No więc mapa kupiona, plecak spakowany ale siakoś ta pogoda od 4tyg. odstraszała i wyjazd był odkładany. W końcu sobota zapowiadała się względnie - ochłodzenie, jakiś tam ew deszczyk czyli spokojnie można uderzać.
Jak to przy każdym wyjeździe górskim trza było wstać zanim się położyłem spać. Tym razem nawet nie spojrzałem przez okno na pogodę. Jedziemy mimo wszystko. Jakoś tak podświadomie bardziej przypilnowałem żeby w plecakach znalazła się czapka i rękawiczki + dodatkowy polar.
Na Krowiarkach jesteśmy dosyć wcześnie. Prawie pusto - kilku chłopaków ze śląska montuje rowery. Później na mijali nas szlaku - normalnie szacun, w takich warunkach targać sprzęt na górę
Pogoda taka po chińsku. Docieramy do Sokolicy a tam już piź.... łokropnie ale jeszcze cosik widać


No i się zaczyna przekładanka ubraniowo-plecakowa. Zdecydowanie trzeba przyodziać kurtkę, czapę i rekawiczki.
Dalsza wędrówka przedstawiała się imponująco widokowo, normalnie zapiera dech w piersiach...

tylko że ten dech w piersiach nie zapierały widoki tylko coraz mocniejszy wiatr
Ktoś już tu kiedyś napisał że skoro na czerwonych słupkach widzisz poziomy śnieg to znaczy że jesteś na szlaku na Babią

czyli pomimo wątpliwości idziemy dobrze
Po wyjściu z kosówki w plecaku robi się coraz bardziej pusto - na grzbiecie ląduje drugi polar, ubieram drugie spodnie (przeciwdeszczowe) - dobrze że są nieprzewiewne. Normalnie tak ciepło to ostatnio byłem ubrany w zimie w Pieninach przy 20 stopniowym mrozie. A tu szału ni ma... no takiej pogody to się nie spodziewałem.
Całe szczęście, że idziemy z kijaszkami, tym razem posłużyły jako narzędzie przeciwdziałające zdmuchnięciu ze szlaku
Im bliżej szczytu (no przynajmniej tak nam się wydaje) coraz bardziej zaczyna sypać śniegiem.
Chwilami zaczynam mieć wątpliwości czy jest sens iść dalej. Ale w końcu docieramy

Szybkie ciacho popite doskonale schłodzoną niemoralną i niestety powrót, bo poza mlekiem to raczej dzisiaj nic na szczycie nie zobaczymy.
O łaskawco - na kilka minut wiatrzysko rozwiewa to białe cholerstwo




No i te kilka minut musiało nam wystarczyć, żeby nacieszyć gały. Za chwilę potem przywiało śnieżycę i tyle było wszystkiego. Ale przynajmniej przestało tak piździć.
Największy extremal czekał nas przy powrocie, a dokładnie między Sokolicą a Krowiarkami - trzeba było się przedzierać pomiędzy chordami podążającej ku górze stonki przeróżnej maści. Tylko szkoda było tych dzieciaków, które ubrane w cienkie sweterki ew. jakiś bezrękawnik, rodzice/opiekunowie ciągnęli w górę
Wnioski:
1. My tam jeszcze wrócimy i to nie raz
2. Prosty sposób na stonkę - przy wejściu na szlak wisi tabliczka: "Schronisko na Markowych Szczawinach w remoncie" -> reakcja stonki: "eee to nie idziemy"





