A ja na głodzie….
MUSI BYĆ ŁADNIE .
Ponoć wiara czyni cuda a i mój „pogodowy nos” jak dotychczas mnie nie zawiódł – jedziemy, chociaż właściwie wypadałoby wypakować torby i zostać w domu.
Wyjazd jak zwykle wcześnie rano 14.06 - w niedzielę.
Dzień zapowiada się ładny.
Już z daleka pięknie widać Tatry .
Nie obraziły się na nas za tą pienińską zdradę i przywitały jak zwykle wspaniałą, słoneczną pogodą

Mimo, że nasza słowacka gospodyni wyjechała – udostępniła nam dom i po wniesieniu bagaży szybka decyzja - jedziemy na Łomnicę.
Przy takiej pogodzie i widoczności będzie na co popatrzeć.

No niestety, mimo wspaniałych warunków u góry wiało dość mocno i wagonik nie kursował .
Nie mamy szczęścia ostatnio do tego szczytu.
Wjechaliśmy gondolkami na Skalnate Pleso, a potem szlakiem przez Małą Świstówkę, Polanę Folwarczną zeszliśmy do Stanicy Start. Taki spokojny spacer rozruchowy – pełny relaks.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Widoki ładne, ciepło, pusto na szlaku – w przeciwieństwie do Skalnatego, gdzie przy niedzieli sporo turystów spacerowało.




Na koniec sprawiliśmy sobie frajdę w postaci zjazdu na hulajnogach ze Stanicy Start na parking.
No super – poczuliśmy się 30 lat młodsi


W poniedziałek wybraliśmy się zupełnie gdzie indziej, niż się w końcu znaleźliśmy.
Wszystko przez to, że dopiero w elektriczce zaczęłam się zastanawiać, czy szlaki powyżej schronisk otwarte są do 15.06 włącznie, czy od 15 już można….
Interpretacja - wg. własnego, niekoniecznie słusznego zdania.
Po krótkim, acz ostrym starciu tumiwisizmu (mąż) z paragrafstwem (ja) – to drugie wygrało.
Wysiedliśmy w Tatrzańskiej Polance i poszliśmy zielonym szlakiem do Wielickiej, z zamiarem przejścia Magistralą na Hrebieniok i na pociechę zjechać sobie jeszcze raz kolobeżkami.


Tam jednak się okazało, że wszyscy - łącznie przewodnikiem, który kręcił się koło Śląskiego Domu – uważają, że od dziś można iść wyżej.
Skoro można – to idziemy.




Ogromne wrażenie robią potężne ściany skalne wielickich szczytów.


Dotarliśmy do Długiego Plesa i pewno z rozpędu poniosło by nas na Polski Grzebień, ale tam całe podejście było w śniegu, a ja w sandałkach – specjalnych wprawdzie, na wibramowej podeszwie, przyczepne, fajne – ale nie na takie szlaki.
Popatrzyliśmy z daleka…..przyjdziemy w sierpniu, jak nic się nie przydarzy.

Dolina piękna – wyobrażam sobie, jak wszystko to, co teraz dopiero wychodzi z ziemi zakwitnie w Kvetnicovych Ogrodach….
Na razie mnóstwo kaczeńców, sasanek no i świstaków.. Chodziły prawie pod nogami, bo poza nami nikogo nie było, a my szliśmy cichutko, żeby im spokoju nie zakłócać.
Niektóre - uroczo rozwalone – wygrzewały się na cieplutkich kamuclach.



Było tak pięknie, cichutko i pusto, że postanowiliśmy zostać tu dłużej, a na Hrebieniok iść innym razem.
Wspaniale wyglądał z góry Wielicki Staw, w którym odbijało się błękitne niebo.

A tu wisząca w powietrzu łacha śniegu - miałam wrażenie, że zaraz pojedzie, albo się zapadnie.
Mąż bohatersko poszedł pierwszy….


Mimo zmiany trasy i całej „awantury” z tym związanej, wycieczka okazała się bardzo piękna.
Tu zresztą każda jest piękna.
Na wtorek zapowiedzieli załamanie pogody, burze, deszcze i Bóg wie co jeszcze…
Skoro tak – to góry odpadają, choćby przez te burze.
W takim razie mapa na stół i trzeba coś wymyślić.
Podczas naszej ostatniej wycieczki rowerowej w Pieninach - na Przełęczy pod Tokarnią, rozmawialiśmy ze starszym małżeństwem o którym wspominałam w poprzedniej relacji. Starszy Pan wspominał o zamczysku w Starej Lubowni i polecał bardzo jego zwiedzenie.
Czemu nie….po drodze wstąpimy do Kieżmarku.
Nowe dla nas tereny, na pewno warte poznania.
Tak też zrobiliśmy.
Starówka w Kieżmarku z kolorowymi domkami, ratuszem – bardzo ładna. Wrażenie psują jednak duże ilości samochodów, zupełnie nie pasujących do tych stylowych, klimatycznych uliczek.



