Co gorsza, nie żałuję tego skoku w bok.
Pieniny…tyle razy oglądałam je z oddali, z tatrzańskich szlaków, ale jakoś nie było okazji tu przyjechać, bo Tatry ciągnęły jak magnes.
Terminy wyjazdu odkładałam z miesiąca na miesiąc, aż wreszcie decyzja krótka – jedziemy w drugiej połowie maja.
Kilkudniowa analiza sytuacji pogodowej i 21 - w czwartek, wg letniego scenariusza – kilka minut po ósmej rano, meldujemy się
u przesympatycznych gospodarzy w Krościenku n/Dunajcem.
Pogoda ładna, więc natychmiast w góry – trasa Trzy Korony, potem przez Czertezik, Sokolą Percią na Sokolicę. Po drodze Zamek Pieniński.










Wszystko tu takie inne…. nic nie mówiące nazwy, nie znane zupełnie szlaki…
Mimo mapy i przewodnika w pierwszych dniach wędrówek nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy ani na co patrzymy.
Jednak po ponownej wieczornej analizie tras przebytych, bardzo szybko nam się wszystko poukładało i w następnych dniach te piękne góry były już „nasze”.
Tak jak w Tatrach, co dzień wychodziliśmy na szlak rano, a wracaliśmy wieczorem, tym bardziej, że pogoda dopisywała.
Nawet w piątek, na który prognozy przewidywały załamanie - jakoś szczęśliwie czarne chmury ominęły Krościenko, poszły bokiem nad
Gorcami, a my spędziliśmy ten dzień zwiedzając Wąwóz Homole, potem Rezerwat Wysokie Skałki i powrót graniówką Małych Pienin do schroniska Orlica.

Takie to było załamanie pogody

Byliśmy także w Rezerwacie Białej Wody , na Przełęczy Rozdziele i przez Wysokie Skałki pętlę zakończyliśmy drogą obok wąwozu -
koło szałasu gastronomicznego - w Jaworkach.
Właściwie w tym dniu mieliśmy zwiedzać Szczawnicę, ale w Białej Wodzie złapaliśmy „cuga” i na Szczawnicę zabrakło czasu….i chęci.

Lekko w bok od szlaku – stara jak świat – bazaltowa skałka..



Widok z podejścia na Przełęcz Rozdziele.

I na Wierchliczkę..

Zejście przez Rówienkę do Jaworek.


W kolejnym dniu nasza wędrówka po pienińskich szlakach zaczęła się na Przełęczy Snozka, koło śpiewającego pomnika…hm…
chyba straszącego - swoim wyglądem…
Niebieskim szlakiem na zamek w Czorsztynie, i przez Majerz, Macelak do Przełęczy Szopka. Dalej wiadomo – w stronę Krościenka
na skróty przez ogród naszych gospodarzy.
Rano trochę pochmurnie, ale szybko się pięknie rozpogodziło i widoki były cudowne.
Na ten widok z każdego miejsca, zawsze patrzyłam przymglonym wzrokiem….
Stąd widać jakie Tatry są małe…













Zrobiliśmy sobie też wspaniałą wycieczkę rowerową.
Trasa – wg sugestii naszego przemiłego gospodarza, który dał nam swoje rowery do dyspozycji (nieodpłatnie).
Wyruszyliśmy ścieżką rowerową przez Szczawnicę do Leśnicy, dalej przez Wielki Lipnik do Czerwonego Klasztoru. Tam zwiedzanie ciekawego muzeum.
Droga powrotna wzdłuż przełomu Dunajca do Szczawnicy i pętla zamknięta w Krościenku.


Mały odpoczynek w Haligovcach w celu „napatrzenia się” na słowacką , skalistą stronę Małych Pienin.

Widok z dziedzińca Czerwonego Klasztoru na Trzy Korony.

Stały bywalec tego miejsca…






Mimo, że w okolicy Wysokiej w Rezerwacie Wysokie Skałki byliśmy dwa razy (raz od strony Wąwozu.Homole, drugi od Przełęczy Rozdziele)
nie wchodziliśmy na szczyt i to nie dawało nam spokoju.
Postanowiliśmy w kolejny słoneczny dzień przejść od Palenicy do Wysokiej, tym bardziej, że widokami z grani Małych Pienin byliśmy zachwyceni.
Na szczycie Wysokiego Wierchu zrobiliśmy sobie odpoczynek, wśród kwitnących łąk i mnóstwa pięknych motyli latających wokoło.
Moje cierpliwe polowanie przyniosło efekt, chociaż Króla Pienińskich Łąk – Apollo - nie udało się zobaczyć.


Wyskrobaliśmy się na szczyt Wysokiej, skąd wspaniała panorama, choć - mimo bezchmurnego nieba - przejrzystość powietrza byle jaka.

Ponieważ widok z graniówki zrobił na nas ogromne wrażenie, postanowiliśmy jeszcze raz napaś oczy i wracać tą samą drogą,
zahaczając o schronisko pod Durbaszką.
Niestety piwka tam się napić nie można….. a taką mieliśmy ochotę….
No nic, trzeba się było wrócić do szlaku i maszerować na Palenicę o suchym…
Nadzieja na zjazd kolejką również okazała się niespełniona, ostatni kurs właśnie się skończył i musieliśmy dyndać na dół, dość ostrym zejściem,
na sfatygowanych stawach kolanowych …
Palące cały dzień słońce też nam dołożyło…. ale wycieczka cudna.







