Ostatnio - w połowie czerwca - obdarowała nas sześcioma pięknymi, słonecznymi dniami, ale na tym Jej szczodrość się skończyła.
Dzięki wielkie i za to.
Od naszego powrotu ze Słowacji minął nieciekawy pogodowo tydzień….następny miał być lepszy…
Ryzyk-fizyk….jedziemy w poniedziałek 29.06 – wyjątkowo koło południa.
W Olkuszu moją radość z tego wyjazdu zastąpiła ogromna trauma – wjechaliśmy w potężną burzę z oberwaniem chmury i sporej wielkości gradem.
Zestresowana , przepłynęłam – dosłownie - jakoś przez ten Olkusz wzburzoną rzeką, rwącą przez drogę na Kraków.
W pewnym momencie musiałam stanąć, bo miałam wrażenie, że grad zaraz powybija mi szyby i na tym nasza podróż się zakończy w miarę szczęśliwie – jeśli się nie potopimy.
Przypomniała mi się ubiegłoroczna podróż do Poznania, o której wolałbym nie pamiętać…
Na szczęście po wyjeżdzie z Olkusza, do samego Zakopanego, była ładna pogoda.
Po rozpakowaniu bagaży, poszliśmy do Kuźnic zobaczyć, jak przedstawia się możliwość wjazdu kolejką na Kasprowy jak najwcześniej rano, bo jedna z naszych wycieczek tak była zaplanowana.
Spokojny, bez pośpiechu spacer pozwala zwrócić uwagę na to, czego się zwykle nie zauważa pędząc w góry.


…..między innymi – ciekawą ekspozycję starych fotografii, poświęconą Zakopanemu sprzed lat, przewodnikom tatrzańskim, a zwłaszcza Tytusowi Chałubińskiemu..


Po malowniczym zachodzie słońca – wieczorne spotkanie z naszymi przyjaciółmi, których zapewniłam, że w tym tygodniu pogoda będzie trochę lepsza.
I była

Jedna z wycieczek, o której od dawna myślałam, to przejście z Tatrzańskiej Kotliny Doliną Rakuską do Schroniska pod Szarotką, potem Przednie Koperszady, Dolina Białych Ples, Przełęcz pod Kopą Bielską, Zadnie Koperszady, i Doliną Javorovą do Tatrzańskiej Javoriny, gdzie na parkingu będzie czekało nasze autko. Wprawdzie marzyłam o jesiennej łazędze, ale i letnia okazała się bardzo ładna, a to m.in. za sprawą kolorowych, wspaniale ukwieconych szlaków.
Wczesny, bardzo ciepły ranek, rosa, głośny śpiew ptaków, no i te zapachy….
Lekki niepokój wzbudzały ciemniejsze chmury plątające się gdzieś po horyzoncie, ale nie wyglądały na bardzo grożne – i w sumie nie były.




Dość oryginalna huba – jak choinkowa bąbka.

Na stokach Ryniasu widać ślady świeżej lawiny – prawdopodobnie tej, która zasypała na wiosnę ojca z córką.

Przy samym końcu leśnego szlaku, tuż przed Chatą Plesnivec weszliśmy w ciemną, niską chmurę,.
Zrobiło się szaro i ponuro jak w filmie typu horror – tylko wilkołaka wyglądającego zza krzaków brakowało
Burknęło niegrożnie ze trzy razy, popadało 10 minut i wyszło słoneczko. Uff….

To na szczęście nie pożar….

W Plesnivcu oczywiście zupa cesnakova, ale bez piwka, bo po wczorajszym póżnowieczornym, a właściwie już nocnym zakończeniu przyjacielskiej, powitalnej wizyty u Steni i Tadeusza – jakoś nie mieliśmy ochoty….. a co gorsza ….kondycji


Na Polanie Rakuskiej - pobojowisko, pozostawione przez lawinę, która zeszła w Tatrach Bielskich spod Bujaczej Przełęczy, albo Jatek… Tu widać, jak musiała być ogromna….
Połamane jak zapałki i powyrywane z korzeniami drzewa, zmaltretowana kosodrzewina – zniszczenia ciągnące się przez długi odcinek szlaku….
W tym roku można zauważyć dość sporo takich zniszczeń po wielkich rozmiarów lawinach.

