
Po przejściu pierwszego zwężenia jesteśmy na wyjściu na Mały Kocioł Mięguszowiecki gdzie nagle słyszę świst pocisków wyszczelonych przez niejakiego Mięgusza jak się później okazało. Jeden z lodowych pocisków wielkości przerośniętej białej kapusty leci metr od mojego łba. Oczywiście popuszczam w portki chowam aparat i pospiesznie ubieram kask na głowę Nie inaczej czyni Marek a Lukas ubiera kask wirtualny.

Po pewnym czasie styrmamy się na kawałek lądu gdzie smarujemy kufiska mazią ogólnie znana jako kremik. Czas biegnie metry ubywają a z letargu, co chwila wyrywa nas Mięgusz posyłając w nasze strony swoich wojów małe lawinki, które robią hałasu i uświadamiają nam że nie jesteśmy tam mile widziani.

Dobywam aparat, aby uchwycić wspinających się towarzyszy, gdy raptem z pod nóg Marka chyłkiem z ukrycia wojowniczka Mięgusza rusza w moją stronę. Wszyscy patrzą jak wpada w moje objęcia, ale nie ze mną te numery górska ladacznico. Odpycham ją na bok do góry unosząc mój oręż aparat cyfrowy zrobiony w Japonii. Tu nagle jej siostra drugi raz próbuje mnie złamać jednak nie czynię sobie nic z tego a ona tylko do mojej kabury na aparat włazi, co rozsierdziło mnie okropnie i spowodowało, że wyskoczyłem ze żlebu jak Maciek z konopi. Wychodzimy Na Wielką Galerię Cubryńską gdzie spotykamy miejscowego piewcę i skurczybyka.


Tu wspomnieć należy, iż przez te wszystkie ścianożleby prowadzi nas prawdziwy lodołamacz Marek, za co serdecznie mu dziękuję. Na WGC następuje zmiana lodołamacza na nowy model i tu Lukas młody nabytek pre ku górze, co sprawia, że pod nosami wydobywa się z naszych ust fiu fiu.


Już końcowe metry dzielą nas od Hińczowej przełęczy a śnieg i warunki nie są nam przychylni. Zapominamy o woju Mięguszu i jego pachołkach. Ot jesteśmy na przełęczy, co skwapliwie wykorzystujemy na popitkę i połykamy nie zalane wodą lifizaty. Lukas i moja skromna osoba wchodzi jeszcze tylko na Cubrynę mało, komu znaną drogą VIII- i za chwile jesteśmy przy naszych kamratach.

Długo nie balujemy na przełęczy i pod ścianą Cubryny która jest naszym sprzymierzeńcem zmykamy na Małą Galerię Cubryńską. Nie byłbym sobą abym nie wspomniał, że teraz całą grupę prowadzi mały kuterek rzeczny Manfred. Zejście na MG dostarcza nam niezapomnianych wrażeń, które porównać możemy jedynie do skoków Adama Małysza gdyby nam przyszło się poślizgnąć.



Wszystko jednak skończyło się dobrze i z uśmiechami na twarzach w pięknych ślizgach mijamy Plecy Mnicha i meldujemy się na Morskim Oku vel schronisku. A tam spotykamy się z innym forumowym kolegą Huczajem pogromcą Rysów Niżnych no i ekipą skiturową „zadowoloną” ze zjazdu i obiecującą, że jeśli, na ski to tylko do Morskiego Oka.

Piwo fajki trochę odpoczynku i powoli udajemy się do naszych carów. A 20 minut przed końcem z nieba leje dysc i to by było na tyle.
PS Pozdrowienia dla kompanów Lodołamaczów Marka, Lukasa, nowotarskiego piewcy pod którego nieobecnośc pozwoliłem sobie prostym językiem relacje przedstawić Smolika oraz Kasi, Piotrka, i Fenka którzy się o nas martwili i wspierali nas bacznie nas oglądają (dzięki !!!)






