Udało się - i jak się okazało było to miejsce dużo korzystniejsze niż miejsce planowane pierwotnie.
Wyjazd w piątek po południu. Pociąg na trasie Katowice - Żylina stał z niejasnych przyczyn ponad dwie godziny w Zwardoniu, przez co uciekły nam wszystkie możliwe połączenia z Żyliny. Ostatecznie po połówce nocy spędzonej na ławce obok fontanny w samym centrum miasta pojechaliśmy o 3 w nocy InterCity do Michałowiec.
Za to stamtąd dalsza podróż poszła już gładko:
Po 20 min. przesiadka na autobus do Użgorodu, tam godzinna przerwa na kawę i małe conieco (większość wybrała barszcz ukraiński), potem autobus do Sołotwiny (180 km w 4 godz., ale to jeszcze nic bo pociąg jedzie tą trasą 8 godz.).
Granicę przekroczyliśmy na przejściu Syget Marmaroski-Sołotwina, przez most na Cisie.
W Sygecie zasiedliśmy na ławkach na skwerku w centrum miasta i rozpoczęli poszukiwania transportu do miejsca zamieszkania (ok 10 km) co ze względu na panujące sobotnie popołudnie było trudne.
W końcu poznaliśmy sympatycznego chłopaka, znającego angielski, który czterema kursami zawiózł całą grupę do pensjonatu.
Tam od razu mocno rzuciło się nam w oczy wyposażenie pokojów utrzymane w tradycyjnym stylu marmaroskim:
Taras doskonale nadawał się na wieczorne piwo:
Po odespaniu zaległości z poprzedniej nocy kolejnego dnia wyruszyliśmy na niezbyt długą ale ciekawą trasę w Góry Gutyńskie.
Są to góry pochodzenia wulkanicznego, mi troszkę przypominały charakterem Góry Szczawnickie, aczkolwiek są nieco wyższe.
Nie mieliśmy mapy, ale na szczęście była w terenie:
Andezytowe skały o nazwie "Koguci Grzebień" są również miejscem wspinaczek:
Z bliska wygląda to jeszcze ciekawiej:
A od tyłu tak:
W końcu stajemy (a raczej siadamy) na najwyższym szczycie tego pasma: Vârful Gutâiul Mare 1443 m n.p.m.
W zejściu skaliste zbocza Vârful Gutâiul Mica czyli "Trzech Apostołów" przypominają mi troszkę Wielkiego Chocza lub Salatyn, ale rodzaj skał jest inny, bo są to andezyty:
Przedzieramy się przez bardzo kłujące jałowce halne, ale jest też trochę przyjemności:
Kolejna dwa dni z powodu niezbyt sprzyjającej pogody poświęcamy na turystykę krajoznawczo - etnograficzną.
W każdym razie zwiedzamy kolejno:
- "Wesoły Cmentarz" w Sapanţa - ewenement na skalę światową.
Na nagrobkach przedstawione są praca, lub ulubione zajęcia zmarłego, lub też sposób w jaki zginął.
Trzeba przyznać, że dość makabryczny czarny humor.
Po kilku godzinach nastrój całkowicie inny - wstrząsające Muzeum Ofiar Komunizmu.
W Sygecie Marmaroskim było najcięższe na terenie Rumunii więzienie, gdzie reżim komunistyczny wymordował własną inteligencję - uczonych, duchownych, nawet artystów.
W dawnych celach jest teraz muzeum poświęcone nie tylko ofiarom, ale również wszelkim zrywom przeciwko komunizmowi.
Dumna byłam z tego, ze jest kilka sal poświęconych polskiej "Solidarności".
Na dziedzińcu na dawnym spacerniaku jest pomnik ofiar.
Kolejnego dnia - zwiedzanie skansenu w Sygecie Marmaroskim:
Tradycyjne marmaroskie bramy, zachowane na szczęście nie tylko w skansenie:
Potem wycieczka ze zwiedzaniem kilku cerkwi, z których trzy znajdują się na liście UNESCO:
Deseşti:
Kto zna cyrylicę może przeczytać kogo transportują diabli do piekła:
Budeşti:
Tam nie wolno było robić w środku zdjęć.