Bardzo urokliwa Dolina Przednich Koperszadów

Mieliśmy ochotę zajrzeć nad Zielone Pleso do Kieżmarskiej, ale tam właśnie wybudował się elegancko cumulonimbus i nie bardzo miał ochotę ruszyć się z tego pięknego miejsca.
Posiedzieliśmy trochę na ławkach przy rozstaju szlaków, czekając na rozwój sytuacji – czy aby nie będzie burzy z tego chmurzyska…
Na szczęście było spokojne, powoli zaczęło się zbierać w stronę Doliny Pięciu Stawów Spiskich, a my – w stronę słońca – na Przełęcz pod Kopą Bielską.




Kolejny przystanek na Wyżniej Przełęczy pod Kopą Bielską.
Bardzo ładna okolica, mnóstwo kwiatów, trochę pozostałości po zimie, dużo słońca i białe obłoczki do ozdoby błękitnego nieba….


Z daleka widać coś, co przypomina wieniec z szarfami. Zaciekawiona, podeszłam bliżej i faktycznie – uschnięty już, niewielki , a w środku, w ładnej ramce, zdjęcie młodego, świetnego chłopaka, zrobione gdzieś w górach….
Ech….muszę przyznać, że mnie ścisnęło….
Przewodnik Nyki wspomina Karela Jakesa, znakomitego słowackiego himalaistę, który zginął w 2002 r. pod lawiną spod Przednich Jatek ……czyżby to ku Jego pamięci…..

Po chwili zadumy, trzeba ruszać dalej…




Wysoko na skale wypatrzyliśmy dorodną, samotną kozicę.

W Dolinie Zadnich Koperszadów znów mruknęło, lekko i krótko pokropiło ciepłym kapuśniaczkiem.
Marzyłoby mi się, żeby wszystkie takie burze chciały być w Tatrach…..


Tradycyjne zdjęcie z misiami.

A po „burzy” słońce

Na koniec wycieczki prawdziwa uczta dla oczu.


Ostatni rzut oka na – z każdego miejsca inaczej wyglądający – Murań i przez Javorovą na parking do autka.

Bardzo ładna wycieczka, myślę o powtórzeniu jej w jesiennych kolorach.
Może się uda...
W kolejnym dniu – czas na realizację następnej mojej od dawna planowanej wędrówki – Doliną Cichą na Zawory.
Na ten dzień zapowiedzieli dużo chmur i gwałtowne burze, ale ranek piękny, błękitny…
Nic nie wskazuje na potwierdzenie tej prognozy.
Tak bardzo chciałam tam iść, że nie uwierzyłam pogodynce, chociaż wiem, że w górach pogoda z pięknej w koszmarną może się zmienić w ciągu pół godziny albo i szybciej.
Mój „pogodowy nos” jednak podpowiadał, że nie będzie żle.
Dodatkowo poprosiłam mojego Anioła Stróża Górskiego, żeby chociaż do 15 godz. taka aura się utrzymała.
Był tak łaskawy, że dał mi czas do 17
Pierwszy wjazd na Kasprowy o godz. 7 rano – kolejka do kolejki sięga schodów.
No ładnie, jeśli nie wyjedziemy najpóżniej do godz. 8 – to odłożymy tą wycieczkę na inny termin.
Okazało się, że przy pełnym obłożeniu kolejka odjeżdża co 10 minut, zabierając połowę osób mieszczących się w wagoniku, czyli – 30.
W ten sposób, niespodziewanie wyjechaliśmy trzecim kursem o 7.30.

Pogoda – jak marzenie.
Wszyscy w stronę Świnicy lub Goryczkowych, a my jedni w dół do pięknej Doliny Cichej.
Jesienią wygląda przecudnie, ale w zieleni też robi wrażenie, które potęguje mocny, słodkawy zapach kwitnących jarzębin.
Cały urok psują wszechobecne muchy, dokuczliwie brzęczące nad głową przez całą drogę.
Nie ma na nie rady, trzeba się przyzwyczaić….. czerwiec…
I tu znów sporych rozmiarów lawina spod Goryczkowych Czub, zrujnowała tą piękną okolicę i wykosiła drzewa aż po drugiej stronie szlaku biegnącego dnem doliny…
Bardzo smutny widok….





Powoli wkraczamy w tereny nieznane – Dolinę Wierchcichą.
Towarzyszy nam głośny szum potoku, mijamy piękną kaskadę spadającą gdzieś z wysoka i mnóstwo rozkwitniętych w tym miejscu goryczek.….
Cały czas bacznie obserwuję niebo, ale na razie powodu do niepokoju nie ma.
Gromadzi się wprawdzie coraz więcej białych obłoków gdzieś nad Zachodnimi, ale póki co - jest dobrze.




