Tym razem także udało mi się wycelować w „pogodową dziurę w chmurach”, które od dłuższego czasu opanowały nie tylko Polskę, ale i większy obszar naszego kontynentu.
Kilka dni przed wyjazdem miałam problem z internetem, a kiedy w piątek wieczorem na chwilę się włączył i spojrzałam na prognozy - ręce mi opadły.
Marne - delikatnie mówiąc, a tu samochód spakowany do porannego sobotniego wyjazdu, kwatera zamówiona…
Popatrzyłam na skwaszoną minę małżonka…
No nic…. po prostu jechać.
Jak zawsze w takich przypadkach - wmówiłam sobie, że musi być ładnie ze cztery dni, na dłużej nie liczę, ale chociaż te cztery….
Mglisty sobotni wczesny poranek też nie nastrajał optymistycznie, ale im dalej jechaliśmy na południe - od czasu do czasu pokazywało się wśród mgieł i chmur blade kółko słońca i jakaś nadzieja napełniła moją duszę….
Zobaczę Tatry, na pewno zobaczę
Kiedy w Naprawie ukazały się na horyzoncie na tle błękitnego nieba, ozdobione białymi obłokami, poziom moich endorfin wzrósł niesłychanie.
Przepięknie widoczne były też Beskidy z Babią na czele, no i Gorce….
Ośnieżone - błyszczały w promieniach słonecznych, z lasami pokrytymi szadzią.
Bardzo niewielki ruch na drodze, więc mogłam zwolnić, żeby choć trochę zerknąć na boki, bo nieczęsto można oglądać tak piękne, zimowe, górskie krajobrazy .….
Nie było gdzie stanąć, żeby zrobić zdjęcie.
Pobocza zawalone śniegiem, a z miejsc, gdzie ewentualnie dało się zatrzymać - nic nie było widać.
Dopiero na Głodówce sobie pofolgowałam.



Potem w Javorinie,

no i w Zdziarach, gdzie nad Tatrami kłębiły się jeszcze chmury, zasłaniając szczyty,

ale nad pozostałą okolicą - błękit górą, więc i tam w końcu też będzie ładnie…musi być.


Nie było mowy oczywiście żeby jechać tak prosto na kwaterę i nigdzie nie zajrzeć po drodze.
Parking B.Voda zapełniony samochodami, ale co się dziwić - sobota i przy takiej pogodzie….
Zostawiliśmy nasz i wyruszyliśmy w głąb Doliny Kieżmarskiej.
Na szlaku pusto, widocznie wszyscy poszli dużo wcześniej.
Trochę czasu nam zeszło przy robieniu zdjęć i oglądaniu krajobrazów - w rezultacie już było dobrze po dwunastej, zanim się pozbieraliśmy do wymarszu.
Masa śniegu w górach, bielusieńko i pięknie, ciepło i bezwietrznie.
Czapki i polary powędrowały do plecaka po przejściu kilkunastu metrów.
Szlak szeroki – można powiedzieć – odśnieżony, a jednak szło się ciężko, bo śnieg świeży, miękki, buty zapadały się, niczym w rozjeżdżonym quadami piachu na jurajskich szlakach rowerowych.

Pierwsze widoki , jakie ukazały się pomiędzy drzewami i po wyjściu z lasu ,ucieszyły moje oczy i serce.


Dalej bajecznie - i mimo to, że byliśmy tu już zimową porą - trudno się nie zachwycić po raz kolejny….
Słońce wprawdzie chowało się powoli za górami, ale jego promienie znajdywały miejsca, przez które mogły dać jeszcze trochę ciepła strudzonym łazikom.




Gdy wreszcie doszliśmy do schroniska, nie weszłam do środka na posiłek, bo szkoda mi było czasu, który mogłam spędzić w tak cudnym otoczeniu.
Całe dwa długie miesiące o tym marzyłam - no… nie po to, żeby teraz przesiedzieć w schronisku.
Usiadłam na zasypanej śniegiem ławce.
Z chwilą, gdy słońce skryło się za szczytami, natychmiast zrobiło się mrożno.
„Doubierałam” się cieplej, wyciągnęłam termos, nalałam gorącej herbaty z sokiem malinowym, i patrzyłam…patrzyłam…patrzyłam…
Promienie zachodzącego słońca oświetlały obłoki nad Durnymi, Czarnym i Tatry Bielskie.
Przysypane śniegiem zbocza skrzyły się milionami diamentowych okruszków….
Białe postrzępione chmurki, tworzyły na błękicie nieba przeróżne, zmieniające się dość szybko kompozycje.
Sielankowo.



Małżonek - mniej romantyczny - zagrzał się w cieplutkim schronie prawie godzinę, no i jak zwykle przywrócił mnie do rzeczywistości – trzeba wracać.
Dopiero wtedy poczułam jak zmarzłam siedząc przed schroniskiem.
Samochód z torbą podróżną na tylnym siedzeniu - która nie zmieściła się w bagażniku - został na parkingu, a parkingowy tylko do siedemnastej „daje pozor”…
Nawet jeśli się bardzo pospieszymy, to i tak nie damy rady dotrzeć na siedemnastą.
Trochę mnie to martwiło, ale dopóki las nie zakrył widoku gór – nie potrafiłam przyspieszyć kroku.
Szłam co chwilę odwracając głowę w stronę tego wspaniałego miejsca, które tak żal mi było opuszczać…..
Potem trzeba było gnać…
Nie pierwszy zresztą i pewnie nie ostatni raz.





W końcu ukazała się Łomnica , dochodziła osiemnasta i zachodzące słońce kolorowo pomalowało miejscowości położone niżej.

Na parkingu z ulgą stwierdziliśmy, że wszystko w porządku.
Teraz, po tak wspaniale spędzonym dniu, można jechać na kwaterę i trochę odpocząć.
Nasza gospodyni ma „chatu” w okolicy Czerwonego Klasztoru i często w weekendy tam jeździ.
Jak mówi – tam są jej Tatry.
Obiecała, że nas kiedyś latem zabierze i pokaże nam swoje miejsce wypoczynkowe – ponoć bardzo ładne.
W ten weekend też pojechała, ale zostawiła nam klucz w umówionym miejscu i przez trzy dni mieszkaliśmy sami w całym domu.
Czasem tak się zastanawiam nad zaufaniem tych ludzi do gości, o których niewiele przecież wiedzą, a którym powierzają cały swój dorobek.
Nasza gospodyni ma ślicznie urządzony domek, wszystkie pokoje otwarte i ja się bardzo denerwuję, żeby ktoś z tego zostawionego klucza przed nami nie skorzystał….
Niedzielny poranek…. co tu mówić….


No i dylemat – Łomnica, czy Dolina Wielicka, do której nie zdążyliśmy zajrzeć w styczniu – a taką miałam ochotę….
Po analizie rozkładu chmurek plątających się po okolicy, plus niepewność czy będą bilety – wybrałam Wielicką.
Nie żałowałam.
c.d.n.








































