Basia Z. pisze:...ktoś sobie na kijek nadepnął, podparł się pod dziwnym kątem...
"Na kijach" chodzę od prawie czterdziestu lat... Jasne, że te pierwsze nie były teleskopowymi, ale jak się okazuje, wcale nie były gorsze na szlaku.
W czasie marszu, natychmiast po postawieniu kijka odpychamy się i to solidnie - w końcu, po to jedynie ich używamy. Jest oczywistym, bo wynika to z geometrii ruchu, że w czasie odpychania kijek pochyla się w kierunku marszu. Jeśli ostrze zostanie przypadkowo lub przez zwykłą nieuwagę postawione w jakiejś szczelinie lub między głazami, może powstać dźwignia, której zdecydowanie dłuższe ramię trzymamy ręką i... sami zginamy kijek.
Tylko dzięki małym talerzykom nie pozwalającym kijkom czasem zbyt głęboko ugrzęznąć w jakiejś dziurze udaje mi się unikać zgięć poza granicę sprężystości, czyli trwale. Oczywiście małe skrzywienia, które udaje się prostować dosłownie na kolanie, przytrafiają mi się nadal.
Cóż, chodzenie "na czterech" to dawno zagubiona umiejętność homo sapiens...
Dlatego właśnie te pierwsze w życiu kijki, na których dopiero łapiemy, o co w tym wszystkim chodzi i nabieramy wprawy, warto kupować możliwie tanie.
Zapewne Mefi to potwierdzi, że umiejętności nabyte na nartach biegowych zdecydowanie ułatwiają pierwsze piesze kroki "na kijach". I odwrotnie... zresztą.
A z tym lansem to... różnie bywa.
Moje pierwsze kije: jałowcowe z wklejonymi widiowymi wiertłami i taśmami parcianymi, którymi posługiwałem się prawie ćwierć wieku, już niestety nie istnieją - został jeden i... kiszka. Za to drugie, bambusowe - też mojej własnej produkcji - wzbudzały całkiem niedawno tak powszechny zachwyt na szlaku, że ostatecznie i nieodwołalnie wylądowały... na antresoli.
Ale...
Gdyby ktoś miał ochotę tą metodą "zadać szyku", to na mojej stronie jest kompletny przepis na tanim kosztem zrobienie sobie takiego dziwadełka.