__________Mały rekonesans w Pieninach__________
_______________Założenie_______________
Na długi majowy weekend postanawiamy wybrać się w Pieniny. Martwimy się nieco o pogodę, bo ta nieprzewidywalna jest w tym roku wyjątkowo. Naszym celem jest m.in. grzbiet Małych Pienin. Gdyby jednak pogoda na całej linii zawiodła, to postanawiamy pocieszyć się zwiedzaniem ciekawych miejsc, których tutaj nie brakuje. Lokujemy się w schronisku "Orlica", które swym położeniem zabezpiecza nam mały rekonesans.
Słoneczne Boże Ciało zabrała nam podróż. Piątek okazał się dniem do zwiedzania.
_______________Droga Pienińska_______________
Szczawnica jest zdrojem od dwustu lat. Długa tradycja pobytów "u wód" dziś także określa jej klientelę. Zejście ze szlaku i paradowanie bulwarem nad Grajcarkiem w zabłoconych butach wśród socjety kuracjuszy nie należy do dobrego tonu. W XIX w. Józef Szalaj, dawny właściciel Szczawnicy, utalentowany budowniczy uzdrowiska, napisał "Przewodnik dla podróżujących do wód". Z myślą o nich w l.1870 - 1875r. sfinansował budowę polskiego odcinka (do Leśnego Potoku) Drogi Pienińskiej. Dzieło dokończyła krakowska Akademia Umiejętności. Droga Pienińska nadal stanowi jedną z największych atrakcji dla kuracjuszy i turystów, którym w ten sposób zabezpieczono spacerowe przejście z widokiem na Przełom Dunajca. Schodząc ze schroniska "Orlica" trafiamy wprost na historyczną Drogę Pienińską, oznakowaną czerwonym szlakiem. Po zniesieniu granic polskiej i słowackiej prowadzi ona bez przeszkód do Czerwonego Klasztoru i tam się kończy. Choć pogoda nieszczególna, na Dunajcu panuje ożywiony ruch i gwar, zdecydowanie większy niż na samej drodze. Ukazują się liczne tratwy i kajaki z turystami. Tomasz Rzeczycki w "Górach Polski" o Pieninach pisze tak: "Rzadko ludzie wyjeżdżają w jakieś góry głównie po to, aby popływać". Te słowa oddają charakter tego miejsca. Ze zdziwieniem postrzegam, że ta ożywiona atmosfera nie przeszkadza brodzącemu przy cyplu czarnemu bocianowi. Ten rzadki, pod ścisłą ochroną, rybołowny ptak, z natury bardzo płochliwy i unikający siedzib ludzi widać zmienia swoje obyczaje. Może na którejś pobliskiej dorodnej lipie ma swoje gniazdo? Pięknie ubarwione na czerwono dziób i nogi świadczą o tym, że jest już dorosły. Droga Pienińska obfituje w krajobraz wypiętrzonych skał. Hukowa Skała, Wylizana, urwiska Sokolicy z wierzchołka której ponoć strącano skazańców, bielejące ściany Świniej Skały. To właśnie u stóp Samej Jednej prawdopodobnie Dunajec osiąga największą głębokość - 10 metrów. W okolicach Golicy próbujemy ustalić dokładne miejsce wywierzyska zwanego- Stuletnim Źródłem Zimą byłoby nam łatwiej, bo ma ono stałą kilkustopniową temperaturę, co sprawia, że nigdy nie zamarza. Idąc Drogą Pienińską nie sposób nie wspomnieć Janosika. Za przewężeniem Dunajca o nazwie Zbójnicki Skok legendarny zbójnik przeskoczył rzekę i na dowód odcisnął w skale ślady swoich kierpców. Zadziwia pamięć o Janosiku, który bądź co bądź zbójnikiem został z przypadku i zbójował niecałe dwa i pół roku, a przecież byli od niego bardziej w rzemiośle wytrwali. Ponoć nieśmiertelność swą zawdzięcza kobietom, które hojnie klejnotami obdarowywał, a te sławiły go i... doprowadziły do zguby. Gdyby nie zdrada jednej z nich może pożyłby znacznie dłużej karpacki rozbójnik niż dwadzieścia pięć lat? Mijając dużą zieloną łąkę na której Słowacy wybudowali amfiteatr, którego scena symbolizuje Trzy Korony, mostkiem przechodzimy potok Lipnik i zza drzew wyłaniają się przed nami mury okalające Czerwony Klasztor.
