Decyzja o pojechaniu w Tatry, była zupełnie spontaniczna. Podjęta w ciągu pół godziny. A inspiracją była fotka Manfreda, która pokazywała jaka jest w Tatrach pogoda. Jedynie co mnie powstrzymywało, była konieczność udania się tego samego dnia do pracy na 22 zaraz po przyjeździe... . Obliczyłem sobie czas i wyszło że zdążę.
Rano spakowałem plecak i na tramwaj a później autobus do Zakopca. Na miejscu byłem o 8:30 szybko w busa i po chwili jestem już na drodze do schroniska. Pogoda była taka:


Żeby całkowicie upodobnić się do otoczenia, zacząłem zmieniać nieco swój wygląd. Osoby wychodzące ze schroniska ( nawet takie po 30) widząc mnie grzecznie schylały głowę mówiąc dzieńdobry. Dziwnie się z tym czułem


W schronisku posiliłem się nieco, wypiłem lodowatą herbatę z termosu i ruszyłem w kierunku Rakonia, zielonym szlakiem. Aura fantastyczna. Pustki na szlaku. Żyć nie umierać.






W tak bajkowym klimacie wydostałem się na Rakonia. Tutaj pojawili się pierwsi ludzie, w większości napierający na Wołowca. Popatrzyłem z utęsknieniem w jego kierunku. Zerknąłem na zegarek. Nie. Nie dam rady dziś. Na przełęczy uciąłem sobie krótką pogawędkę z nieznajomym, który zachwalał mi izolację butów olejem końskim ( czy czymś takim). Następne kilka minut poświęciłem na szukanie nakrętki od śruby do raka, bo nie wiedzieć czemu odkręciła się sama z siebie. Znalazłem tylko śrubę. Nakrętka prawdopodobnie leży gdzieś na podejściu pod Rakonia. Takim sposobem przyczyniłem się do zazłomienia tych pięknych gór.










Na grani mijałem sporo osób, kobiet, mężczyzn, toprowców i dzieci w rakach. Dotarłem na Grzesia. Najchętniej zostałbym tam jeszcze. Niestety czas goni, pora schodzić. Rzut oka na okolicę i w drogę.






I takim sposobem udało mi się odbyć piękną wycieczkę. Tylko w pracy w nocy miałem problemy żeby zachować trzeźwość i świeżość umysłu. Ale czego się nie robi dla tych kilku godzin w górach.






