrazek
okopy w swej "całej" okazałości... :P

Pod wieczór wróciliśmy na kwaterę, lekko zaniepokojeni, bo pogoda się zmieniała..nad Tylicz nadciągały chmury….

19 lipiec 2009 Czasem deszcz, czasem słońce
Poranek obudził nas deszczem i szczekaniem mojego psa, który akurat o 7 rano wymyślił sobie spacer. Z pewnością gdyby Ważka nie była głucha i ślepa i wiedziała, że leje, to spacer byłby ostatnią rzeczą o jakiej by wtedy myślała.
Ponieważ pogoda nie zachęcała do wyjścia w góry, wymyśliłam spacer po Krynicy i do Słotwin, gdzie znajduje się malowniczo położona cerkiewka, w stylu uzdrowiskowym.
Obrazek
Fakt faktem dziwi trochę to, że u stóp stoku narciarskiego znajduje się cmentarz, no ale najwyraźniej narciarzom udaje się w niego nie trafić podczas hamowania.
W nadal siąpiącym deszczu powróciliśmy do centrum Krynicy. Dalszy krótki spacer, i z powrotem do Tylicza. Ku naszemu zdziwieniu zaczęło się przejaśniać, mimo że nic na to nie wskazywało. Już zacierałam ręce z zadowolenia, bo powoli zaczynało mnie nosić. Chciałam iść gdzieś pod górę…gdziekolwiek ;)
Najpierw udaliśmy się fragmentem czarnego szlaku z Tylicza do Huzarów, żeby popatrzeń na Tylicz z trochę innej strony. Naszym standardowym spacerem, był spacer na Łana, który znajduje się niemal za naszą kwaterą. Teraz trzeba było pójść gdzieś indziej ;)
Chwila podejścia po mokrej łące i okazało się, że po deszczu widoki zrobiły się naprawdę rewelacyjne:
Obrazek

Kościół w Tylicz i majaczący w oddali Busov:
Obrazek

Jednak czym byłby pobyt w Tyliczu bez wejścia na Łana?? Dlatego też na wieczorny spacer z psem podreptaliśmy na Łana. W zeszłym roku jego szczyt był po prostu dziką łąką z trawami mającymi powyżej metra wysokości, a teraz stał się zielony łąkowo-łanowy ;)
Obrazek

Obrazek
Tak minęła niedziela, dzień drugi.

