Małżonek wrócił z Poznania w piątek w nocy, a właściwie już w sobotę - delikatnie mówiąc - niewypoczęty, a ja już przygotowana, spakowana, nastawiona....
Nie miał wyjścia - jedziemy, szkoda pogody - odpocznie po powrocie...
Wczesnym rankiem w niedzielę, wyjechaliśmy w ulubionym kierunku...
Jak zwykle w naszym zwyczaju, żeby nie stracić dnia, zatrzymaliśmy się na parkingu w Tatrzańskiej Kotlinie i poszliśmy zielonym szlakiem do Chaty Plesnivec.
Pogoda ładna, ciepło - chociaż częściowo spełnię swoje marzenie o tej wycieczce - na całość zabraknie czasu, no i jesień już nie taka cudowna, jak w pażdzierniku...

Jeszcze nie wszystkie kolorowe listki opadły..


Bardzo urokliwie położone schronisko.
Zjedliśmy cesnakovą, piwko oczywiście - i na tym miało się skończyć dzisiejsze łażenie.




No...miało
Mnie oczywiście było mało (jak zwykle
a potem jeszcze kawałek, żeby zobaczyć szczyty otaczające Dolinę Kieżmarską - chociaż z daleka....
Warto było...




Robiło się póżno, do Kieżmarskiej zaczęły wchodzić chmury - widok był piękny, ale trzeba było wracać, i to szybko, bo perspektywa
łażenia po ciemku po nieznanym szlaku, nie była ciekawa.

Schodziliśmy żółtym , który się dalej łączył z niebieskim i zielonym.
Najbardziej się bałam, że w ciemności przeoczymy znaki na rozstajch i znajdziemy się gdzieś w Kieżmarskich Żlabach...
Na szczęście - w ostatnich chwilach widoczności - udało się dotrzeć do zielonego.
Dalej - już w zupełnych ciemnościach, przy czołówkach - do naszego autka samotnie stojącego na parkingu.
Jakoś wieczorem szczęśliwie dojechaliśmy do Nowej Leśnej. Naszych gospodarzy nie było, wyjechali na weekend w swoje strony.
Zostawili nam klucze w umówionym miejscu i po rozpakowaniu bagaży można było trochę odpocząć po wspaniale spędzonym dniu.
Nazajutrz, pogoda piękna, pojechaliśmy do Szczyrbskiego Plesa i Doliny Młynicy.
Jestem zachwycona tą doliną i chciałam, żeby mąż ją koniecznie zobaczył.
Niestety, nie można było iść powyżej wodospadu, bo szlaki pozamykane - ale i tak było pięknie
Początkowo pusto, potem trochę turystów dotarło.
Większość to nasi - no cóż - długi weekend...



Mimo, że miesiąc temu tam byłam, łapczywie chłonęłam barwy póżnej jesieni.
Nie było już tak kolorowo, jak wtedy.
Drzewa pogubiły żółto-pomarańczowe liście, ale została jeszcze zieleń kosodrzewiny i smreków, oraz różne odcienie brązu traw i porostów.
Wszytko oświetlone ostrymi promieniami słońca, w połączeniu z szarością skał i błękitem nieba dawało obraz, który na długo pozostanie w pamięci.
Zdjęcia trochę w tym pomogą...




Wadą pobytu na Słowacji jest brak dostępu do prognozy pogody.
Wprawdzie gospodarze informują nas, jak ma być jutro, ale co innego jak sobie człowiek sam zobaczy.
W nocy kilkakrotne wędrówki do okna, żeby sprawdzić "stan nieba"....księżyc, gwiazdy....będzie ładnie...powinno być...musi być
Wyruszamy o 6 rano. Nasza gospodyni jechała do pracy i zabrała nas swoim samochodem do Tatrzańskiej Polanki,
skąd zielonym szlakiem poszliśmy do Doliny Wielickiej, potem Magistralą na Hrebieniok i do St. Smokowca.
Widok oświetlonych wschodzącym słońcem gór nie ma sobie równych...
Szkoda, że spektakl trwa tak krótko.
Zdjęcia amatorskie, nie oddają rzeczywistości...
Niezapomniane chwile...... myślę, że jeszcze nieraz wybierzemy się o tej porze, żeby to widowisko obejrzeć - warte wszystkiego...


Wczesny, zimny poranek, ale kto by tam myślał o drobiazgach, gdy przed oczami taka panorama...
Czerwień przechodzi w róż...

Naturalne kolory sepii

I wszystko dochodzi do "normy"..

Dolina Wielicka..... - byliśmy tu latem, póżnym popołudniem. Słońce zaszło za góry i w dolinie panował cień.
Teraz w pełnym blasku słonecznych promieni wyglądała zupełnie inaczej - wspaniale, pięknie - nie mogłam oczu oderwać...





Szkoda, że nie można było iść wyżej, nad wodospad.
Szlak zamknięty i czasu by pewnie też nie wystarczyło...
Nic to - jeszcze tu zajrzymy, mam nadzieję w przyszłym roku.

Póki co, trzeba wracać, powoli, ciesząc oczy wspaniałymi widokami.
Opłaci się wstać wcześnie



Bardzo ciepło, trzeba było pościągać wszystkie grube ciuchy.
Zrobiliśmy sobie mały odpoczynek w dość ciekawie wyglądającym miejscu, nie pozbawionym jednak swoistego uroku...

Wygrzaliśmy trochę kości

Doszliśmy na Hrebieniok, a tam ogromna niespodzianka


Wyżej w górach było bardzo ciepło, a tu wiał zimny, przenikliwy wiatr.
Im niżej, tym zimniej - inwersja...
Wszystkie grube ciuchy - w tempie szybkim - znalazły się na swoim miejscu.
Ostatnie spojrzenie na wspaniałe szczyty Łomnicy i kolejny piękny dzień w górach zleciał, nie wiadomo kiedy....

Żeby się dało czas zatrzymać...
Ala
c.d.n






