Zwiedzanie zamku trzeba było sobie odpuścić, bo połączone w tym dniu z oglądaniem spektaklu rycerskiego, zajęłoby zbyt dużo czasu.
Innym razem - zresztą nie przepadam za takimi pokazami.

Droga do Starej Lubowni bardzo widokowa.

Na miejscu, oprócz zamku można jeszcze zwiedzić skansen z piękną cerkiewką, ciekawymi drewnianymi chatami, kużnią, młynem itp.
Dziś człowiek nie potrafiłby sobie wyobrazić życia w takich warunkach, a przecież od tamtych lat nie upłynęło zbyt wiele czasu….



Ule z tamtch lat....

No i ogromne zamczysko z XVII wieku, którego zwiedzenie zajmuje dość sporo czasu.
Ekspozycje historyczne – najważniejsze wydarzenia w dziejach zamku, sale wystawowe, barokowa kaplica, wystawa mebli historycznych w barokowym pałacu, pamiątki po kolejnych właścicielach zamczyska – bardzo ciekawe rzeczy można tu poznać i zobaczyć.
Z gotyckiej wieży rozciąga się piękny widok na Tatry i Trzy Korony w Pieninach.





Na jednym z dziedzińców studnia zamkowa, przy której – w ramach biletu – odbył się pokaz sokolnictwa.
Miałam okazję popatrzyć w dzikie sokole oczy z bliska


Śnieżna sowa też popisywała się swoimi umiejętnościami.

Wycieczka piękna i ciekawa, a prognozowane załamanie pogody – jak widać na zdjęciach
Trzeba jednak przyznać, że nad Tatrami chmury stały cały dzień i pół następnego.
Kolejny dzień – Popradzkie Pleso, Hińczowe Plesa,Koprowa Przełęcz, Koprowy Wierch.
Ranek nieco pochmurny nad górami, ale miałam nadzieję, że się rozejdą i coś zobaczymy.
Już po dojściu do Doliny Mięguszowieckiej zaczęło się przejaśniać nad Granią Baszt.



Dalej wspaniały widok na Wielki Hińczowy Staw i na Mięgusze. Cymes.


Małe Hińczowe Pleso i Grań Baszt.

Mozolne podejście na Koprową Przełęcz.

Na temat szlaku napiszę krótko – daleko, wysoko i ostro.
Po drodze do przebycia śniegowe łachy.
Nieskromnie powiem – sama się podziwiam, że tam dolazłam, bo gdy zobaczyłam z Przełęczy Koprowej następny odcinek , to natychmiast mi się odechciało iść dalej.
Całe zbocze w śniegu.

Mój małżonek, lubiący takie wyzwania ruszył (bo ludzie idą)...
Ja po chwili namysłu też się zdecydowałam – przecież jak uznam, że będzie niebezpiecznie, to zawrócę i świat się na zawali z tego tytułu. Nic na siłę.
Nie było żle i przeszliśmy przez ten śnieg na szczyt – a tam niespodzianka – to jeszcze nie ten właściwy. Na Koprowy trzeba dalej przejść wąską granią, a potem trochę poskrobać się po skałach.

W pewnym momencie nawet sobie pomyślałam – Boże, co ja tu robię z moim lękiem wysokości
Na szczycie miejsca mało, na szczęście kilka osób, które tam dotarły wcześniej już schodziły i byliśmy sami – ot i pożytek z wędrówki bez pośpiechu
Siadłam w załamku między kamulcami i ani się nie ruszyłam.
A jakie stamtąd widoki wspaniałe i zachwycające…….
Warto było – i choć nogi miały udrękę, ale za to oczy – prawdziwą królewską ucztę.
Potem doszedł jeszcze węgierski turysta, który pstryknął nam fotkę.









Dolina Złomisk - rano w chmurach, teraz pięknie widoczna.

Po tej wycieczce miałam obawy, czy na drugi dzień gdzieś wyruszymy, bo steraliśmy się solidnie.
No, ale jak tu nie wyruszyć w taką cudną pogodę – nie do pomyślenia.
Wybraliśmy się na Sławkowski.
Ten dopiero dał nam popalić…a tak łagodnie wygląda z daleka

Konik czekający na swoją kolejkę do ciężkiej pracy z drwalami.

Według szlakowskazu 5 godz 15 min podejścia…. Hm….. od razu dodałam godzinę, na gapienie, zdjęcia i odpoczynki.
I tak wchodziliśmy – sześć i pół godziny po niekończącym się rumowisku kamulców, przez kolejne szczyty i szczyciki, po śniegowych łachach, a tego właściwego jeszcze nie widać…
A jakie widoki po drodze na Dolinę Staroleśną, Pośrednią Grań, Kościoły, Rywocińskie Turnie i Łomnicę….







Kiedy w końcu go ujrzeliśmy, okazało się, że „jeszcze tylko” półtorej godziny – i jak damy radę - będzie „nasz” .
Podejście końcowe niezbyt ciekawe, można łatwo pogubić się w tych kamieniach.