20 lipiec 2009 Czyli jak ruda pomyliła Muszynę z Krynicą i jak z tego wybrnęła…
Dzień zapowiadał się naprawdę rewelacyjnie. Piękne słońce, niebieskie niebo, rześkie powietrze – cud, miód i wanilia… Ponieważ widoczność była naprawdę dobra, postanowiłam zabrać rodzicieli na Wierchomlę, skąd jak powszechnie wiadomo, widoki są zacne. Z Tylicza przez Powroźnik i Muszynę udaliśmy się do Wierchomli Małej, gdzie obok stacji kolejki krzesełkowej zostawiliśmy samochód, i czarnym szlakiem ruszyliśmy w stronę bacówki na Wierchomli. Podczas podchodzenia zrobiło się dość upalnie, ale za to gdy wyszliśmy z lasu na polanę obok bacówki, widoki nas zauroczyły. No i oczywiście widać było Tatry. Fakt faktem, m.in. Sławkowski był w chmurach ale to nie przeszkadzało w ogólnym odbiorze ;)
Obrazek
Pod bacówką panował całkiem spory ruch. W szczególności zaintrygował mnie pewien jegomość, który chcąc chyba zaimponować wybrance swego serca, usilnie chciał udowodnić, że Hawrań to Rysy. Czy udało mi się przekonać swą drugą połówkę, tego nie wiem, bo zebraliśmy się sprzed bacówki i spacerem udaliśmy się niebieskim szlakiem w stronę kapliczki znajdującej się u stóp Jaworzynki.
Obrazek
Nie wiem dlaczego, ale uparcie twierdziłam, że jest to kapliczka Matki Boskiej…jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że Matka Boska ma wąsy i brodę, i tak naprawdę jest Jezusem.
Obrazek
To był dopiero początek mej pomyłkowej passy tego dnia…
Dalszy plan naszej wycieczki był taki: ja z Wierchomli idę na Jaworzynę Krynicką, gdzie moi rodzice dojeżdżają kolejką gondolową. Później razem schodzimy do Krynicy. Wcześniej jednak wracając w stronę bacówki, zostaliśmy zaatakowani przez stado owiec..no cóż, trzeba było zwierzakom ustąpić drogi.
Obrazek
Po tym jak już minęliśmy się ze zwierzakami, wpakowałam rodziców na wyciąg krzesełkowy, a sama ruszyłam na Runek. Podobno gość, który wsadzała na wyciąg moich rodziców zdziwił się, że idę z Wierchomli na Jaworzynę, bo to przecież „Tak strasznie daleeeeeeeeeeeko”. W godzinę udało mi się bez zbędnego problemu dotrzeć na szczyt Jaworzyny, gdzie drugą godzinę czekałam na moich rodziców, którzy w drodze z Wierchomli do Krynicy zatrzymali się w Tyliczu, żeby wyprowadzić psa. Leżąc na ławce obok szczytu i wygrzewając się w słońcu, nasłuchałam się dość ciekawych rozmów na temat tego, co widać na horyzoncie – mam na myśli oczywiście Tatry. Tym razem mistrzem był gość, który z uporem maniaka chciał wśród Tatr znaleźć Babią Górę. Nie wytrzymałam i wyjaśniłam panu, że Babia to leży w troszkę innym paśmie górskim i bynajmniej nie obok Giewontu ;)
Kiedy w końcu rodzice dotarli, prawie kolejną godzinę znów kontemplowałam widoki. Po upływie tego czasu postanowiliśmy się zbierać na dół. Zakodowałam sobie, że mamy schodzić zielonym szlakiem i tymże zielonym szlakiem się udaliśmy. Z mapą w jednej ręce i telefonem w drugiej (zadzwoniła współlokatorka obgadać ważne sprawy związane z mieszkaniem), zaczęłam schodzić w dół, a rodzice za mną. Byłam tak zajęta rozmową, że nie zdziwił mnie fakt, że jakoś tak schodzimy w dziwną stronę, że widoków nie ma i obok nas ciągnie się dość głęboki jar. Kiedy skończyłam już gadać przez telefon na swoje szczęście lub nieszczęście spojrzałam na mapę. Doznałam olśnienia…choć może ciężko nazwać olśnieniem fakt, iż okryłam, że zamiast do Krynicy zaczęliśmy schodzić do Muszyny. Kiedy rodzice usłyszeli jaką mam dla nich nowinę, chcieli mnie zabić.
Cóż w sumie nie mogę się im dziwić. Na szczęście w miarę ogarnęłam mapę i zorientowałam się, gdzie mniej więcej możemy się znajdować. Zrzuciwszy plecak, pognałam w górę czegoś na kształt nartostrady – wznosiła się łagodniej od szlaku i według mapy, w pewnym momencie łączyła się ze stokiem narciarskim, którym mogliśmy zejść w stronę Czarnego Potoku. Po sprawdzeniu czy faktycznie moje przypuszczenia są prawidłowe, wróciłam bo wściekłych rodziców i wraz z nimi udałam się po raz kolejny w drogę powrotną.
Obrazek
Jak widać ja mam z całej sytuacji niezły ubaw..moja mama może troszkę mniejszy ale co tam ;) Przygoda to przygoda...każdej chwili szkoda :D

Kiedy zeszliśmy na sam dół, przywitały nas nieco zdezorientowane twarze robotników, pracujących przy kolejce krzesełkowej. Raczej nie spodziewali się turystów w tym miejscu, o godzinie 18.
W końcu dotarliśmy do asfaltowej drogi wiodącej do Czarnego Potoku, tyle że musieliśmy jeszcze ok. kilometra wracać do parkingu obok dolnej stacji kolejki gondolowej. Moja mama do końca dnia chciała mnie udusić, jednak jej się to nie udało. Butelka dobrego czerwonego wina do kolacji załatwiła sprawę ;)

