Tygodnik Podhalański pisze:Do naszej redakcji dotarł list w sprawie zdarzenia z 14 lipca:
Idą konie po betonie… prosto do nieba
W upalny dzień 14 lipca bieżącego roku na końcowym odcinku drogi do Morskiego Oka, w pobliżu Polany Włosienica miał miejsce kolejny drastyczny wypadek śmiertelnego zadręczenia konia, który padł w czasie morderczej pracy. Na podstawie bardzo dokładnych notatek służbowych i informacji uzyskanych od służb biorących udział w ustalaniu przyczyn wypadku i jego przebiegu, uzyskaliśmy pełny obraz tego bulwersującego wydarzenia. O godz. 14.45 koń imieniem „Jordek”, będący własnością fiakra z Brzegów (dane osobowe są nam znane), nie wytrzymał trudów podjazdu w końcowym odcinku drogi. Tego dnia, pracując od rana, przeszedł tę trasę kilkakrotnie – był skrajnie wyczerpany, zanim ruszył w swoją ostatnią drogę, dawał oznaki śmiertelnego zmęczenia, słaniał się na nogach zatrzymywał się, nie mając siły iść dalej. Zachęcany poganianiem fiakra krzykiem i batem, musiał przecież dojść do końcowego przystanku – bo zapłacone. Nie doszedł, padł, a działo się to na oczach rzeszy turystów. Reakcja pasażerów tego nieszczęsnego zaprzęgu była w moim odczuciu niepojęta. Nikt z 21 pasażerów, widzących przecież tragedię konia, nie opuścił pojazdu. Prawdopodobnie udałoby się konia uratować, gdyby został w odpowiednim momencie odciążony i miał możliwość natychmiastowego odpoczynku jak tylko zaczął przejawiać objawy wyczerpania. Świadkami tego wydarzenia było kilkudziesięciu turystów, znajdujących się na drodze. Wielu z nich pomstowało na fiakra, wyrażając swoje oburzenie z powodu obciążenia wozu, bowiem znajdowało się na nim nie 15 osób , jak przewiduje norma, lecz 21 plus fiakier. Żaden jednak z tych rzekomych obrońców konia nie chciał wystąpić w charakterze świadka, co przekreśliło możliwość udowodnienia przekroczenia obowiązujących norm obciążenia. Fiakier i jego zaprzęg z nowym koniem kursuje nadal. Po raz kolejny wygrała znieczulica społeczna.
Na przestrzeni ponad 20 lat, odkąd w latach 80. zamknięto górny odcinek drogi do Morskiego Oka, sprawa przeciążania koni nadmierną pracą wracała jak bumerang po każdorazowym przypadku padnięcia konia. Ten opisany powyżej akt ludzkiego okrucieństwa nie był odosobniony. Takich przypadków wcześniej było już co najmniej kilka, a wszystkie z tego samego powodu. Udało się nam, „społecznym ochroniarzom”, w latach 90. spowodować wieloletnimi działaniami i uporem oraz presją społeczną zmniejszenie liczby pasażerów z 21 do 15. Uznaliśmy to wówczas za zwycięstwo, ale było to z dzisiejszego punktu widzenia zwycięstwo „pyrrusowe”, czyli pozorne. Jestem świadkiem i obserwatorem tragicznego losu koni z drogi do Morskiego Oka od samego początku z racji wykonywania mojego zawodu przewodnika tatrzańskiego. Często, gdy prowadziłem wycieczki do Morskiego Oka, towarzyszył mi widok koni toczących pianę, oblanych potem, poganianych krzykiem i batem, i zawsze była to codzienność, do której przyzwyczaić się nie można.
Rozpatrując tę sprawę z dzisiejszego punktu widzenia, sytuacja koni niewiele się zmieniła, pomimo iż obecnie obowiązuje norma 15 osób plus fiakier. Jest to co najmniej o połowę za dużo. Pracujące w tym transporcie konie są absolutnie nieprzystosowane do tego typu ciężkiej pracy. Są to konie lekkie, nadające się do jazdy wierzchem lub do lekkich prac polowych. Trzeba przyznać, że są na ogół dobrze utrzymane i zadbane, ale to naturalne, bowiem muszą robić dobre wrażenie na potencjalnych klientach i spełniać wymagania weterynaryjne. Do tego typu ciężkiej pracy powinny być używane konie o specyficznie ciężkiej budowie, dysponujące ogromną siłą. Nowo wprowadzony wóz zwany fasiągiem nie ma nic wspólnego z dawnym, tradycyjnym, stosowanym przed ponad stu laty. Był to lekki wóz konstrukcji drewnianej, ważący ok. 200 kg, zabierający 6 osób. Takie fasiągi można zobaczyć na archiwalnych zdjęciach. Obecny pseudofasiąg z Morskiego Oka to pojazd ciężki, na konstrukcji stalowej, ważący ponad 700 kg. Kiedy wsiądzie do niego 16 osób, osiąga wagę 2 ton. Uważamy, że należy powołać komisję złożoną z kilku niezależnych ekspertów, która ustaliłaby normy dopuszczalnego ciężaru dla koni na podstawie obowiązujących przepisów. Nawet bez udziału ekspertów można ocenić sytuację na zasadzie porównań. Dorożka konna na terenie Zakopanego, ciągnięta przez jednego konia, zabiera czterech pasażerów plus fiakier, trasy są nieporównywalnie krótsze – miejskie. Natomiast w Morskim Oku dwa lekkie konie ciągną ciężar ponad dwie tony (fasiąg i 16 pasażerów) na trasie 9 kilometrów, różnica wzniesień 400 metrów – trasa górska. Myślę, że porównanie dorożki zakopiańskiej i fasiągu z Morskiego Oka nie wymaga komentarza, fakty mówią same za siebie. Trzeba dodać, że trasę te pokonują konie bez odpoczynku. Taki odpoczynek powinien być bezwarunkowo stosowany przy Wodogrzmotach Mickiewicza, gdzie jest duży parking i atrakcje dla pasażerów w postaci wodospadu.