_______________Klasztor nad Dunajcem_______________
Słynny Czerwony Klasztor we wsi Červený Kláštor (Szwaby Niżne) został otynkowany na biało. Zastanowiło mnie dlaczego to zrobiono? Pierwotnie był ponoć czerwony. Gdy powstawał, a było to średniowiecze, spiekana na czerwono cegła stanowiła jeden z podstawowych budulców tego rodzaju obiektów. Dolina w której klasztor stoi nosi nazwę Świętego Antoniego Wielkiego - egipskiego pustelnika (tylko nie tego trzymającego na rękach Dzieciątko Jezus, którego widzimy prawie w każdym kościele, bo ten to jest św. Antoni Padewski skrajnie różniąca się postać). To on, nim został świętym, zapoczątkował nową formę religijności, która polegała na oddaleniu się od ludzi i życiu w samotności Samotność tę charakteryzował bardzo skromny tryb życia, asceza, modlitwa i kontemplacja. Nie udawało się Antoniemu w spokoju pędzić obranego żywota, ponieważ stale ktoś się do niego dołączał pragnąc go naśladować. Anachoretów (z gr. oddalić się/odchodzę) przybywało tak wielu, że w końcu powstał nowy ruch religijny o nazwie monastyczny, bardzo popularny we wczesnym średniowieczu, którego niezamierzonym twórcą stał się św. Antoni Pustelnik. Dolinę nad Dunajcem obrali sobie jedni z tych, którzy uprawiali jego kult, stąd jej nazwa. Nie wiadomo czy do dzisiaj przetrwałaby o nich wzmianka, poza nazwą skał: Siedem Mnichów, gdyby nie zbrodnia, którą popełnił jeden z możnych tamtejszej ziemi rodem z Brezowickich. Zabił drugiego możnego i sąd orzekł, że by zapewnić zbawienie duszy zamordowanemu winowajca musi założyć sześć klasztorów. I tak powstał w miejscu dawnej pustelni Czerwony Klasztor. Wybudowali go w XIV w. sprowadzeni kartuzi - zakonnicy o podobnej jak wcześniejsi eremici bardzo surowej formie życia zakonnego. Późniejszym kontynuatorem podobnych zwyczajów był zakon kameduli. Ślady ich następującej po sobie działalności, łącznie ze stylami architektury: gotyku i baroku możemy podziwiać do dziś. Rekonstrukcja klasztornego muzeum nadal trwa. Ale i tak to co jest dostępne stanowi niezwykłe historyczne bogactwo. We wnętrzu ekspozycje zaaranżowano tak, jakby życie mnichów toczyło się nadal. W kościele rozlegają się psalmy.



Udziela się nastrój kontemplacji: milczący mnisi w białych habitach odosobnieni w swych domkach- celach pędzą swój żywot. Skupieni na rozmyślaniu, modlitwie, pracy, nauce, przepisywaniu ksiąg, wykonywaniu pieśni, w stałym poście o chlebie i wodzie. Uprawiają różnorodne zioła w swych małych zamkniętych ogródkach. Tylko przy nadzwyczajnych okazjach wolno im przebywać we wspólnocie, a i wtedy obowiązuje milczenie. Pokazują sobie wewnętrzną stronę dłoni, na których każdemu człowiekowi linie papilarne układają się w literę "M". Oni niemo je odczytują: "Memento Mori". Z wewnętrznego dziedzińca klasztoru stale towarzyszy im widok na skalne turnie Trzech Koron, uważany przez współczesnych za najpiękniejszy.