Dodam jeszcze jeden ciekawy aspekt mego pomyłkowego schodzenia do Muszyny. Przed rozpoczęciem wędrówki na dół, moja mama przytoczyła jako anegdotę historię jej dobrej koleżanki, która na jesieni zeszłego roku zeszła do Muszyny zamiast do Krynicy. Jej syn zaś zeszedł prawidłowo do Czarnego Potoku. Niewiele myśląc zadzwoniła do niego, prosząc, żeby po nią przyjechał. Zapomniała jednak, że to ona miała w torebce kluczyki do samochodu. Przygoda zakończyła się wysokim rachunkiem za taksówkę. No cóż...chyba zbytnio przejęłam się tą historią, przez co też prawie wylądowałam w Muszynie ;)

Tak minął nam trzeci dzień pobytu w Beskidzie Niskim. Kolejne dni również miały obfitować w moje cudowne pomyłki i zagubienia w czasoprzestrzeni. Ale o tym napiszę później. Teraz zaraz zbieram się na PKSa do Warszawy..a od jutra...czeka mnie przeprowadzka..brr..

Pozdrawiam,
ruda
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

nonono.Ale mojego historyka z liceum nie przebijecie. On to prowadząc grupę 12osobowa (w tym mnie) zgubił sie podczas spływu kajakowego po rzece. I przez 2km nie dał sobie przetłumaczyc, że płynie pod prąd.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

mefistofeles pisze:I przez 2km nie dał sobie przetłumaczyc, że płynie pod prąd.
:)) :)) :)) :)) :)) genialne !!
madziula24

-#6
Posty: 1073
Rejestracja: śr 16 lip, 2008
Lokalizacja: Kraków

Post autor: madziula24 »

Naprawdę bardzo przyjemnie :)
Wszystko, co przeżywamy, to tylko jakieś etapy, jakieś stacje. To, co dziś wydaje się wielkim osiągnięciem, jutro odpada, bo poszliśmy już dalej. Trzeba być zawsze w drodze.

Anna Kamieńska
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

ruda pisze:Kolejne dni również miały obfitować w moje cudowne pomyłki i zagubienia w czasoprzestrzeni
Przyjemnie się tak pogubić w czsie i przestrzeni i pobłądzić po Beskidach. ;)
ruda pisze:Fakt faktem dziwi trochę to, że u stóp stoku narciarskiego znajduje się cmentarz, no ale najwyraźniej narciarzom udaje się w niego nie trafić podczas hamowania.
No tak, na cmentarz to jak najpóźniej trafić.
Tuż za trybunami skoczni w Innsbrucku, też jest cmentarz. Kiedyś żartowano, że jak komuś skok wyjdzie to na cmentarz trafi. :P :D
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Ala

-#5
Posty: 675
Rejestracja: pt 01 sie, 2008
Lokalizacja: i tu i tam

Post autor: Ala »

ruda pisze:W Beskid Niski wybrałam się z rodzicami.
jak miło patrzy się na Twoją bliską więź z Rodzicami :)
fajny i lajtowy rodzinny wypad ...ciekawe kto kogo naprawdę "wyciągnął"...Ty Rodziców czy odwrotnie?
Jeżeli Ty Rodziców to z pewnością następny wypad w Tatry.. :) :P

Tak czy siak miło popatrzeć na szczęście i trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na aktywny wypoczynek
pozdrawiam serdecznie Ciebie i Rodziców
ruda pisze:Moja mama do końca dnia chciała mnie udusić, jednak jej się to nie udało. Butelka dobrego czerwonego wina do kolacji załatwiła sprawę
to chyba obydwie ..popłynęłyście ;)
jaka impreza ? nic o tym nie wiem
..życie jest piękne :-)
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

z rodzicami najeździłam się w Tatry jak byłam młodsza...teraz rodzice nie mają tyle sił, żeby ze mną tam pochodzić. BN jest dla nich idealny :)
a wyjazd był planowany przeze mnie :)
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

ruda pisze:z rodzicami najeździłam się w Tatry jak byłam młodsza...teraz rodzice nie mają tyle sił, żeby ze mną tam pochodzić.
No już nie przesadzaj, tak na oko to Twoi Rodzice są młodsi ode mnie (wnioskując ze zdjęć).

