krzymul pisze:Tys piknie , kiedyś była taka piosenka Sipińskiej z Figlem i z organami , ale Ty pewnie nie wiesz "kto to tacy" - prawdziwe dinozaury.
Bo ja jestem taka Maria Magdalena ineczej
Do kosza z nami
Wszystko, co przeżywamy, to tylko jakieś etapy, jakieś stacje. To, co dziś wydaje się wielkim osiągnięciem, jutro odpada, bo poszliśmy już dalej. Trzeba być zawsze w drodze.
Można powiedzieć ,że zaczeło sie wszystko od wycieczki do Zakopanego w klasie maturalnej, tylko wtedy bardziej rozglądałem sie za winem w sklepach niż za górami, ale po powrocie miałem bardzo miłe wspomnienia z tej wycieczki i COŚ mnie ciągnelo żeby tam wrocić. Nawet nie koniecznie dla gór, bardziej wtedy, dla wspomnień. Wrocilem...i tak juz mi zostało.
Sierpień '72. Kościeliska z Mamą. Burza. Niebo żabami ciepało.
Mieszkaliśmy w Witowie, prawie spaliłem chałupę.
Potem znaleźliśmy kwaterę w Brzegach, i tak już zostało do dziś - właśnie rośnie czwarte mi znane pokolenie Gazdów
Ostatnio zmieniony wt 09 cze, 2009 przez Filanc, łącznie zmieniany 1 raz.
Pierwszy raz zobaczyłam góry (Karkonosze) majac 10 lat, byłam wtedy na wycieczce szkolnej, bardzo mi się podobała ta wycieczka. Niestety później nie miałam już okazji aby zobaczyc góry z bliska, rodzice zwykle jeździli nad morze i tak jakoś ułynęło 17 kolejnych lat.
Mając więc lat już 27 pojechałam pierwszy raz do Zakopanego z moją koleżanką i wtedy cos tam zaiskrzyło ale jeszcze tak do końca nie zdawałam sobie z tego sprawy. Pamiętam jak ona (bardziej doświadczona, bo była tam już nie raz) pokazywała mi Giewont, Minicha, Rysy, Stawy Gąsienicowe, itp. a ja byłam pod wrażeniem tego wszystkiego, teraz wydaje mi sie to troszkę śmieszne ale wtedy chłonęłam te wszystkie widoki, wczesniej znałam je tylko z książek. Rok poźniej znów byłam w Zakopanym i tak jest do chwili obecnej bardzo lubię jeździc w Tatry.
hmm, a czy do pierwszego razu można zaliczyć wędrowanie pod sercem Mamy? Jeśli tak to mój pierwszy raz miał miejsce 35 lat temu w Karpaczu 5 lat temu wróciłam w tamte rejony z Mamą ale już na własnych nogach
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Wszystko, co przeżywamy, to tylko jakieś etapy, jakieś stacje. To, co dziś wydaje się wielkim osiągnięciem, jutro odpada, bo poszliśmy już dalej. Trzeba być zawsze w drodze.
krzymul pisze:Madziuli to już drugi raz...ale pazury jak u Baby Jagi.
Oj Krzymul.. Grabisz sobie
Normalne są..
Wszystko, co przeżywamy, to tylko jakieś etapy, jakieś stacje. To, co dziś wydaje się wielkim osiągnięciem, jutro odpada, bo poszliśmy już dalej. Trzeba być zawsze w drodze.
Miałam wtedy 21 lat... Piękny wiek...
Pierwszy raz do Zakopanego - jaaaaaaaaaaa!!! To była wyprawa.
Oczywiście zero przygotowania, zero znajomości jakichkolwiek szlaków.
4 żółtodziobów pojechało w góry!
