Nastał dzień rozstania z miłymi (może poza koperto) włoskimi gospodarzami. Po śniadaniu rozwieszamy co wilgotne na sznurze i płocie. Pieszo wyruszamy pożegnać się Cortiną. Bardzo ładna miejscowość, ↓ czuć troskliwą rękę gospodarzy

Na deptaku ↓

Widać dbałość stosownych służb, by Corso Italia nie wyglądało jak Krupówki czy Monciak.
↓ Scena wypraszania niedoszłego muzykanta

Czynimy ostatnie korekty w zakupach, niezwykle popularną pozycją okazał się likier Bombardino.
Moją uwagę przykuwa tablica upamiętniająca ofiary I wś, po nitce do kłębka zwiedzam nekropolię ↓

I tu jak w życiu wyraźny jest podział na biednych i bogatych. ↓ Ciekawostka to fakt, że na nagrobkach umieszcza się dość duże fotografie min.10x15

Około 14.00 obieramy kurs Słowenia.
Granicę przekraczamy między 17 i 18.00.
Pierwsze spojrzenie na Alpy Julijskie ↓

Turlamy, turlamy te nasze 12 kółek na tyle anemicznie, że zakupy w Mojstranie trafia szlag (sklep do 19.00). Na szczęście head car i jednocześnie kredens zadbał o zaopatrzenie wcześniej. Przed 20.00 meldujemy się na parkingu, pół godziny później w Aljażew dom.
Serce rośnie ↓


Futrzasta specjalność domu uważnie przypatruje się nowoprzybyłym, co by tu można wysępić lub po prostu podpielić ↓
1 sztuka na zakręconych schodach
2 i 3 z zewnątrz lustrują nasze zapasy żywności 
Obiadokolacja wykonana własnym sumptem przy ławkach na zewnątrz smakuje wybornie. To chyba skutek przyprawy w postaci potężnej ściany masywu Triglava, na którego każdy jeszcze dziś zerka z rosnącym apetytem ↓

Tym razem cisza nocna o 22.00.








































































ta opcja po lewej.