No jeszcze parę kroków po pochylonej śniegowej łacie i trochę po kamulcach i nareszcie - SZCZYT !!! – 2.452 m n.p.m.
Moje uczucie satysfakcji z dojścia do celu można chyba porównać do uczucia zdobywców ośmiotysięczników
No cóż…..każdemu jego Everest…

To, co ukazało się po wejściu na szczyt, po prostu nas zatkało…przepiękne widoki przy wspaniałej pogodzie…
Zrobiliśmy sobie długi odpoczynek - należało się zmaltretowanym codziennymi wędrówkami nogom.



Widać Zbójnicką Chatę w Staroleśnej.


O zejściu nawet bałam się pomyśleć, ale poszło wyjątkowo sprawnie i dość szybko jak na nas – w niecałe trzy i pół godziny.
Przy zbiegu szlaków niebieskiego i czerwonego na Hrebieniok, spotkaliśmy parę Polaków z którymi rozmawiałam gdzieś wyżej przy podejściu na szczyt. Osoby młode - po trzydziestce. Kobieta szła jakoś dziwnie - okazało się, że całkiem wysiadły jej stawy kolanowe i nie mogła iść z bólu. Poratowałam ją ketonalem forte i do samego wieczora myślałam, jak ona zeszła do Smokowca…
Mam nadzieję, że chociaż trochę jej ten mocny lek pomógł, bo aż żal było patrzeć jak cierpi.
Jej mąż powiedział, że sporo chodzą po górach, ale coś takiego przydarzyło im się po raz pierwszy.
Mój małżonek zobaczył, że nie tylko on się męczy z tymi sprawami, bo też ma poważne kłopoty ze stawami kolanowymi. Na razie dzielnie chodzi z bólem, ale nieciekawie to wygląda…eh
Na drugi dzień rano czułam się jak by mnie kto obił kijem bejsbolowym
Wymyśliłam wycieczkę – wydawało mi się – łatwą.
Samochodem do Trzech Studniczek, dalej Doliną Koprową po asfalciku, w miarę równo – przejdziemy się trochę na tych bolących nogach, popatrzymy na okolicę…
Na dzień dobry śliczna kolorowa łączka.
.

Po drodze – 3 minuty w bok, piękny Kmetov Wodospad, spada z dużej wysokości, nie sposób go ująć całego.

Niestety, asfalcik tylko mniej więcej do połowy doliny, a my – jak zwykle - złapaliśmy „cuga górskiego” i poleźliśmy do Ciemnosmreczyńskiej nad Niżni Staw.
Sama dolina Koprowa ładna, widać zniszczenia przez potężne lawiny, w niektórych miejscach przewalające się przez jej dno.




A na sam widok progu Doliny Ciemnosmreczyńskiej, szumiącej głosno siklawy i przecudnego otoczenia zapomnieliśmy o bólach wszelakich i nie wiadomo kiedy wyskrobaliśmy się do góry nad staw.






Trochę "przymulony" Krywań, od zachodu zaczęło przybywać chmur.

Przez całą Koprową (około 25 km w obie strony) - szliśmy sami.
Nad stawem dwóch Polaków wybierało się na Wrota Chałubińskiego.
Pusto, cicho, cudnie, ale szlak bardzo długi i mimo swojej urody dość męczący – a miało być lekko i łagodnie
Wróciliśmy z tej pięknej wycieczki na tzw. „ostatnich nogach” do samochodu. Powoli zaczęła się kończyć pogoda i w okolicy Trzech Studniczek lekko pokropił ciepły deszczyk.
Krywań skrył się w chmurach.
Nie wiem, czy mi ktoś uwierzy, ale prognoza na sobotę i niedzielę bardzo mnie ucieszyła.
Chmury, deszcz, zimno – jednym słowem masakra.
Ten obrzydliwy dzień pozwolił nam jednak na luksus odpoczynku, po tych sześciu dniach intensywnego nadwyrężania sfatygowanych stawów nożnych.
Nie wyszłam z domu ani na krok.
W ładną pogodę nie byłoby to możliwe, a już naprawdę się należało – choćby z rozsądku…
W niedzielę mieliśmy się przenieść do Zakopanego, więc w taką pogodę też mniejszy żal straconego dnia.
Niestety, prognozy na dalsze dni były takie same, czyli fatalne i mimo, że w Zakopanym czekała nas ogromna przyjemność spotkania przy piwku z jedną z przemiłych Forumowiczek, oraz mroziła się butelczyna na przywitanie nas przez górskich przyjaciół spod Poznania – postanowiliśmy wrócić do domu.
Wielka szkoda, ale wierzę, że :
- jeśli chodzi o piweczko - to co się odwlecze….
- do 6 lipca trafi się ze cztery dni ładnej pogody i uda się tą butelczynkę ze Stenią i Tadeuszem opróżnić .
Trzeba myśleć pozytywnie.
Ala