Oraz malutka, urocza cerkiewka w Barsana (też nie wolno było robić zdjęć wewnątrz, a wielka szkoda, bo była tam piękna polichromia).
Poza tym odwiedziliśmy miejsce gdzie działa dawna pralka:
Oraz współczesny "cepeliowski" monastyr w Barsana zbudowany na wzór dawnych cerkwi:
Na mnie jednak te małe, autentyczne i stare świątynie robią znacznie większe wrażenie.
Na koniec dnia czekał nas obiad złożony z samych smaczności:
W końcu w środę rano licząc na lekką przynajmniej poprawę pogody wynajęliśmy w już zaprzyjaźnionej firmie transportowej busa i pojechaliśmy w góry (ok. 80 km od naszego miejsca pobytu).
Podchodzimy najpierw ok. 8 km szeroką doliną do miejsca gdzie jest "schronisko", niestety na głucho zamknięte.
W pobliżu pałętają się tylko jakieś zwierzaki, a pracujący w pobliżu drwale powiedzieli nam, że na Popa Iwana Marmaroskiego da się podejść płajem przez Rypę (można bez problemu porozumieć się po rosyjsku, bo rejon ten zamieszkują Ukraińcy).
Specjalnie dla Janka - zwracam uwagę jak atrakcyjny może być współczesny strój turystyczny.
Idziemy dalej szeroką drogą wprost do góry grzbietem Rypy. Droga jest zaznaczona na dwóch mapach - przedwojennej polskiej WIG-ówce (nadal jest to najlepsza dostępna mapa tamtego rejonu, niestety nie obejmowała całości naszej trasy) oraz na wojskowej mapie radzieckiej.
Mimo tego że droga była szeroka dwukrotnie miała ślepe odnogi i gubiła się w krzakach nie do przejścia.
Wtedy wracaliśmy po kilkadziesiąt metrów deniwelacji w dół i próbowali ponownie w inną odnogę drogi.
W końcu po około dwóch godzinach podejścia wyszliśmy na rozległą połoninę, gdzie zrobiliśmy sobie jakieś jedzonko i zaczęli podejście odkrytym terenem.
Niestety pogoda zaczęła się pierniczyć. Mieliśmy bardzo wiele szczęścia, bo tuż przed deszczem dotarliśmy do zagubionego na rozległej połoninie starego i nie używanego szałasu pasterskiego.
Szałas nie był w najlepszym stanie, ale o dziwo do środka nie padało.
Natomiast na nocleg niezbyt się ten szałas nadawał, w środku była po prostu owcza i końska ubikacja. Jedynie stryszek był jako-tako zdatny do użytku. Z braku innego miejsca myśleliśmy już nawet o noclegu tam, chociaż była dopiero godz. 15.
W końcu jednak przestało lać i wyszliśmy ponownie na trasę wznosząc się nadal grzbietem Rypy.
Już nie padało, ale trawa była bardzo mokra, przez co wszystkim przemokły buty, a chwilę później weszliśmy w chmury i zrobiła się taka mgła, że widoczność była w granicach 20 m.
Wg obu map - tej WIG-owskiej i tej radzieckiej jakieś 200 m deniwelacji poniżej szczytu Rypy (ma ona ok 1700 m n.p.m.) prowadził jej zboczem wyraźny płaj trawersujący ją od wschodu. Podchodząc wprost do góry grzbietem nie było szans na niego nie trafić (jeżeli nadal istniał). I na ten płaj mimo mgły rzeczywiście trafiliśmy. Obejście góry trwało około 2 godz. niestety nic nie widzieliśmy.
Powiedziałam grupie "jeżeli do 17 nie spotkamy innego miejsca noclegu - wracamy do tego dziurawego szałasu"
Na szczęście tuż przed 17, w pewnym krótkim momencie wiatr rozwiał chmury i z daleka przed sobą zobaczyliśmy całe zgrupowanie szałasów położonych dość nisko, ale przed nami.