Kwestia motywacji :-)

Inna sprawa że w środku lata to też wolałabym Beskid Niski i Sądecki niż Tatry (nie lubię tłoku).

B.
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Olka, super się czytało! :) Pozdrowienia dla Rodziców :)
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

Basia Z. pisze:No już nie przesadzaj, tak na oko to Twoi Rodzice są młodsi ode mnie (wnioskując ze zdjęć).
nie przesadzam...moi rodzice nie mają takiej kondycji jak kiedyś, moja mama ma problemy z oddychaniem, raz mi w Tatrach prawie na szlaku się udusiła. Więc bezpieczniej jest mi zabrać ich w BN. Może jak im nieco kondycha podskoczy, to znowu wybiorę się z nimi w Tatry. Na przyszły rok rodzice zamówili sobie u mnie Bieszczady ;)
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

21 lipiec 2009 Objazdowo w klimatach polsko – słowackich
Po poprzednim lekkim hardkorze jaki zgotowałam moim rodzicom przy zejściu z Jaworzyny, wymyśliłam dzień bardziej lajtowy, czyli wycieczkę objazdową po Słowacji i fragmencie Polski. Jak zwykle jednak to, co dla mnie oznaczało „lajtowe”, niekoniecznie takim było dla moich rodziców.
Na początku trasy był zamek Zborov, położony po słowackiej stronie, jakieś 10km od Bardejova (Bardejova i Bardejovskich Kupeli tym razem nie zwiedzaliśmy, gdyż uczyniliśmy to w zeszłym roku). Zamek położony jest naprawdę malowniczo, tyle, że z jakiś niejasnych dla mnie przyczyn, postanowiłam poprowadzić rodziców bardzo stromym podejściem, zamiast zabrać ich łagodnie wznoszącym się szlakiem, odbijającym mocniej w lewo od wzgórza. Znowu moja mama miała ochotę mnie udusić. Ba! W ogóle nie chciała już wchodzić. Moje krzyki i wrzaski chyba jednak ją zmotywowały i stała się dzielnym zdobywcą zamku. Tata nic się nie odzywał pochłonięty robieniem zdjęć. A było co podziwiać:
Obrazek

Obrazek

Oczywiście zeszliśmy łagodniejszym szlakiem, co nie obyło się bez komentarza mojej mamy, że ja zawsze muszę coś wymyślić i że właściwie dlaczego od razu tędy nie szliśmy. Tak naprawdę, to taki był mój plan – podejście od strony stromej, zejście od łagodnej. Przygoda!! (to stwierdzenie stało się hasłem przewodnim naszego wyjazdu, ale tylko ja się z niego wyjątkowo cieszyłam).

Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Swidnik – ale ten słowacki, nie polski ;) Tam odwiedziliśmy skansen. Najprzyjemniejsze w zwiedzaniu było to, że byliśmy tam praktycznie sami – zero tłumów.

Obrazek

Obrazek

Po miłym spacerze w skansenie, rozpoczęliśmy kolejny etap naszej wycieczki, czyli pojechaliśmy do Pustelni Świętego Jana z Dukli. Byłam tam w zeszłym roku ze znajomymi, gdy robiliśmy sobie trasę z Teodorówki, przez Chyrową do Dukli. Generalnie w tym rejonie Beskidu spędziłam cudowny tydzień podczas bycia chatkową chatki SKPB. Wiedziałam, że to miejsce rodzicom się spodoba, i będzie rekompensatą za to wdrapywanie się do zamku. Tym razem już nie słyszałam narzekań mamy, tylko raczej zachwyt nad urokiem tego miejsca.

Obrazek

Obrazek

Czy miejsce to jest urocze..nie wiem. Na pewno jest ciekawe i nietypowe.

Po odwiedzeniu św. Jana, ruszyliśmy do Dukli. Spacer po rynku, odwiedzenie muzeum historii i obejrzenie wojskowych eksponatów (z tego najbardziej zadowolony był mój tata), chwila wytchnienia w malowniczo położonym na wzgórzu kościele, z którego pięknie widać górującą nad Duklą - Cergową.