Jeszcze ostre podejście do góry i cel naszej wędrówki osiągnięty – Zawory…
Widok stąd przedni na wszystkie strony, ale z największym sentymentem patrzyłam na Dolinę Ciemnosmreczyńską, gdzie niedawno byliśmy i Hlińską, do której bardzo wybieramy się w sierpniu. Obie trudnodostępne i trzeba się trochę pomęczyć, żeby móc się nacieszyć ich widokiem, ale – co zawsze powtarzam – góry swojej urody tanim kosztem nie pokażą….
Kilka godzin marszu pod górę, pół godziny na miejscu i kolejne kilka godzin w dół, co wcale nie jest łatwiejsze – wbrew pozorom….
Mieliśmy zamiar zrobić tu sobie dłuższy odpoczynek, ale miliony much na to nie pozwoliły.
Muchy w czerwcu mi nie dziwne, no takiej chmary jeszcze nigdy nie spotkałam w żadnym miejscu – szok.
Nie pomagało machanie czapką, czy chustką, opędzaliśmy się – z dość marnym skutkiem – naszymi tzw. poddupnikami, a słychać było tylko trzask much o dość sporą, płaską powierzchnię tego „urządzenia”. Zrobienie w miarę dobrego ujęcia kadru w tych warunkach, bez setki much w obiektywie – graniczyło z cudem.
Po prostu – wszystkie zdjęcia – na chybił trafił. Małżonek machał, a ja z znienacka w ułamku sekundy pstrykałam, nie widząc za bardzo co…
Jakaś plaga egipska w Tatrach….






Z powodu małej awarii, zdecydowaliśmy się przejść z Przełęczy Gładkiej do Doliny Pięciu Stawów.
Za ten czyn niecny i niegodny (ale konieczny niestety











Niech żyją wakacje

Po dłuższej chwili, towarzystwo zebrało się do wyjścia, zrobiło się cicho i spokojnie, można było dać odpocząć strudzonym w pełnych butach nogom i trochę je przewietrzyć.
O ich wyglądzie i zapachu nie wspomnę….

Po naszej stronie w Piątce i w Roztoce wydawało nam się, że muchy nie istnieją na świecie. Kilka fruwających nie wartych było uwagi.
Zeszliśmy czarnym szlakiem w dół i dopiero przy Wodogrzmotach zachmurzyło się i zaczęło padać, ale już tu, nisko, na szosie - to niechby i żabami…..
Popadało wpierw dość mocno, potem lekko siąpiło do wylotu drogi ze Starej Roztoki.
A w Zakopanym ponoć było oberwanie chmury.
Mimo zapowiedzi - burzy nie było żadnej w tym szczęśliwym dniu
Za to w następnym była.
Tym razem mój „pogodowy nos” radził mi siedzieć na tyłku i nie iść wysoko w góry.
Posłuchałam.
Jak nie w góry – to oczywiście do Małej Łąki – a tam ….


Po chwili odpoczynku, młodzież nie bacząc na prognozy poszła w stronę Przełęczy Kondrackiej, a my po dość długim – na Przysłop Miętusi, na który też bardzo lubię zajrzeć.
Ławka oczywiście oblepiona.
Poszliśmy w stronę Stanikowego Żlebu i tam siedliśmy na trawie, na bardzo przydatnym czasami wynalazku, wspomnianym wyżej „poddupniku ”i tam spokojnie kontemplowaliśmy widoki.

Po jakimś czasie nad Czerwonymi Wierchami zaczęło robić się ciemno i grzmieć.
Nadleciał goprowski helikopter . Okazało się, że piorun poraził turystkę z Torunia i konieczna była szybka pomoc. Obserwowaliśmy całą akcję na Przełęczy Kondrackiej przez lornetkę, bo burza przechodziła nad samymi górami, a nad resztą świeciło słońce. Wszystkie czarne chmury poszły nad Tatry Zachodnie i ten biedny Witów, który ostatnio tak ucierpiał.
Teraz znów tam lało, bo aż stąd było widać, a właściwie to tam świata nie było widać….
Zachodnie na dzisiaj mieliśmy w planie….trzeba mieć trochę szczęścia…i przeczucia.

Zejście przez Staników Żleb i spacerem Pod Reglami na parking do Gronika, przy słonecznej w tej okolicy pogodzie. Po dwóch dniach dalekich wędrówek przydał się taki lajtowy dzień.

