świster pisze:Z jedenj strony ryzyko samotnego łażenie, a z drugiej samopoczucie psychiczne nie najlepsze, bo odpowiadasz za druga osobę.
Fanzolisz kolego jak tajski nosorożec. Odpowiadam jak prowadzę kogoś wyraźnie młodszego, np. dziecko. Albo panienkę, niezależnie od rodzaju (żona, narzeczona, przyjaciółka itp). To najgorszy z możliwych układów - żadnych bab w górach, babom mówimy nasze twarde, proletariackie, pryncypialne - NIE - *1
Natomiast jak idziesz w góry z prawdziwym partnerem (tak jak w moim przypadku np. z Kościstym) to opcja jest zerowa - ja odpowiadam za niego, on odpowiada za mnie.
Spotkałem się z teorią, że górscy samotnicy wywodzą się z trzech grup:
- nieśmiałych, którzy po prostu nie potrafią się z kimś poznać,
- nieufnych - co to się boją, że kolega zrobi im kłopot,
- o dużej potrzebie dominacji nad innymi - z takimi nikt nie chce się zadawać.
Do której byś się zakwalifikował?
Jeden znajomy GOPR-owiec (wówczas nie było TOPR) kiedyś stwierdził, że wszystkich samotników tatrzańskich nalażałoby powiesić na rynku w Nowym Targu - mieliby wtedy o conajmniej połowę i to tej najbardziej uciążliwej roboty. Ponieważ jestem z natury prawdomówny więc od razu dodam, że rozmowa toczyła się w knajpie i dość dużo wtedy wypiliśmy. *)
*1 - Mam nadzieję, że bywające tu Panie i Panienki nie wzięły tego nadmiernie dosłownie. Jestem w tej mierze radykałem, ale bez przesady...
*2 - Wy, teraźniejsi młodzi, z Waszą nieznośną pazernością na oblecenie wszystkiego co się da i to przez trzy dni, nawet nie wiecie na czym polegają prawdziwe uroki Tatr i Zakopanego. Ot, choćby jak wtedy, gdy kolega GOPR-owiec wypowiedział swój pogląd na samotników - lało wtedy jak z cebra, już chyba trzeci dzień. Spotkaliśmy się w jakiejś dość podejrzanej knajpie, oczywiście pojawiła się butelka, potem druga, trzecia, może jeszcze więcej. Poważne górskie rozmowy, takie męskie, szczere. O wszystkim, babach też, ale głównie o niegdysiejszych śniegach. Dochodziła chyba druga, gdy ktoś zauważył, że przestało padać. Pora do domu. Łatwo powiedzieć, chyba ze dwie godziny włóczyłem się po Pardałówce nim znalazłem dom z moją kwaterą. Nad głową księżyc i gwiazdy, widać góry - to zły znak, pewnie zrobi się pogoda i czas radosnej laby się skończy. Rano najgorsze podejrzenia się potwierdzają - świeci słońce. W ponurym nastroju pakuję plecak, trzeba wrócić do Murowańca, ohyda! Śniadanie jem wyjątkowo długo, trzeba dać szansę pogodzie... No i marzenia zaczynają się wypełniać, zaczyna się zakopiańska norma, chmury, deszczyk, na początku niewielki... Głowa boli, przydałby się klinik, ale przecież nie samotnie, do lustra. Plecak wraca do kąta, pelerynka na grzbiet i do Zakopca. Piwo z rana jak śmietana. Potem do Europejskiej, kawka, jakieś chichoczące głupawo panienki - "Pan to pewnie taternik, że też się nie boicie tak chodzić po tych hakach na linie". Pojawiają się uczestnicy wczorajszej dyskusji panelowej... Obiadek, spacerek do pogodynki koło hotelu Giewont. Niż, totalny niż, na górze spadł śnieg. A zatem pora w znane rewiry - pogwarzyć sobie o górach. I tak mija kolejny piękny, tatrzański dzień. Życie jest piękne!
PS1.
Ostatnio zauważam postęp w postawach - np. Asik napisała niedawno, że wcale nie musi się pchać na jakieś cholerne szczyty, wystarczy jak posiedzi nad stawem w dolinie. Dziewczyna jest na dobrej drodze do zrozumienia o co właściwie w tych górach chodzi.
PS2
Iza, jeśli ta Twoja himalaistka jest tą osobą, o której ja myślę, że nią jest, to ona takie historyjki mogłaby opowiadać przez tydzień i wcale by się nie powtarzała
Jestem gorszego sortu...