Obrazek

Obrazek


Kiedy przyjechaliśmy do Polski, pogoda od razu się zmieniła. O ile na Słowacji było ciepło, o tyle w Polsce było zimno i wiało. Dlatego do Tylicza wracaliśmy przez Słowację, po drodze zatrzymując się na Przełęczy Dukielskiej i odwiedzając cmentarz poległych.

Obrazek

Ponieważ miałam niedosyt po tej objazdowej wycieczce, postanowiłam jeszcze przed wieczorem przejść się trochę po górach. Dlatego stwierdziłam, że do Tylicza przejdę się pasem granicznym od Przełęczy Tylickiej do Dzielca. Rodzice wysadzili mnie na przełęczy, czemu towarzyszyły jęki mojej mamy, że zwariowałam iść taki „kawał” sama. (hehe nie wiedziała wtedy jeszcze, jaką trasę przygotowałam sobie na następny dzień :D )
Trasa wydawałoby się prosta, bez jakiś wielkich trudności. No ale nie byłabym sobą, gdybym nie utrudniła sobie życia i się nie zgubiła na prostej drodze.
A było to tak: szlak wiedzie dokładnie wzdłuż polsko – słowackiej granicy. Generalnie oznaczenie szlaku jest beznadziejne, więc trzeba pilnować słupków granicznych. Będąc mniej więcej za Muszynką nagle słupki graniczne zniknęły, oznaczeń brak, ja bez kompasu i ogólnie kaplica. Przez około 40minut kluczyłam jak głupia w gąszczu pokrzyw, tylko po to, żeby odkryć, że drogą w którą chciałam skręcic za pierwszym razem była właściwa. I że gdybym przeszła się 5 metrów dalej ujrzałabym pięknej urody słupek graniczny. No cóż trasę planowałam na nie całe 2h. Po 2h to ja jeszcze nie widziałam tego cholernego Dzielca, zaczęło się powoli ściemniać i ogólnie było wesoło. Chciałam nawet skrócić sobie trasę, ale przy moim szczęściu skrót okazałby się dłuższy od przejścia szlakiem :P Dlatego postanowiłam jakoś do tego Dzielca dojść. Nic jednak nie może być zbyt proste – Dzielca jakimś cudem minęłam za to doszłam na Czerteź (dobrze, że nie doszłam z rozpędu na Lackową, bo byłam na dobrej drodze). Stamtąd musiałam się cofnąć zielonym (lub niebieskim..nie pamiętam dokładnie koloru) szlakiem do Tylicza. Kiedy schodziłam znaną mi z zeszłego roku drogą, natknęłam się na myśliwego. Nie wiem kto był bardziej zdziwiony: ja na widok faceta w moro ze strzelba na ramieniu, czy facet w moro ze strzelba na ramieniu na widok dziewczyny idącej sobie przez las. Na mój widok myśliwy wykrzyknął:
-A panienka to się nie boi tak sama po lesie chodzić o tej porze? (dodam, że było w miarę jasno)
-Nie – odpowiedziałam – ja się już przyzwyczaiłam :D
Na twarzy jegomościa wymalowana była lekka konsternacja, ale pomachał mi na pożegnanie i każde z nas poszło w swoja stronę.
Dalsza droga w sumie obyła się bez jakiś ciekawszych zdarzeń, no może oprócz faktu, że znowu musiałam przedzierać się przez pokrzywowy zagajnik. Ale to dla zdrowia. Natomiast po zejściu na asfaltową drogę z Mochnaczki do Tylicza, odbyłam wyjątkowo ciekawą konwersację z lokalnym rowerzystą (którego niniejszym pozdrawiam), który bardzo się zdziwił, że dziewczyna sama chodzi po górach (następny!).

Tak minął dzień czwarty. Następny dzień był dla mnie wyjątkowo dłuuugi i męczący. Ale o tym napiszę później. Pora wracać do pakowania się i ogarniania całej tej przeprowadzki.

