A zaczęło się tak:
18 lipiec 2009 Zakopać się w okopach…
W Beskid Niski wybrałam się z rodzicami. Powoli staje się to naszą tradycją, że spędzam z nimi gdzieś na wyjeździe przynajmniej tydzień wakacji. W ciągu roku akademickiego widujemy się czasami raz na 4 miesiące, więc takie wspólne wakacje dobrze nam robią.
Ponieważ moi rodzice wyjeżdżali ze mną w Beskid, półtora dnia po powrocie z objazdowej wycieczki po Francji, byli z lekka niepozbierani i ciężko nam było wcześnie wyjechać z Kielc do Tylicza. Ale koniec końców nam się to udało i po 11 byliśmy na trasie. Na dworze 30stopniowy upał, w samochodzie klima, więc dało się przeżyć. Na miejsce dotarliśmy bez zbędnych przygód po 14. Wyszłam z założenia, że nie można marnować ani minuty z naszego pobytu w Beskidzie Niskim, dlatego zarządziłam spacer do Okopów Konfederatów Barskich, położonych za Muszynką. Rodzice się zgodzili, chociaż pewnie drugi raz by się tam ze mną nie wybrali

Generalnie moja mama od początku wyjazdu postanowiła robić za trudną uczestniczkę i umilała mi życie narzekaniem, że ich ciągam niewiadomo gdzie i niewiadomo po co. Narzekania się pogorszyły, gdy dotarliśmy do okopów. No ok..ja wiedziałam jak to wygląda w rzeczywistości…moi rodzice byli lekko (choć może łagodnie to ujęłam) zawiedzeni tym, że naprawdę niewiele tam widać. No ale zawsze mogą się pochwalić, że tam byli

okopy w swej "całej" okazałości...
Pod wieczór wróciliśmy na kwaterę, lekko zaniepokojeni, bo pogoda się zmieniała..nad Tylicz nadciągały chmury….
19 lipiec 2009 Czasem deszcz, czasem słońce
Poranek obudził nas deszczem i szczekaniem mojego psa, który akurat o 7 rano wymyślił sobie spacer. Z pewnością gdyby Ważka nie była głucha i ślepa i wiedziała, że leje, to spacer byłby ostatnią rzeczą o jakiej by wtedy myślała.
Ponieważ pogoda nie zachęcała do wyjścia w góry, wymyśliłam spacer po Krynicy i do Słotwin, gdzie znajduje się malowniczo położona cerkiewka, w stylu uzdrowiskowym.

Fakt faktem dziwi trochę to, że u stóp stoku narciarskiego znajduje się cmentarz, no ale najwyraźniej narciarzom udaje się w niego nie trafić podczas hamowania.
W nadal siąpiącym deszczu powróciliśmy do centrum Krynicy. Dalszy krótki spacer, i z powrotem do Tylicza. Ku naszemu zdziwieniu zaczęło się przejaśniać, mimo że nic na to nie wskazywało. Już zacierałam ręce z zadowolenia, bo powoli zaczynało mnie nosić. Chciałam iść gdzieś pod górę…gdziekolwiek
Najpierw udaliśmy się fragmentem czarnego szlaku z Tylicza do Huzarów, żeby popatrzeń na Tylicz z trochę innej strony. Naszym standardowym spacerem, był spacer na Łana, który znajduje się niemal za naszą kwaterą. Teraz trzeba było pójść gdzieś indziej
Chwila podejścia po mokrej łące i okazało się, że po deszczu widoki zrobiły się naprawdę rewelacyjne:

Kościół w Tylicz i majaczący w oddali Busov:

Jednak czym byłby pobyt w Tyliczu bez wejścia na Łana?? Dlatego też na wieczorny spacer z psem podreptaliśmy na Łana. W zeszłym roku jego szczyt był po prostu dziką łąką z trawami mającymi powyżej metra wysokości, a teraz stał się zielony łąkowo-łanowy


Tak minęła niedziela, dzień drugi.
20 lipiec 2009 Czyli jak ruda pomyliła Muszynę z Krynicą i jak z tego wybrnęła…
Dzień zapowiadał się naprawdę rewelacyjnie. Piękne słońce, niebieskie niebo, rześkie powietrze – cud, miód i wanilia… Ponieważ widoczność była naprawdę dobra, postanowiłam zabrać rodzicieli na Wierchomlę, skąd jak powszechnie wiadomo, widoki są zacne. Z Tylicza przez Powroźnik i Muszynę udaliśmy się do Wierchomli Małej, gdzie obok stacji kolejki krzesełkowej zostawiliśmy samochód, i czarnym szlakiem ruszyliśmy w stronę bacówki na Wierchomli. Podczas podchodzenia zrobiło się dość upalnie, ale za to gdy wyszliśmy z lasu na polanę obok bacówki, widoki nas zauroczyły. No i oczywiście widać było Tatry. Fakt faktem, m.in. Sławkowski był w chmurach ale to nie przeszkadzało w ogólnym odbiorze

Pod bacówką panował całkiem spory ruch. W szczególności zaintrygował mnie pewien jegomość, który chcąc chyba zaimponować wybrance swego serca, usilnie chciał udowodnić, że Hawrań to Rysy. Czy udało mi się przekonać swą drugą połówkę, tego nie wiem, bo zebraliśmy się sprzed bacówki i spacerem udaliśmy się niebieskim szlakiem w stronę kapliczki znajdującej się u stóp Jaworzynki.

