W sobotę o świcie ruszamy na południe. Ruch jeszcze niewielki, piekło zacznie się dopiero jak leniuchy zjedzą śniadanie i zdecydują się spędzić weekend w Alpach. Zanim to nastąpi, my mijamy już Garmisch, Ehrwald i zajeżdżamy na parking w Arzkasten. A było to tak: miesiąc temu zostawiłam samochód również w tym miejscu i pomaszerowałam w kierunku ferraty, którą zamierzałam zakończyć sezon w Alpach. Było to po dziesięciu dniach nieustannej wyrypy, zmęczenie było potężne, coś mi się pokręciło i nie znalazłam wejścia na tę ferratę. Na koniec pokłóciłam się ze swoim towarzyszem i naburmuszeni wracaliśmy do domu. A więc można powiedzieć że zostało tam coś jeszcze do zrobienia.
No i właśnie dziś postanowiliśmy dokończyć dzieła. Przybyliśmy na „miejsce przestępstwa” w zwiększonym składzie o moją córkę.
Po zakwaterowaniu się w Lehnberghaus podążamy w stronę ferraty. Dziś bez pudła. Półtora godziny i w pełnym rynsztunku zaczynamy drogę. Pierwszy idzie mój towarzysz, za nim Sarenka, moja córcia. Ferrata zaczyna się dość ostrym, stromym blokiem i już widzę że będą problemy z najmłodszą. Coś ona ostatnio nie w formie. Często oblatuje ją strach. Niemniej robi jakoś te pierwsze 15 m, jak się później okazało, najtrudniejsze miejsce na całej ferracie i obwieszcza mi że dalej już nie pójdzie. Na nic przekonywania, po minie i zaciśnietej buzi w dziubek widzę że już po zabawie. Jak piętnastolatka powie że nie to znaczy że nie. Okazuje się dodatkowo że nie tylko nie pójdzie w górę ale także w dół. No ładnie. Coś ja nie mam szczęścia do tej ferraty. Przewidująca mamusia wyciąga z plecaka kawałek sznurka i opuszcza krnąbrną córunię te 15 m. Sama niepysznie złazi i macha łapką do towarzysza aby poszedł sam a my…cóż, wracamy.
Nie będę opisywać drogi do schroniska bo i nie ma o czym pisać. Milczenie grobowe. Ale w sumie rozumiem. Strach to strach. Sama nie raz miałam.
Po nocy w schronisku, w czasie której wysłuchałam nolens volens około 101 ländlerów, w urozmaiconym składzie: raz dwie trąbki, raz akordeon a raz trąbki i akordeon, wyruszam po raz trzeci na tę ferratę.
Tym razem udało się.
Niech zdjęcia przemówią…




Mniej więcej w połowie drogi, na samym ostrzu grani znajduje się ławeczka dla zuchwałych. W tym miejscu ferrata rozgałęzia się. Prostszy odcinek odchodzi w lewo a ostro w góre, dość trudno, dojście do ławeczki.


Oto i ona))

No i tu już nie ma ucieczki. Za mamusię, za tatusia…nie nawidzę jogurtu. Można mnie nim nakarmić tylko wtedy gdy moja uwaga odwrócona jest przez jakieś silne wrażenia…





Krnąbrna piętnastka…


Wędrowcze, jeśli kiedyś będziesz tędy przechodził, to poszukaj wskazówki na Wankspitze. Naprawdę warto. Wspaniale poprowadzona ferrata, granią w imponującej ekspozycji a jednocześnie nietrudna, w sam raz dla pragnących rozpocząć przygodę z żelaznymi drogami.

Pozdrawiam
uszba