Dzieje klasztoru są barwne i bogate. Nie brakuje w nich okresów prosperity przynoszącej zakonowi splendoru i bogactwa, ale także i okresów upadku, powodowanego niespokojnym ruchem husytów i reformacją, obfitującym w napady, mordy i grabieże, a także zawirowań politycznych i związanych z nimi drastycznych decyzji skutkujących likwidacją zakonu, by po jakimś czasie, gdy tylko wiatr zawiał z innej strony, mógł się na nowo odrodzić, by ostatecznie upaść w XVI w. Ma klasztor swoje legendarne postaci: dwóch zakonnych braci kameduli: Cypriana i Romualda. Pierwszy, pochodzący ze Śląska, rozsławił Czerwony Klasztor daleko poza jego granice. Jego wszechstronne wykształcenie nie miało sobie równych: niezwykły lekarz, aptekarz, znawca "tysiąca rzemiosł". Do dziś funkcjonuje przekaz o tym jak zbudował lotnię i ze szczytu Trzech Koron doleciał do Morskiego Oka w Tatrach. Ponoć gdy biskup się o wyczynie mnicha dowiedział, kazał publicznie spalić wynalazek i ostro zareagował na herezję. Legenda z kolei głosi że gdy zakonnik wzniósł się w niebo, Pan Bóg widząc to, srodze się rozgniewał. Ze stworzeń bożych tylko ptakom zezwolił w przestworza wzlatywać. Za karę zamienił zakonnika w skałę - stąd mamy nad Morskim Okiem Mnicha. W recepcji można kupić pamiątkę, która przedstawia brata Cypriana w locie. Brat Romuald natomiast słowackim sercom jest nader bliski, bo to jemu badacze przypisują autorstwo pierwszego słowackiego słownika i pierwszy przekład biblii w rodzimym języku.
Trudno dzisiaj to miejsce nazwać odosobnionym. Turystów wszelkiej maści w nim bez liku. Jednak spora ich część nie fatyguje się zwiedzaniem. Zatrzymują się po drodze przy zewnętrznym dziedzińcu gdzie są kramy i gospoda. Gospoda, zachwyca średniowiecznym stylem architektury ale nie jakością jadła. Choć można płacić w niej nadal złotówkami, to jej nie polecam.
Na temat Czerwonego Klasztoru w przewodnikach i internecie jest sporo informacji, często jednak sprzecznych. Na miejscu możemy otrzymać w języku polskim bezpłatny folder, wydany przez tamtejsze muzeum, ładnie opracowany, w którym wiadomości o tym zabytku wydają się naprawdę rzetelne.

_______________Przełomem Leśnego Potoku_______________
Po wyjściu z Czerwonego Klasztoru pogoda nadal na dwoje wróżyła. Pomimo burzowych chmur i kropli deszczu decydujemy się na inną drogę powrotną. Niebieski szlak prowadzi nas do Leśnicy. Podjęliśmy słuszną decyzję. Chmury przeszły bokiem, a nam towarzyszył piękny Przełom Leśnego Potoku. Szlak bardzo przyjemny i dostarczający miłych wrażeń. Wieś Leśnica położona w samym wnętrzu Pienin zrobiła na nas wrażenie. Przechodziliśmy jej starszą częścią ze ścisłą zabudową leciwych domków. Prawie każdy z nich miał małe nisze z umieszczonymi w nich świętymi. Bardzo mi się to podobało.

Byliśmy też w zabytkowym kościele z 1757r. Po wyjściu z kościoła idąc w górę weszliśmy na żółty szlak. Pora łagodnego zmierzchu sprzyjała krajobrazowi. Dochodząc do byłego turystycznego przejścia granicznego zatrzymuje nas rozległy stamtąd widok: Sokolica traci nieco na swej powadze bo jawi się jak góra z irokezem. W masywie Trzech Koron ładnie wyróżnia się Ganek, Płaska Skała i Pańska Skała. Na pierwszym planie Sama Jedna i Wylizana. Stąd droga (znakowana na niebiesko) prowadzi wprost do schroniska. Po chwili robi się naprawdę stromo, co przy towarzyszącym błocie nie jest przyjemne. Musimy schodzić zachowując ostrożność. W dużych kroplach deszczu kończymy marszrutę, zadowoleni, że udał nam się plan dnia.