I -wszy dzień - standard dla większości: Morskie Oko. Jedziemy. To był lipiec - piękna pogoda. Wysiadamy z busa, hmmm... i co teraz? gdzie ta woda? Aaaaa - trzeba kawałek podejść. Okej. Idziemy. Po pokonaniu pierwszego zakrętu jeden z kolegów (niby najmądrzejszy) mówi: jeszcze z pół godziny! Boże! PÓŁ GODZINY??? Matko święta! Czemu to aż tak daleko? No nic - przecież się nie cofniemy! Moim oczom ukazały się pierwszy raz góry! Wiecie jaka była moja radość? (chyba całą kliszę wypstrykałam na tej trasie). Idziemy, idziemy, ja pstrykam te zdjęcia jedno za drugim jak Chińczyk. Pytanie: "Daleko jeszcze?" towarzyszy nam prawie od początku drogi. Na wysokości Wodogrzmotów przejeżdża furmanka i słyszymy: może podrzucić? Nieee - przecież już nie daleko. Cha, cha - roześmiał się koleś: "To jeszcze nie połowa drogi". "Najmądrzejszy" kolega dostał wiązkę zabijających spojrzeń. Ale nie poddaliśmy się - maszerujemy dalej! Cała trasa do góry oczywiście asfaltem bo "nie wiadomo gdzie Ci ludzie idą, my idziemy drogą i już". Szliśmy chyba z 2,5 godziny. Jak doszliśmy - nie mogłam się napatrzeć. Widząc, że ludzie idą dalej - ja też chciałam. Ale współtowarzysze wymiękli. Doszłam do 1/4 stawu i wróciłam. Fakt - wszyscy byliśmy padnięci po tej "wspinaczce". Jedyną pociechą było to, że na dół będzie lepiej - w końcu z górki.
Wtedy to zakochałam się w górach. Znajomi, którzy byli wtedy ze mną - zostali na tamtejszym poziomie: spacerek nad Moko i koniec.
Dzień 2: Odpoczynek - Krupówki i Gubałówka.
Dzień 3: Hmmm... co by tu dzisiaj? gdzie by tu dzisiaj? jak nic nie wiemy. Na szczęście dzień wcześniej znajomi umówili się ze znajomymi, którzy wiedzieli co i jak. Godzina 11 - Krupówki:
- cześć
- cześć
- co robicie
- no właśnie nie wiemy, a Wy?
- a my na Giewont, idziecie z nami?
- pewnie! co będziemy robić - idziemy!
I poszliśmy. Asfalt do początku szlaku już wydawał się zabójczy!
(Długo nie wiedziałam nawet którym szlakiem szliśmy) Po drodze z 4 razy prawie płakałam, że nie idę dalej bo nogi mi odmawiają posłuszeństwa i w ogóle nie mam już sił. Ale widoki wyżej zrekompensowały wszystko. Pogoda piękna! Słoneczko! Po prostu super! Po drodze mijamy schodzących tatusiów z brzdącami i nie możemy się nadziwić, że takie małe szkraby prawie zbiegają z lekkością motylka a my wyjemy z bólu. Krzyż! Jest! Już blisko! Jeszcze parę kroków i będziemy! Niestety... pod samym szczytem zakryły nas chmury, a, że ciepłych rzeczy większość nie miała, i na dodatek jedna z wędrowniczek była w 3-m miesiącu ciąży, stwierdziliśmy, że schodzimy. Oj, ale to był bół. Krzyż na wyciągnięcie ręki, a tu raptem nic nie widać. Z jednej strony złość, z drugiej: nareszcie w dół. W Kuźnicach byliśmy chyba koło 18-tej (nie pamiętam już ale podejście trwało z 3-4 godziny a zejście - jakieś 2,5-3)
Wtedy myślałam, że ten Giewont jest nie do zdobycia - męczyć się drugi raz tak samo??? A jak ludzie włażą na wyższe góry??? mater dej...
I tak minęły moje pierwsze 3 dni spędzone w Tatrach (i w ogóle w górach)!
gb pisze:
.......
już wiem - ten "pierwszy raz z górami" ,tak naprawdę, to był wakacyjny wyjazd z Rodzicami do Kazimierza nad Wisłą (1962). Rodzice prowadzili badania w kamieniołomie, a ja "uprawiałem" wspinaczkę po "stromych" ścianach skalnych. I mam na to dowody w postaci fotografii .
od czegoś trzeba zacząć , mam kolegę z Inowrocławia pewnie Mefisto go zna, którego tata w Karkonosze zabrał gdy ten był szkrabem i tam bodajże na Słonecznik się wdrapał, a potem był w ekipie która wchodziła na K2
"....The world is changed. I feel it in the water. I feel it in the earth. I smell it in the air. ..."