Na zakończenie jeszcze kilka zdjęc z mojego samotnego przejścia:
Obrazek

Obrazek

Obrazek
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Miałaś szczęście, że myśliwego spotkałaś, a nie to na co on polował. :P ;)
Strasznie poniewierasz, tą swoją mamę. ;) :D
Relacja bardzo przyjemna w oglądaniu i czytaniu.
Ładne zdjęcia, szczególnie tych ruin. :)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Lukas

-#6
Posty: 2585
Rejestracja: pt 04 maja, 2007
Lokalizacja: Dębica

Post autor: Lukas »

ruda pisze:-A panienka to się nie boi tak sama po lesie chodzić o tej porze? (dodam, że było w miarę jasno)
-Nie – odpowiedziałam – ja się już przyzwyczaiłam happy
scenka rodzajowa jak z kiepskiego filmu :))
Upadek nie jest klęską. Nisko zawieszona poprzeczka — i owszem

http://picasaweb.google.co.uk/llukasziola
http://drytooling.com.pl - serwis wspinaczki mikstowej, alpinizmu, himalaizmu
Awatar użytkownika
Aura

-#1
Posty: 30
Rejestracja: czw 12 mar, 2009

Post autor: Aura »

Z przyjemnością przeczytałam i oglądnęłam zdjęcia.
Myślę, że rodzice nie daliby Ci się tak "poniewierać", gdyby tego nie lubili :D
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

Z racji przeprowadzki i chwilowego braku netu w nowym mieszkaniu jakoś nie mogłam dokończyć relacji, a w sumie nie zostało zbyt wiele do dodania.

