Miejsce zbiórki jak zwykle parking samochodowy. Przybywam coś przed piątą rano i spostrzegam znajomą twarz
KIEROWNIK WYPRAWY – Romek znany narciarz ekstrema lista w tej roli po raz pierwszy.
Wymieniamy spostrzeżenia i czekamy na resztę grupy. Po chwili przyjeżdżają:
SIŁA NAPĘDOWA(wyrobnicy) Smolik i Marek znani z forum ekstremalni wspinacze i wyśmienici narciarze. Po krótkiej chwili, w co nie mogę uwierzyć dociera do mnie wiadomość, że:
HIMALAIŚĆI Fenek i Krzysiu zapadli w bliżej nieznaną chorobę. Nie byłbym
lekarzem wyprawy gdybym sam nie wykonał telefonu z zapytaniem o stan jednego z nich. Wspaniały alpinista i wprawny narciarz. Wykonuję telefon o 4: 59 kilkanaście sygnałów dryn dryn i po chwili szmery w słuchawce
- Fenek???
- ble ble ble
-Jedziesz z nami w Tatry?
- ble ble ble
-oki rozumiem trzymaj się
- ble ble ble
Stan naprawde beznadziejny mam tylko nadzieje, że wkrótce się z tego wykaraska.
Na koniec dołącza do nas:
LIDER ZESPOŁU Adam znany ekstremalista wyborny taternik i narciarz człowiek o czterech płucach.
Do Krzysia nie dzwoniłem, bo zapomniałem Wyruszamy dwoma pojazdami gdyż nasza piątka plus sprzęt do przetestowania nie jest w stanie zmieścić się do jednego pojazdu. Po chwili już pomykamy ni to asfaltówką ni to śnieżnym traktem do schroniska w Popradzkim. Tam w komplecie popijamy kawkę. Jedni samoróbkę ze swoich maszynek inni burżuazyjnie kupują nescafy w schronisku.


Pakujemy się i przebieramy nogami w stronę Doliny Złomisk. Coraz śmielej sobie poczynamy. Jako lekarz ekipy staram się iść na końcu stawki, co przychodzi mi bardzo łatwo z racji dwu miesięcznego szkolenia ten tego.

Po lewej mijamy Dolinkę Smoczą i co by tu nie gadać z każdego zbocza widać ślady lawinek. Na podejściu spostrzegamy coś, co wygląda bardzo niepozornie aż do czasu gdy nasze cielska wdrapią się na na coś co ogólnie nazywamy prożkiem.

Krótki odpoczynek, co niektórzy bardzo zniecierpliwieni spoglądają kąśliwie w stronę Doliny Rumanowej a szczególnie Ganka, na który mamy zamiar się wdrapać. Mam bardzo wielką ochotę dołączyć do grupy szturmowej niestety Kierownik spokojnie, lecz stanowczo wybija mi ten pomysł z głowy. Później dowiedziałem się, że mamy specjalne zadanie wylegiwać się na wielkim kamieniu opalać się zajadać i szydzić z reszty ekipy, ale o tym za chwile.


Jak zwykle zostaje w tyle, aby napawać się urokiem gór i co tu dużo gadać puszczać bąki od czasu do czasu eee żartuje nigdy bąków w górach nie puszczam. Na przedzie Adam już teraz wiemy, że lider ma kondycję jak Koń Przewalskiego. Reszta znaczy się Smolik i Marek chyba pogodzili się z tym, iż przyjdzie im pracować na lidera. Po drodze mija mnie Himalaista Koreański Kurysą.

Nareszcie docieramy głębiej w dolinę Rumanową i oczom naszym otwiera się cel Ganek, na który nie wszyscy wejdą.

Dochodzimy do bazy gdzie tkwi wielki głaz. Tutaj wyznaczamy bazę i z nieukrywana radością wyładowujemy niezwykle ważne artykuły, od których aż ślinka cieknie: snikersy, odżywki boksera tajgera, kanapki. Reszta rusza do bazy wysuniętej gdzie zamienią narty na śpiczaste raki. Natomiast Kierownik oraz moja skromna osoba zostaje na miejscu i ciekawością obserwują śmiałków. Najpierw Adam jako lider pognał do przodu teraz sobie przypominam jak rano narzekał że 3 godziny wcześniej przed wyjazdem miał gorączkę 39 stopni aż strach co by było gdyby nie miał tej gorączki z taka energią nie musiałby jechać samochodem ale biegł by przed nim. Następnie Marek jeden z motorów tej ekipy i Smolik nacie go niczego niebojący się śmiałek, który hydrę zgniata lewą ręką.


Adama już tu nie, widac w mig spostrzegł, że tylko on może dokonać rzeczy niemożliwej i sam w pojedynkę udaje się na przełęcz, z której już prosta droga a raczej grań na wierzchołek Ganku vel Ganka.
Piszący tą relację słucha świetnej muzyki i dlatego utożsamia się z trójką wspinaczy. Nie dziś dziś kierownik zlecił mu inne zadanie, ale przecież jutro też jest dzień. Wracamy do grupy wspomagającej lidera cos niesamowitego nie podołali trudom wspinaczki i wycofują się potem w rozmowie dowiemy się, że mieli zły widok na lidera i chcieli oglądać go z miejsca gdzie opalał się kierownik i lekarz jakże świetna decyzja. Teraz już we czwórkę mogli szydzić z lidera, który co raz zatrzymywał się i dokonywał trafnego wyboru drogi na szczyt.


Po dłuższej chwili spostrzegamy, że lider też nie daje rady i wycofuje się jak się nie oficjalnie dowiedzieliśmy trudności przerosły normalnego śmiertelnika. I po chwili już witamy w obozie lidera wszyscy jak jeden mąż biegniemy na spotkanie z gorącą herbatą i czekoladą niektórzy pomyśleli wcześniej i kupili ulubione ptasie mleczko lidera. Jest on niezwykle uradowany i widać, że łzy płyną z jego oczu. Nawet nie spostrzegliśmy się jak do naszej bazy dołączyli Koreańczycy, ale nawet nie mają śmiałości spytać gdzie biegnie droga na Ganek ich Ganek właśnie jest tutaj gdzie nasza baza. Widać strach w ich oczach rozumiemy was koledzy Koreańscy.


Po spakowaniu wszystkiego oddajemy się szaleńczej jeździe, która jak zwykle jest najjjj. Na tym trzeba by zakończyć relację. Pozdrawiam mile współtowarzyszy i mam nadzieje, że nie długo następny trening.









