Zapowiada się piękny dzień. Taki, jak tylko tu, nad jeziorem a jednocześnie wśród gór można sobie wyobrazić. Łagodny klimat sprawia że wędrówki na okoliczne szczyty można odbyć nawet zimą bez szczególnych trudności. W Rivie mieszka H. przez kilka miesięcy w roku, resztę spędza w swoim ojczystym kraju. Poranek jest tak piękny że H. decyduje się na wędrówkę, by wejść na Cima Capi, niewysoki, 920 m, strzelisty szczyt, którego ściany opadają pionowo do jeziora. Z wierzchołka widać miasto, na tyle oddalone, że nie słychać jego zgiełku. Droga na szczyt nie jest trudna ale długa, prowadzą na niego dwie ferraty, łatwe ale bardzo eksponowane, w bajecznej scenerii. H. ma 81 lat i jest nadal w znakomitej formie. Kocha góry, nawet zamieszkał tu aby być blisko nich. 13 lutego H. wszedł na szczyt Cima Capi i wpisał się lekko drżącym pismem, typowym dla starszych ludzi, do książki wejść.
22lutego 09
Od kilku tygodni przygotowujemy się do wyjazdu w Tatry. Co roku o tej porze Basia, moja przyjaciółka, którą znają niektórzy forumowicze i ja spędzamy ten czas we dwójkę w Tatrach. Niestety, prognozy są fatalne. Cały czas pada śnieg, lawinowa czwórka. Co tu robić? Kiedy w niedzielę rano odkopuję swój samochód ze śniegu wpadam na genialną myśl. Jedziemy do Arco! Tam nie będzie tego cholernego śniegu. Pal licho ambitne plany w Tatrach. Rozprostujemy trochę kości na okolicznych ferratach, w Arco, Rivie, Avio. Decyzja podjęta – jedziemy na południe.
Już po przejechaniu Brenner wyłączamy ogrzewanie w aucie. Słońce przypieka. Zatrzymujemy się w Pietramurata, w hoteliku znanym mi z poprzednich wyjazdów. Taki trochą podupadły ale tani i na uboczu, z dala od komercji Arco i Rivy. Znam tu czarowne i odludne miejsca, w które nie zapuszczają się masy wspinaczy przyjeżdżających w te okolice.
Zaglądamy jeszcze w dniu przyjazdu nad jezioro i jest pięknie. Miasto i plaża jak wymarłe.

Następnego dnia idziemy krótką ferratą na szczyt Colodri, który wznosi się nad Arco.


Rozkoszujemy się ciepłym klimatem na okolicznych skałach

Odwiedzamy romantyczne zakątki

We wtorek planujemy wejść na Cima Capi ale droga do Biacessy jest zamknięta a nie wiem jeszcze że istnieje już nowa. Przypominam sobie ferratę na której byłam w zeszłym roku. Prowadzi na szczyt Cima S.A.T. Nie bardzo mam ochotę tam iść bo ferrata mi się nie podobała, mnóstwo gigantycznych drabin. No nic, pójdziemy.
20 lutego 09 Riva del Garda
Dziś znowu taki piękny, słoneczny dzień. H. postanawia wejść na Cima S.A.T. Przygotowuje sobie prowiant na drogę w plastikowym pojemniku i zabiera ze sobą gazetę napisaną w jego ojczystym języku. Na pewno będzie okazja by w ciepłych promieniach słońca przysiąść i poczytać. Cima S.A.T. jest dość wysokim szczytem jak na najbliższe otoczenie jeziora. Prawie 1300 m. Bardzo długie i strome podejście a potem jeszcze te drabiny, niektóre kilkudziesięciometrowe. Na ostrej grani pod szczytem leży śnieg. Ktoś niedoświadczony mógłby się tu pogubić, bo ścieżka leży niewidoczna pod śniegiem. H. zna ją na pamięć, bezbłędnie ją znajduje i wchodzi na szczyt. Swoim charakterystycznym pismem wpisuje się do książki wejść.
24 lutego 09
Rozpoczynamy wędrówkę na Cima S.A.T.. Pogoda obłędna. Czysty lazur, ptaki śpiewają. Mamy trochą wyrzuty sumienia że zdradziłyśmy Tatry dla takiego luksusu.
Dwie „psiapsóły”

Często robimy przerwy, podziwiając widoki

Rozmawiamy i żartujemy, rzadko ostatnio mamy okazję by pobyć razem, więc jest nam tak dobrze że jesteśmy tu same, po drodze nie spotykamy nikogo.

Grań wyprowadzająca na szczyt jest mocno ośnieżona ale jest jeszcze ciepło więc śnieg na tyle miękki że można przejść. Po obydwu stronach kilkusetmetrowe zerwy Cimy S.A.T. Przystajemy co chwila i szukamy drogi, która gubi się w śniegu. Gdy przyglądamy sią dokładniej, odkrywamy ślady, nie nowe ale jeszcze dobrze widoczne. Slady te pomagają nam wyjść na szczyt.