Morsie Oko nie jest jedynym miejscem w Tatrach, gdzie konie używane są do transportu turystów. Dorożki konne, zabierające czterech pasażerów, kursują również w Dolinie Kościeliskiej i Chochołowskiej, ale tam nigdy nie zdarzył się przypadek padnięcia konia z przemęczenia. Komisja KTOnZ, która 24 lipca br. przeprowadzała kontrolę w przedmiotowej sprawie, stwierdziła jednoznacznie, że organizator transportu na drodze do Morskiego Oka nie respektuje podstawowych zasad Rozporządzenia ministra rolnictwa i rozwoju wsi w sprawie wymagań weterynaryjnych dla prowadzenia miejsc gromadzenia zwierząt. Brak hydrantu z bieżącą wodą, rampy do załadunku i rozładunku zwierząt, urządzeń do karmienia i pojenia, na miejscu stałego nadzoru weterynaryjnego i izolatki dla zwierząt. W związku z powyższym komisja wystąpiła do Powiatowego Lekarze Weterynarii z wnioskiem o wyznaczenie TPN-owi terminu do usunięcia uchybień.
Sezon turystyczny dopiero na półmetku. Sytuacja taka, jak wyżej opisana, może się powtórzyć, gdyż nawet nie przekraczając normy 15 osób konie są nadmiernie przeciążone, co można zauważyć gołym okiem, obserwując zaprzęgi dojeżdżające do Włosienicy, gdzie konie są w stanie skrajnego wyczerpania. Taki sposób organizowania transportu zamożnym i leniwym turystom (bowiem cena podjazdu od jednej osoby to 40 zł w jedną stronę) można określić mianem nie usługi turystycznej, a okrutnym procederem. Dzieje się to wszystko na terenie parku narodowego, na oczach setek tysięcy turystów, w tym zagranicznych, i wycieczek szkolnych – zaiste, wspaniała to lekcja wychowawcza. Idea ochrony przyrody, która winna przyświecać wszystkim działaniom na terenie parku narodowego, jest tu każdego dnia gwałcona. Przytoczę tu wypowiedź mojego kolegi, Jasia Gąsienicy Roja seniora – ratownika TOPR i przewodnika wysokogórskiego: „Człowiek stworzył w XXI wieku Auschwitz koniom w najpiękniejszym zakątku Tatr i samym sercu parku narodowego”.
„Lenistwo i wygodnictwo pseudoturystów + pazerność górali + tchórzostwo parku narodowego = klęska ekologiczna i zabijanie zwierząt w samym sercu TPN-u” – mówi Władysław Cywiński, najlepszy znawca topografii Tatr, autor przewodników taternickich, ratownik TOPR i przewodnik wysokogórski.
Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o to samo. Nie powinno i nie może być tak, aby interes wąskiej grupy, czerpiącej przeogromne zyski z tego procederu, wziął górę nad nadrzędnym celem, jakim winna być szeroko pojęta ochrona przyrody. Miarą człowieczeństwa jest nasz stosunek do istot słabszych jakimi są zwierzęta i tylko od nas – ludzi zależy ich los.
Irena Rubinowska – inspektor KTOnZ, przewodnik tatrzański
Pod listem tym podpisały się także inne znane osoby, którym los zwierząt nie jest obojętny:
Jan Gąsienica Roj senior – ratownik TOPR, przewodnik wysokogórski UVBV,
Małgorzata Wójcicka – inspektor KTOnZ,
Małgorzata Darowska – inspektor KTOnZ,
Iwona Szczepaniak-Krupowska – inspektor TTOnZ , hodowca koni,
dr Robert Janik – lekarz TOPR, przewodnik wysokogórski,
Władysław Cywiński – ratownik TOPR, przewodnik wysokogórski,
Maciej Gubała – lekarz weterynarii, alpinista
I pod tym podpisuję się i ja, choć zapewne z przyczyn wyżej "wytłuszczonych" dużo to nie zmieni. Może nawet nic...