_______________Grzbietem Małych Pienin_______________
Po przebudzeniu wzrok trafia prosto w okno. A tam dzień rokuje nadzieję: chmury kłębiaste ale szarpane wiatrem odsłaniają połacie błękitu, a na pościeli słońce tasuje cienie gałęzi.
Idziemy na Wysoką ( 1050m) - najwyższy szczyt Pienin, szlakiem grzbietowym Małych Pienin. Tuż za schroniskiem wchodzimy na tę samą drogę którą wczoraj wracaliśmy. Ślisko i stromo. Wychodzimy na polanę i chwilę odpoczywamy. Obserwujemy grupę wesołych turystów w średnim wieku. Mężczyźni na głowach mają zabawne peruki. Z krótkiej rozmowy wynika, że to grupa "starych" przyjaciół. Świętują przejście na emeryturę i rocznicę pierwszego ich pobytu w Pieninach - bo w nich właśnie, na tym szlaku przed laty zawiązała się ich przyjaźń. Wkrótce osiągamy grzbiet Małych Pienin. Po drodze widoki z okolic Szafranówki. Z Cyrhli schodzimy na rozległą trawiastą przełęcz. Z niej na Durbaszkę (934 m) skąd rozległe widoki także na Tatry.

Tu najwięcej turystów zatrzymuje się by je fotografować. Pogoda jak ją ostatnio określają media: "dynamiczna". Chłodny wiatr ostudza chęć postoju. Docieramy do pasterskiego szałasu. Owce upatrzyły sobie jedno z drzew i urządziły pod nim sjestę.

Pytam juhasa czy mogę wejść do chaty. Pozwala. Siadam na ławie i po chwili moje oczy przegryza piekący dym z paleniska. Wiem, że to potrwa i ten moment muszę przeczekać. Potem już bez przeszkód nasiąkam aromatycznym, oscypkowym zapachem. Juhas jest rozmowny i gościnny. Za swą ciężką pracę i niewygody zarabia dziesięć tysięcy przez sezon. Doskwiera mu tegoroczna pogoda i częste burze: kilka dni temu tuż przed chatą piorun walnął w drzewo, rozłupując jego pień Zaginęła też mała owieczka, o tyle dobrze, że za bytności bacy, bo jakby się z tego faktu wytłumaczył?. Dostaję gorącej herbaty, chleb i oscypek. Ociągam się z opuszczeniem tego miejsca. Gdy docieramy do polanki Kapralowa Wysoka pogoda stabilizuje się. W ogóle wchodząc na Wysoką jestem zaskoczona. Jeszcze kilka lat temu wejście było bardziej "honorne". Teraz najtrudniejsze odcinki pokrywa konstrukcja metalowych stopni. Jedynie na początku zachowały się jeszcze drewniane rozklekotane poręcze i dawna trudność w podejściu, szczególnie w błocie. Widok z Wysokiej jest imponujący: na Pieniny, Babią Górę, Gorce, Tatry.



Alan chwilę fotografuje i schodzimy w dół. Docieramy do Polany pod Wysoką. To bardzo urokliwe miejsce.