Nie wiem dlaczego, ale uparcie twierdziłam, że jest to kapliczka Matki Boskiej…jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że Matka Boska ma wąsy i brodę, i tak naprawdę jest Jezusem.

To był dopiero początek mej pomyłkowej passy tego dnia…
Dalszy plan naszej wycieczki był taki: ja z Wierchomli idę na Jaworzynę Krynicką, gdzie moi rodzice dojeżdżają kolejką gondolową. Później razem schodzimy do Krynicy. Wcześniej jednak wracając w stronę bacówki, zostaliśmy zaatakowani przez stado owiec..no cóż, trzeba było zwierzakom ustąpić drogi.

Po tym jak już minęliśmy się ze zwierzakami, wpakowałam rodziców na wyciąg krzesełkowy, a sama ruszyłam na Runek. Podobno gość, który wsadzała na wyciąg moich rodziców zdziwił się, że idę z Wierchomli na Jaworzynę, bo to przecież „Tak strasznie daleeeeeeeeeeeko”. W godzinę udało mi się bez zbędnego problemu dotrzeć na szczyt Jaworzyny, gdzie drugą godzinę czekałam na moich rodziców, którzy w drodze z Wierchomli do Krynicy zatrzymali się w Tyliczu, żeby wyprowadzić psa. Leżąc na ławce obok szczytu i wygrzewając się w słońcu, nasłuchałam się dość ciekawych rozmów na temat tego, co widać na horyzoncie – mam na myśli oczywiście Tatry. Tym razem mistrzem był gość, który z uporem maniaka chciał wśród Tatr znaleźć Babią Górę. Nie wytrzymałam i wyjaśniłam panu, że Babia to leży w troszkę innym paśmie górskim i bynajmniej nie obok Giewontu
Kiedy w końcu rodzice dotarli, prawie kolejną godzinę znów kontemplowałam widoki. Po upływie tego czasu postanowiliśmy się zbierać na dół. Zakodowałam sobie, że mamy schodzić zielonym szlakiem i tymże zielonym szlakiem się udaliśmy. Z mapą w jednej ręce i telefonem w drugiej (zadzwoniła współlokatorka obgadać ważne sprawy związane z mieszkaniem), zaczęłam schodzić w dół, a rodzice za mną. Byłam tak zajęta rozmową, że nie zdziwił mnie fakt, że jakoś tak schodzimy w dziwną stronę, że widoków nie ma i obok nas ciągnie się dość głęboki jar. Kiedy skończyłam już gadać przez telefon na swoje szczęście lub nieszczęście spojrzałam na mapę. Doznałam olśnienia…choć może ciężko nazwać olśnieniem fakt, iż okryłam, że zamiast do Krynicy zaczęliśmy schodzić do Muszyny. Kiedy rodzice usłyszeli jaką mam dla nich nowinę, chcieli mnie zabić.
Cóż w sumie nie mogę się im dziwić. Na szczęście w miarę ogarnęłam mapę i zorientowałam się, gdzie mniej więcej możemy się znajdować. Zrzuciwszy plecak, pognałam w górę czegoś na kształt nartostrady – wznosiła się łagodniej od szlaku i według mapy, w pewnym momencie łączyła się ze stokiem narciarskim, którym mogliśmy zejść w stronę Czarnego Potoku. Po sprawdzeniu czy faktycznie moje przypuszczenia są prawidłowe, wróciłam bo wściekłych rodziców i wraz z nimi udałam się po raz kolejny w drogę powrotną.

Jak widać ja mam z całej sytuacji niezły ubaw..moja mama może troszkę mniejszy ale co tam
Kiedy zeszliśmy na sam dół, przywitały nas nieco zdezorientowane twarze robotników, pracujących przy kolejce krzesełkowej. Raczej nie spodziewali się turystów w tym miejscu, o godzinie 18.
W końcu dotarliśmy do asfaltowej drogi wiodącej do Czarnego Potoku, tyle że musieliśmy jeszcze ok. kilometra wracać do parkingu obok dolnej stacji kolejki gondolowej. Moja mama do końca dnia chciała mnie udusić, jednak jej się to nie udało. Butelka dobrego czerwonego wina do kolacji załatwiła sprawę
Dodam jeszcze jeden ciekawy aspekt mego pomyłkowego schodzenia do Muszyny. Przed rozpoczęciem wędrówki na dół, moja mama przytoczyła jako anegdotę historię jej dobrej koleżanki, która na jesieni zeszłego roku zeszła do Muszyny zamiast do Krynicy. Jej syn zaś zeszedł prawidłowo do Czarnego Potoku. Niewiele myśląc zadzwoniła do niego, prosząc, żeby po nią przyjechał. Zapomniała jednak, że to ona miała w torebce kluczyki do samochodu. Przygoda zakończyła się wysokim rachunkiem za taksówkę. No cóż...chyba zbytnio przejęłam się tą historią, przez co też prawie wylądowałam w Muszynie
Tak minął nam trzeci dzień pobytu w Beskidzie Niskim. Kolejne dni również miały obfitować w moje cudowne pomyłki i zagubienia w czasoprzestrzeni. Ale o tym napiszę później. Teraz zaraz zbieram się na PKSa do Warszawy..a od jutra...czeka mnie przeprowadzka..brr..
Pozdrawiam,
ruda