Basia czyta książkę wejść. Jesteśmy drugie w tym roku. Pierwszy był ktoś o imieniu H., jakiś starszy człowiek, bo jego pismo przypomina Basi pismo jej babci.
Postanawiamy wracać drogą północno- wschodnią. Ze szczytu prowadzi ubezpieczony odcinek na łagodną przełęcz, ale droga zejściowa nie jest łagodna. Tyle pamiętam z lata. Jest to kręta ścieżyna, czasami w niezłej ekspozycji. Przyglądam się warunkom panującym na szczycie i robi mi się trochę dziwnie. Pierwsze trzysta metrów, do granicy lasu to śnieg. A my nie mamy raków. Schodzimy kilka pierwszych metrów i od razu jesteśmy niepewne czy dobrze idziemy. Jednak jak się dobrze przyjrzeć to widać ślady schodzącego tędy człowieka. Porównuję z tym co mam w pamięci z lata i decydujemy się schodzić. Bardzo ostrożnie. Miejscami śnieg jest dobry i schodzimy sprawnie, w miejscach wywianych, Basia, która ma lepsze buty, wykuwa dla mnie stopnie. Przeklinam pod nosem i obiecuję sobie już nigdy nie wyjść bez raków.
20 lutego
H. schodzi ze szczytu Cimy S.A.T. na północ. Droga do granicy lasu jest całkowicie zaśnieżona. Ciepłe powietrze południowej godziny roztopiło powierzchnię śniegu, teraz tworzy się na niej szklana powłoka. H. dochodzi do żlebu dzielącego północne zbocza góry na dwie połowy. Zleb nie jest szeroki, może pięć metrów, pod szklącym się, sprasowanym wiatrem śniegiem, prowadzi tak dobrze znana mu ścieżka.
24 lutego
Dochodzimy do żlebu. To już ostatnia trudność na tej drodze. Nieco poniżej, zaczyna się niewysoki las i śnieg znika ze ścieżki jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podchodzimy do krawędzi żlebu, Basia robi pierwszy krok i od razu cofa się. To szklana rynna. Nie da rady tu przejść. Oglądamy dokładnie całe miejsce i rozpatrujemy różne warianty. Dwa metry niżej na środku rynny znajduje się spory kamień, w jednym miejscu dziwnie zabarwiony na rudo. Poniżej na śniegu ciągnie się ruda smuga. Obliczamy odległości. Jednak za daleko by dostać się na kamień a z niego na drugą stronę żlebu. Czas płynie, robi sią coraz później a my mamy dopiero jedną trzecią drogi za nami. Zaczyna być nerwowo. Około trzech metrów nad ścieżką rosną dwa drzewka. Są dość grube i żywe, na gałąziach widać zawiązujące się pąki. Basia, na ile się da, kopie w stwardniałym śniegu stopnie dla mnie i za pomocą owych drzewek udaje nam się przejść na drugą stronę. Ulga. Teraz to nawet może przyjść noc. Śniegu tu coraz mniej i wkrótce wchodzimy w lasek. Staramy sią nadrobić tempo. Scieżka wije się zygzakiem podchodząc raz po raz do żlebu, który przekraczałyśmy wyżej. I znowu ta ruda smuga. Basia przystaje, jej wzrok podąża instynktownie śladem smugi i wtedy spostrzega go. W szklanej rynnie leży człowiek. Rozrzucone ramiona.
Natychmiast wyciągam telefon i powiadamiam włoską służbę ratowniczą Basia podchodzi jak najbliżej się da do niego, na odległość 2 metrów, dalej już rynna, i próbuje nawiązać z nim kontakt. Człowiek jest martwy. Po 30 minutach udaje nam się osiągnąć niemiecki DAV, numer włoski alarmowy nie odpowiadał. Z Niemiec zostaje organizowana akcja. Za 10 mint nadlatuje śmigłowiec, który nawigujemy przez nasz telefon. Dodatkowo rozpościeramy czerwony worek biwakowy, aby było łatwiej nas zobaczyć.
Po przybyciu ratowników schodzimy dalej, do Rivy. Po drodze dzwoni do nas miły człowiek z DAV pytając czy wszystko z nami w porządku. Tuż nad Rivą przyjeżdżają po nas samochodem ratownicy i zabierają do siebie. Jest nam niewypowiedzianie smutno.
Następnego dnia wychodzimy na Cima Capi. Udało mi się znaleźć drogę do Biacessy. Jest piękny, słoneczny dzień. Basia wpisuje się do książki wejść. Powyżej jeszcze jedna notatka, napisana charakterystycznym pismem.

Tę relację dedykuję H. nieznanemu mi a jakże bliskiemu miłośnikowi gór, którego ciało znalazłyśmy 24 lutego późnym po południem w szklanej rynnie, na północnych stokach Cimy S.A.T.
uszba





