We trójkę wyruszamy z Glen Torridon o świcie, pogoda na razie super. Am Fasarinen Pinnacles, podobno najciekawszy fragment trasy, nie wyglądają zbyt groźnie:

Po męczącym podejściu nareszcie wbijka na grań.

Wreszcie stajemy na pierwszym munrosie trasy, Spidean a'Choire Leith.
Drugi Munros na trasie, Mullach an Rathain, z którego będziemy schodzić, wydaje się strasznie odległy. Niby jest blisko, ale dzieli nas od niego zębata grań Am Fasarinen.
Tu zaczęła się zabawa. Wszystkie trudności pinacli były do obejścia bokiem. Trawiasta ścieżka ginęła czasem nad przepaściami ze względu na erozję - podobno - wszyscy bowiem szliśmy twardo granią.
Moja dziewczyna, Vespa, świetnie opisała to gdzie indziej:
"Zaczyna się. Pany mają pełny luz - Wojtek, taternik, maszeruje przez poszczególne pinakle tak, że brakuje mu tylko rąk w kieszeniach i szluga w gębie. Mój osobisty Mazio włazi i złazi najtrudniejszymi wariantami, w paru miejscach powodując zdumione uniesienie brwi u Wojtka. Jak widać tylko mnie trasa sprawia pewne trudności. Najgorsze są miejsca, gdzie ekspozycja jest po obu stronach. Kręci mi się tam w głowie i wolę je pokonać okrakiem. Natomiast te dwa elementy łażą sobie po nich w te i nazad, co sprawia, że mam ochotę obydwu solidnie nakopać."
"W jednym miejscu postanawiam, że wespnę się taką drogą jak Mazio. A co. Dochodzę prawie do czubka turniczki i... Nie mogę podnieść nogi, jest zaklinowana. - Przesuń dupę do tyłu - radzi pogodnie moja druga połowa, znajdująca się półtora metra nade mną. - Przecież to proste, asekurujesz się ręką więc nie spadniesz. Siedzisz jak na kanapie. Spadłabyś z kanapy przy takim manewrze?
Rrrrrwa mać, syczę w duchu. Siedząc na kanapie nie ma się za plecami 200m. Jakoś udaje mi się odklinować i przemieszczam się wyżej. Cholera, prożek. Po prawej cały czas te 200m a ja już mam dosyć. A ten zdradziecki taki syn odchodzi sobie. - EEEEEEJ!!!!!! - wrzeszczę - a JA????? Wraca opieszale i łaskawie podaje mi rękę. Uff. Jestem na płaskim jak blat wierzchołku turniczki.
- Czemu taka zła? - rozbrajająco dziwi się Mazio na widok mojej miny - przecież to było banalne.
Niech tylko zobaczę po powrocie jakiś pojedynczy siwy włos, uduszę tego człowieka."
Trasa spełniła swoje oczekiwania malowniczością. Osobiście jednak spodziewałem się nieco większych hardkorow po samym scramblingu. Vespie jednak w zupełności wystarczyły one by przekroczyć o krok dotychczasowe umiejętności. Na minus zaliczę charakter skały - po raz pierwszy wspinałem się po wapieniach i muszę stwierdzić, że są zwodniczo niestabilne.






