


Posilamy się i dalej na grań, która jest w zasięgu ręki. Jak zwykle gubię ścieżkę, którą już wielokrotnie chadzałem. Od ostatniej wizyty wiatr poczynił tu trochę spustoszenia, co nie jest nam na rękę. Ale biadolić czas przestać. Wchodzimy na Przełęcz Pod Zadnią Kopą. Tu przypomnieć należy, iż zima się wyniosła i zapewniła nam targanie nart i butów na naszych plecach. Na przełęczy o dziwo białego cholerstwa, aż w nadmiarze i dlatego kulbaczymy kulasy w narty. Na samej grani widoki przednie nie ma, nad czym debatować gdyby materace z kocykiem były zalegli by my na chwilkę jak stare dziadki w sanatorium.



Już do Spismichałowej Czuby przyjdzie nam iść granią. Słońce praży niemiłosiernie, ale jak to mówią lepiej się dziesięć razy spocić niż raz zmarznąć. Nawet się nie spostrzegłem jak z mojego” camelbacka” znika 2 litry wody. Wiem, że to już ostatnie metry grani i pozostanie tylko zjazd, o którym póki, co nic nie wiemy. Czy będzie beton czy też breja, po której nie da się swobodnie zjechać czas pokaże.




Na końcowym odcinku grani zakładamy ponownie narty, które trzeba było wcześniej niestety zdjąć i zjeżdżamy na Szeroką Przełęcz.

Jesteśmy na przełęczy teraz wiemy, że czeka nas największa przyjemność, o którą tu chodzi. Biorę aparat Fenka i zaczynam, krecić jego poczynania. Płynność, z jaką pomyka w dół pozwala mi sadzić, że właśnie jesteśmy świadkami zjawiska, jakim jest firn. Pakuje aparat i jadę w dół czuję jakbym unosił się na śniegu żadnych oporów miękkość w skrętach cieszy ogromnie. Stary, co to jest firn? He He He k…a to jest właśnie firn!!!.
Nasze podpisy na ten sezon.

PS
W Jaworinie jak nie masz waluty europejskiej piwa się nie napijesz, bo za nasze złotówki kupić się nie dało. Ale Fenek zaopatrzony w kawałek plastiku sprawił ze smak Smadnego Mnicha czuje do dziś.