W kolejnym dniu miało być jednodniowe załamanie pogody…
No trudno, jeśli musi….
Nie było jednak bardzo żle, i mimo, że chmurzyska trochę straszyły, postanowiliśmy iść gdzieś niedaleko - na wszelki wypadek, gdyby trzeba było wiać w tempie szybkim z powrotem.
Spacer na Kalatówki, a po drodze do Kuźnic - przemiłe spotkanie z forumowym Olafem, który z bratem wybrał się do Gąsienicowej.
Oczywiście poznał nas po naszywce na plecaku i pierwszy się odezwał.
Bardzo sympatycznie sobie porozmawialiśmy aż do rozejścia szlaków w Kuźnicach.
Jak zwykle nie obeszło się bez pamiątkowej fotki

W miarę upływu dnia ładnie się rozpogodziło i nawet trochę żałowaliśmy, że nie poniosło nas gdzieś dalej….
Zajrzeliśmy jeszcze na Kondratową, gdzie oczywiście …… niech żyją wakacje….grupy kolonijne, obozowe, młodsze, starsze – do wyboru…do koloru….
Grupa młodzieży odtańczyła jakiś dziki taniec indiański na zakończenie pobytu przy schronisku i ruszyła dalej, a my po nacieszeniu widokami i niespodzianką pogodową na plus, wróciliśmy na kwaterę, gdzie czekało nas spotkanie przy kawce i dobrym ciachu z przyjaciółmi w Groniu.
Precz z gorzałą


No i sobota – zapowiedzieli piękną pogodę – samo słoneczko, bez jednej chmurki, cud miód…
Akurat…..
Idziemy na Błyszcz i Bystrą w Zachodnie.
Rano faktycznie – ładnie. Na parkingu w Siwej Polanie jak zwykle skorzystaliśmy
Potem coraz więcej chmur nad górami, a po wyskrobaniu na Siwą Przełęcz – widok piękny niesłychanie
Ech…… chyba żegnaj Bystra w dniu dzisiejszym…
Usiedliśmy wraz z kilkoma osobami, które dotarły tam chwilę wcześniej - z zamiarem cierpliwego poczekania na cud….
Kto czeka, ten się czasem doczeka – mimo, że nie liczyłam za bardzo na to, powoli zaczęły odsłaniać się doliny po obu stronach Ornaku.
Widok wspaniały, choć zdjęcia tego nie oddają…
Kurtyna chmur podnosi się powoli i ukazuje podświetlone słońcem doliny, a potem szczyty…..cudeńko..
Niestety czarny, postrzępiony i grożnie wyglądający kołtun stanął nad Bystrą i Błyszczem, nie przejawiając najmniejszej ochoty i zamiaru ustąpić.
Ile można czekać……ruszyłam zrezygnowana Ornakiem w stronę zejścia do Iwaniackiej, małżonek z wielką niechęcią podążył za mną.







Kiedy przeszliśmy Siwe Skały i szczyt Ornaku - pięknie się odkrył cel naszej wycieczki.
Co musiałam wysłuchać na temat mojego tchórzostwa, nie muszę chyba pisać
Trochę mi było szkoda, ale nie miałam chęci i odwagi iść w tą chmurę – z całą pewnością, że się steramy, być może zmokniemy, na pewno zmarzniemy, a kompletnie bez pewności, że cokolwiek zobaczymy….
No cóż, mam respekt przed górami i nic na to nie poradzę.
Ryzyka też nie lubię - w żadnej sprawie.
Trudno, spróbujemy innym razem.
Z Ornaku widoki również piękne, na dziś muszą wystarczyć.



W niedzielę wracamy do domu, ale ponieważ pogoda z rana ładna, o ósmej godzinie idziemy na Gąsienicową, pożegnać się z Tatrami.
Na popołudnie - oczywiście - zapowiedż burz.

Szybciutko przez Jaworzynkę, nie schodzimy do schroniska – szkoda widoków , a te wysoce oryginalne.




Pół godziny koło szałasu i powrotem Jaworzynką do Kuźnic.
Na stałym punkcie odpoczynkowym – po zakończeniu podejścia przez las – rozmawiamy ze starszym małżeństwem idącym do Gąsienicowej. Oboje po osiemdziesiątce
Za parę minut po naszym powrocie na kwaterę nadeszła burza.
Szczyty skryły się w czarnych chmurach i solidnie, choć niezbyt długo polało.
Pomyślałam o tych, co nie zeszli z gór….
Nam i tym razem się upiekło
Mimo, że pogoda kapryśna i niepewna, udało się kilka cudownych chwil spędzić w moich pięknych, kochanych Tatrach i prawie w całości zrealizować plany związane z tym wyjazdem.
Wróciłam zadowolona.
Ala