Bacowie czuwają w cieniu…

Na środę znów zapowiedż kolejnego załamania pogody, ulew, burz gwałtownych i Bóg wie jeszcze czego…
Ranek całkiem przyzwoity, lekko pochmurnie, ale ciepło i nawet słońce się pokazywało.
Zdecydowaliśmy się iść na Przełęcz Szopka, potem przez Wąwóz Szopczański do Sromowców Niżnych i powrót zielonym szlakiem przez
Wyżni Łazek , niebieskim koło Zamku i do Krościenka.
Tliła się w nas nadzieja, że chociaż do południa wytrzyma bez deszczu.

Jak inaczej wyglądają Trzy Korony od strony wylotu Wąwozu Szopczańskiego.

Pachnie deszczem coraz bardziej...

W schronisku Trzy Korony zimniutkie piweczko było. Zdążyliśmy skosztować zanim zaczęło padać.

No i w sumie wytrzymało, ale około godz.13.30 i tam deszczowa pogoda dotarła.
Zastała nas w pawilonie – Muzeum Pienińskim, gdzie obejrzeliśmy eksponaty i film o przyrodzie w tych pięknych górach.
Trzeba w końcu ruszać w dalszą drogę.
Nie było jednak zbyt strasznie, deszcz nie był obfity, mieliśmy peleryny, było ciepło i bezwietrznie. Obeszło się też bez burzy, a to najważniejsze.
Zrezygnowaliśmy z powrotu przez góry i wracaliśmy Drogą Pienińską wzdłuż Dunajca do Szczawnicy.
Na Dunajcu – jedna tratwa za drugą – wycieczkowiczom pogoda nie dopisała, ale wbrew pozorom w przełomie Dunajca widoczność była niczego sobie…

Kto by pomyślał, że w siąpiącym deszczu może być taka piękna wycieczka.
Jak tu wszystko inaczej wyglądało i pachniało niż dwa dni temu… - inna zieleń, kolor Dunajca, chmurki plątające się po skałach…


Na drogę powychodziły ze swoich kryjówek salamandry i dorodne winniczki.
Na całym szlaku od Sromowców do Szczawnicy tylko my i salamandry, dlatego nazwałam tą wycieczkę – spacer z salamandrami.
Pierwszy raz widziałam je na żywo i to w takich ilościach. W wilgotnym terenie nie uciekały szybko i można je było swobodnie fotografować do woli.

Każda pogoda ma swój urok – takich rzeczy przy pięknej się nie zobaczy.
W czwartek powrót do domu, bo prognozy na dalsze dni nie są optymistyczne.
Rano jeszcze wpadliśmy do Szczawnicy – nareszcie…
Zajrzeliśmy do ciekawego Muzeum Pienińskiego, oraz na zdrową wodę do Pijalni.
Bardzo mnie korciło, żeby jeszcze iść na Bryjarkę, ale po przemyśleniu sprawy, dałam sobie spokój przed wyjazdem.
Bagaże nie spakowane – znów trzeba się będzie spieszyć - innym razem, dziś trzeba się opanować…


W Pijalni interesująca wystawa ikon autorstwa Roberta Rumina.

Są miejsca, do których się trzeba przyzwyczaić i takie, które się polubi „od pierwszego wejrzenia”. Krościenko właśnie do tych drugich należy.
Malowniczo położone, spokojne, przyjazne….


Nawet bociany się tu dobrze czują w swoim gnieździe na dachu starej szkoły.

Na temat urody Pienin nawet nie próbuję pisać….byłyby to same ochy i achy…
Posłużę się słowami Jana Wiktora – pisarza, piewcy przyrody pienińskiej:
„Kto zobaczył skarby Pienin, wszystkie ich objawienia, tego dusza stała się podobna do toni Dunajca, w której odbiły się sny z dolin Szczęśliwości.
Z iście królewską hojnością sypnęła tu przyroda samą esencją piękna i stworzyła arcytwór, niewielki wprawdzie rozmiarami, ale tak wzniosły i cudny,
że nie tylko wprawiał on w zachwyt poetów, ale że wzniecał on zawsze i zawsze wzniecał będzie podziw wszystkich pokoleń, że człowiek zawsze stawał będzie wobec niego „jak mała dziecina przed skamieniałą bogów epopeją”
(Pieniny i ziemia sądecka 1965)
No i co tu jeszcze dodać…..chyba tylko to, że jeżeli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy – to z całą pewnością tu wrócimy, kiedy nadejdzie - na pewno bajeczna w tych stronach - jesień.
Żeby ta relacja była pełna, należałoby jakimś cudem do tych zdjęć dołączyć odurzający wprost zapach łąk i ptasie koncerty – na pełny regulator .
Wspaniały, przepiękny tydzień spędzony w innych niż Tatry górach.
Camzik i Ermen – to Wy swoimi relacjami i zdjęciami sprawiliście , że nie umknęło nam coś pięknego w życiu.
Dziękujemy.
A Tatry…..
Ala