22 lipiec 2009 czyli wyścigówka na szlaku
Poranek, upał, słońce, niebieskie niebo – wymarzona pogoda na...no tak większość mogłaby stwierdzić, że to wymarzona pogoda na basen. Ja jednak na basen tego dnia ochoty nie miałam, za to wymyśliłam, że przespaceruję się z Rytra do Krynicy. Rodzice akurat jechali do Starego Sącza, to po drodze wyrzucili mnie w Rytrze. Żar lał się z nieba, a ja nie byłabym sobą, gdybym nie pomyliła na dzień dobry drogi. Czerwony szlak zniknął mi gdzieś między domami a z rozpędu bym na zamek wlazła, czego generalnie nie miałam zupełnie w planach. Ale od czego jest mapa i przewodnik Rewasza, szybko ogarnęłam sytuację i odnalazłam właściwą drogę. No i zaczęłam mozolnie piąć się w górę..mozolnie, gdyż było kilka minut po 10, a upał dawał się coraz mocniej we znaki. W mojej głowie zrodziła się pewna głupia myśl, ze może jednak daruję sobie tak długą wędrówkę. Jednak szybko znalazłam coś, co mobilizowało mnie do dalszego marszu...tym czymś były maliny, które sprawiły, że udało mi się dotrzeć do widoków, rozciągających się chwilę po tym, jak wyjdzie się powyżej przysiółka Na Hali:
Obrazek
Schronisko na Cyrhli tylko minęłam. Jakoś panujący tam rozgardiasz i chaos nie zachęciły mnie do zatrzymania się tam. Postanowiłam pierwszy postój zrobić na Hali Pisanej. Upał się wzmagał, ale załapałam szybkie tempo marszu więc już mi zbytnio temperatura nie przeszkadzała. Na Halę Pisaną dotarłam dość szybko, co trochę mnie zdziwiło, gdyż tabliczki, która napotkałam na swej drodze twierdziły, że ze Schroniska na Cyrhli do Hali powinnam iść prawie półtorej godziny. Moja mapa znowuż wskazywała na czas ok. 40minut. Postanowiłam się nie spierać ani z tabliczkami ani z mapą, tylko postanowiłam iść swoim tempem. Okazało się, że do hali doszłam w nie całe 40 minut – mapa miała jednak rację ;)
Obrazek
Kolejnym celem mej wędrówki była Hala Łabowska i tam planowałam kolejny odpoczynek. Ponieważ byłam umówiona na ok. 16 w Krynicy z rodzicami, to musiałam się spieszyć i praktycznie zrezygnowałam z odpoczynków (mądre to nie było, ale gdybym nie czuła się na siłach, to pewnie bym tego nie zrobiła). Kiedy schodziłam z Hali Pisanej minęłam dwie kobiety z kilkuletnia dziewczynką. Jedna z nich po tym, jak koło nich przemknęłam, stwierdziła, że minęła ją wyścigówka, i zaczęła pouczać kilkuletnią dziewczynkę, że po górach powinna chodzić w takim tempie jak ja.
Podczas mej wędrówki cały czas spotykałam jagodziarzy i jagodzianki, którzy bardzo skrupulatnie ogałacali krzaczki jagód. Czasami wychodząc na jakąś większą polankę, można było spotkać nawet 20 osób. Ja szłam dalej, spotykając na szlaku nie wielu turystów – chyba większośc z nich zaszyła się gdzieś w cieniu i bynajmniej nie szlajała się w tym upale po górach. Na Halę Łabowską dostarłam oczywiście szybciej, niż to wynikało z tabliczek na szlakach (według mnie PTTK Nowy Sącz strasznie zawyża czasy przejść – gdy zaczęły się tabliczki PTTK Krynica, czasy przejść były już „normalne” i nie zawyżone – zastanawia mnie od czego to zależy).
Obok schroniska na Hali Łabowskiej było niewielu turystów, kilku rowerzystów i dwóch Niemców, których z bliżej nieokreślonego powodu zainteresował bardzo mój wiek. Generalnie nie jestem zbyt dobra z niemieckiego, ale coś tam rozumiem. Panowie myśleli, że nie zrozumiem, jeśli zaczną dywagować na temat tego, czy mam 14 a może 15 lat i czemu to ja właściwie chodzę po górach bez opieki kogoś dorosłego...nie no czadowo.
Obrazek
Pod schroniskiem przeraziła mnie jedna rzecz – zobaczy tabliczkę z czasem przejścia do Krynicy – 5h30min. Dochodziła już 14 a z racji tego, że w tym dniu były imieniny mojej mamy, to musiałam zjawić się w Krynicy wcześniej niż o 20. Stwierdziłam jednak, że znowu ktoś strasznie zawyżył ten czas przejścia, zarzuciwszy więc plecak na plecy, po 10minutach odpoczynku, ruszyłam w kierunku Runka. Po drodze zastanowił mnie pewien drogowskaz (zdjęcie z dedykacją dla Meffiego):
Obrazek
Do piekła niestety lub stety ale nie doszłam, za to strasznie dłużyła mi się droga z Hali Łabowskiej na Runek. Zero widoków, cały czas las, i chmury owadów unoszące się nad błotnistą ścieżką. Kiedy w końcu osiągnęłam swój kolejny cel, czyli Runek, zaczynałam być naprawdę zmęczona. Jacyś ludzie, którzy mnie tam spotkali, zapytali się czy wszystko w porządku, gdyż podobno wyglądałam niezbyt dobrze. Ale pomimo narastającego zmęczenia postanowiłam zrobić sobie odpoczynek dopiero w schronisku pod Jaworzyną Krynicką. Droga do tego celu też mi się niewyobrażalnie dłużyła, dlatego kiedy wreszcie zasiadłam przed schroniskiem, miałam takie poczucie, że się stamtąd nie ruszę, choćby nie wiem co się działo. Okazało się, że grupka lekko podchmielonych rówieśników, była wystarczającym bodźcem zmuszającym do opuszczenia tego miejsca. Wartym podkreślenia jest fakt, że tym razem trafiłam na właściwy zielony szlak i tym razem udało mi się nie pomylić Muszyny z Krynicą. Do Czarnego Potoku udało mi się zejść parę minut po 16. Na szczęście czekał tam na mnie mój transport do Tylicz, bo upał i brak wystarczającej ilości postojów, spowodowały, że byłam naprawdę strasznie zmęczna.