Kierujemy się do Wąwozu Homole. Jest już późne popołudnie i na szlaku ruch niewielki co nas cieszy, bo zwykle w tym miejscu tłumnie bywa, a szczególnie w rejonie Dubantowskiej Dolinki, w której spoczywają Kamienne Księgi. Zwietrzone wapienie ułożyły się tak specyficznie, że chce się podejść i otworzyć którąś z "okładek" wielkiej księgi. Łemkowie wierzyli, że w nich zapisane są ludzkie losy. Wąwóz jest wąski a na jego dnie szumi potok Kamionka. Przystajemy by napatrzeć się i sfotografować jedną z urokliwych kaskad, które tworzy. Przejście wąwozu też udoskonalono - w większości zniknęły drewniane pomosty, schodki i poręcze, a w ich miejsce tak jak na Wysoką wkroczyły metalowe konstrukcje. Po obu stronach piętrzą się wapienne skały. Przewodniki podają, że dochodzą one do 120 m wysokości. Wszystkie ciekawsze miejsca opatrzono tablicami informacyjnymi. Na jednej z nich taki oto cytat: "Homole to miniatura Pienin z ich dzikością, romantyzmem i malowniczością, to zakątek stworzony z kamiennego uroku, z wody i zieleni&"* Po czym następuje wyjaśnienie całej genealogii tego miejsca. Moją uwagę zwróciła kopia zdjęcia Wąwozu z 1937r. nieznanego fotografa. Sukcesja tego miejsca bardzo zmieniła obecny jego wygląd. W owym czasie wąwóz służył do bezpiecznego wypasu owiec, które w nim nie pilnowane nie gubiły się. Na zdjęciu widoczni są ówcześni jego gospodarze - rusini w swych charakterystycznych strojach. Tutaj znajduje się też platforma widokowa do obserwacji rzadkiego, bo występującego tylko w Pieninach, uważanego za najpiękniejszego z motyli - niepylaka apollo. Obecnie mówi się, że przetrwał on swój kryzys. Naukowcy poświecili wiele lat pracy by go uratować. Często podkreśla się ,że niezwykle rzadko przeprowadza się na taką skalę naukowe operacje jak w przypadku tego motyla. W każdym razie myślano, że w Polsce już wymarł. Jednak okazało się, że przetrwał jedynie w Pieninach, ale w znikomej już ilości Podjęto się reintrodukcji. Naukowcy wyłapali ostanie sztuki żywych motyli i za ich pomocą założyli hodowlę. Ale te nie chciały się rozmnażać, bo osłabieniu uległ materiał genetyczny. Z pomocą przyszli Słowacy, w ich części Pienin uchowały się ostoje tego motyla. Po licznych biurokratycznych korowodach sprowadzono larwy do Polski i rozpoczęto program. Jednocześnie zadbano o to by odtworzyć im zniszczone warunki do życia: polany i roślinę którą się odżywiają, a którą między innymi zagrożeniami turyści licznie wyrywali sobie do ogródków. Dziś tych pięknych motyli fruwa w Pieninach już 1000. Gdy rozwiną skrzydła ich rozpiętość dochodzi do 9 cm. Z wielkim trudem go odtworzono - szczegóły tego są zadziwiające. Motyl ten jest najczulszym barometrem na pomiar zanieczyszczenia powietrza w Pieninach. Naukowcy twierdzą ,że jeśli cokolwiek złego się będzie w tych górach działo apollo pierwszy o tym zasygnalizuje. Warto wybrać się na jego obserwację w miesiącu lipcu, bo wtedy można go zobaczyć jak sobie fruwa, a wcale nie jest płochliwy. Wychodzimy z wąwozu pełni wrażeń i zadowoleni, że kolejny dzień spełnił nam się. W Jaworkach bez przeszkód udaje nam się wsiąść do busa, którym dojeżdżamy do Szczawnicy. W niej robimy sobie krótki rekonesans, właściwie spacer. Dostrzegamy przepiękne położenie tego miejsca, wiele budynków o ciekawej architekturze. Nie można odmówić Szczawnicy klimatu. Bulwarem wzdłuż potoku Grajcarka kończymy nasz pobyt w Małych Pieninach. Jeszcze na chwilę zatrzymuje nas uroda potoku Grajcarka. Płynie wartko swoim kamienistym dnem, dzięki któremu jest tak urokliwy. Wytrwale pokonuje skalne progi by tuż za mostem, na przedprożu Drogi Pienińskiej połączyć się z rwącymi wodami Dunajca.
Tekst Izabela
Zdjęcia Alan
*cytat aut. Jana Wiktora umieszczony na tablicy informacyjnej Wąwozu Homole