No to już było gdzie spać.
Podeszliśmy bliżej. Ponieważ dochodziła już 18 a do szczytu Popa Iwana było jeszcze ok 500 deniwelacji ponadto kompletnie nic nie było widać zdecydowałam (a wszyscy się z tego ucieszyli) że najbliższą noc prześpimy w szałasie, a kolejnego dnia wejdziemy na Popa Iwana, tym bardziej ze prognozy otrzymane SMS-em z Polski były raczej pomyślne.
Tak więc podeszliśmy do szałasu, miejscowi pasterze (17 letnie rodzeństwo) nie byli zachwyceni naszą wizytą ale udzielili nam gościny.
Ze względu na szczupłość miejsca 4 osoby musiały spać jakieś 500 m dalej w osobnej budce. Tymczasem jednak wszyscy coś zjedliśmy i zaczęli suszyć kompletnie przemoczone buty i skarpetki.
W końcu około 22 położyliśmy się spać. Cztery osoby wyszły spać w osobnej budce, 6 osób na szerokiej ławie, ja na karimacie na podłodze obok butów. W nocy obudziłam się z twarzą niemal w tych butach.
Niestety okazało się, że w nocy nasi "mili" gospodarze nas okradli, najpierw dostali od kolegów czekoladę, a potem w nocy sami przetrząsnęli niektóre plecaki zabierając słodycze i czekolady. Nie ruszyli tych plecaków, które były zawinięte w ochraniacze przeciwdeszczowe (np. mojego).
Jednej z dziewczyn zginęły kijki trekkingowe, na szczęście nie nowe, ale i tak była to duża strata.
Rano była piękna pogoda.
Śniadanie zjedliśmy obok miejsca noclegu naszych kolegów (to ta budka):
Z takim pięknym widokiem na sąsiedni Farkaul:
Jedna z moich ulubionych gór, byłam na niej dwa lata wcześniej.
W końcu zaczęliśmy podejście.
Poniżej naszego pierwszego odpoczynku linia granicy:
Kwiaty na trasie:
Kotły polodowcowe:
I wreszcie na szczycie.
Chmury były na tyle łaskawe, że ze szczytu odsłonił się nam widok na Czarnohorę.
Na ostatnim planie czarnohorski Pop Iwan.
Oraz Pietros i Howerla:
Na pierwszym planie też Pietros - Marmaroski.
Ze szczytu Popa Iwana widać aż cztery Pietrosy - oprócz dwóch wymienionych Budyjowski i Rodniański.
Na szczyt dotarła para Polaków z Bielska, zrobili nam zdjęcie (akurat przyszła chmura i zrobiło się zimno):
Zaczęliśmy zejście.
Rzut oka wstecz - na szczyt:
I w przód - na Farkaul i Michajłek.
Zdjęcie kolegi sprzed dwóch lat (ja wtedy nie miałam aparatu), ze szczytu Farkaula:
I widok dwa lata temu spod Farkaula na Popa Iwana Marmaroskiego.
W tych górach podobają mi się rozlegle szerokie przestrzenie, w żadnych innych znanych mi górach (nawet chyba Alpach) nie czuje się tej przestrzeni tak bardzo.
To ma jednak swoje ujemne strony. Zejście na dół trwało bardzo długo, a w końcu 10 km drogą doliną.
Jednak udało się, złapaliśmy stopa, potem drugiego stopa, w końcu 60 km taksówką (są znacznie tańsze niż w Polsce) wróciliśmy do domu około północy.
Kolejnego dnia tylko łagodny i przyjemny spacer sadami i łąkami w górkach w pobliżu Sygetu Marmaroskiego.
Pogoda piękna, na horyzoncie widać było nawet Gorgany.
I te piękne płoty i ukwiecone łąki.
Na koniec pożegnalny obiad z grilla.
I niestety wyjeżdżamy:
I to by było na tyle.
Basia