23 i 24 lipca 2009 Basenowo
Upały wzmogły się w tym rejonie, dlatego dwa dni spędziliśmy na basenie w Bardejovskich Kupelach.
Obrazek
Na basenie nie było aż takich wielkich tłumów i dało się nawet popływać. Jedyny minus jest taki, że pomimo smarowania się filtrem 30, to słońce mnie tak poparzyło, że do tej pory mam bąble i schodzi mi skóra. Ale cóż, czasami tak bywa ;)

25 lipca 2009 Powrót
Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak samo było z moim i rodziców pobytem w Beskidzie Niskim, Po raz drugi Tylicz okazał się strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o wybór miejsca na wakacje. Do tego pogoda wyjątkowo dopisała, gdyż w dniu wyjazdu rozpadało się, chyba tylko po to, żeby nie było nam żal wyjeżdżać stamtąd. Teraz kiedy piszę resztę tej relacji, nie czuję się jakbym gdziekolwiek była, a spisywane wspomnienia, były jakimiś bardzo odległymi wydarzeniami. Wszystko przez przeprowadzkę, która sprawiła, że przez tydzien, byłam skupiona tylko na pakowaniu i malowaniu nowego mieszkania oraz na ciągłych porządkach. Generalnie dziś mam pierwszy dzień porządnego odpoczynku po tym całym przeprowadzkowym hardkorze...i podczas tej chwili wytchnienia zaczynam snuć plany, na kolejne górskie wyjazdy :)

pozdrawiam serdecznie
Obrazek
ruda
Awatar użytkownika
Zakochani w Tatrach

-#7
Posty: 3234
Rejestracja: pn 22 paź, 2007
Lokalizacja: Zawiercie

Post autor: Zakochani w Tatrach »

ruda pisze:teraz rodzice nie mają tyle sił, żeby ze mną tam pochodzić.
:) - jak my mamy to i Twoi rodzice teoretycznie też powinni mieć...ale wiesz - teoria i praktyka to czasem się mijają szerokim łukiem :))
Może niezbyt lubią się sterać w górach, albo za rzadko ich zabierasz i wyszli z wprawy...
Ech... ja to chciałabym mieć taką córkę jak Ty, z którą mogłabym przemierzać górskie szlaki - a moja nie chce, syn też nie :? ....
Dobrze, że choć mąż lubi :)).

Fajna relacja.
Pozdrawiam serdecznie.

Ala :) .
Zakochani w Tatrach
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

Zakochani w Tatrach pisze: Ech... ja to chciałabym mieć taką córkę jak Ty, z którą mogłabym przemierzać górskie szlaki - a moja nie chce, syn też nie :? ....
A moi synowie lubią, ale osobno.
No i zrób tu coś ;-)

Dobrze, że mam fajne koleżanki z którymi ostatnio często chodzę w góry.

B.
Awatar użytkownika
Zakochani w Tatrach

-#7
Posty: 3234
Rejestracja: pn 22 paź, 2007
Lokalizacja: Zawiercie

Post autor: Zakochani w Tatrach »

Basia Z. pisze:Dobrze, że mam fajne koleżanki z którymi ostatnio często chodzę w góry.
No takich koleżanek najbardziej zazdroszczę i Tobie Basiu i Ali.
Z moich, to ani jedna by się nie ruszyła i jeszcze nie mogą się nadziwić, że mnie się chce :)) .

Ala :) .
Zakochani w Tatrach
Awatar użytkownika
tommer91

-#6
Posty: 1173
Rejestracja: ndz 09 mar, 2008
Lokalizacja: Myszków/Kraków

Post autor: tommer91 »

Moi rodzice na razie są na etapie chodzenia ze mną w Tatry. Fajny wypad i pocieszę cię - ja zgubiłem szlak na Wieżycy ok. 2 tygodnie temu :)
Don't shit, where you eat
Awatar użytkownika
ruda

-#7
Posty: 4898
Rejestracja: śr 23 lis, 2005
Lokalizacja: Kielce/Wawa

Post autor: ruda »

Zakochani w Tatrach pisze:Ech... ja to chciałabym mieć taką córkę jak Ty, z którą mogłabym przemierzać górskie szlaki - a moja nie chce, syn też nie confused ....
hmm...myślę, że rodzice mogą mnie "wypożyczyć" na jakąś górską wędrówkę :P
Basia Z. pisze:No i zrób tu coś
heh no nie można nikogo do niczego zmusić, ważne żeby czerpać przyjemność z tego, co się robi. Ty jeździsz z koleżankami, Twoi synowie osobno. ;)
ODPOWIEDZ