Dlaczego zginęli?

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Dlaczego zginęli?

Post autor: horolezec »

JEDEN FAŁSZYWY KROK
(Andrzej Dryszel )

źródło: Artykuł udostępniony przez Tygodnik Przegląd - www.przeglad-tygodnik.pl na portalu www.nowiny.z-ne.pl


Wielu tatrzańskim tragediom można zapobiec, jeśli myślenie zastąpi brawurę. Czasem jednak nieszczęścia nie da się uniknąć.


To zdarzyło się w połowie lipca 1993 r. Środek lata, młode małżeństwo wychodzi na wycieczkę z Chochołowskiej - i przepada. Psuje się pogoda, GOPR rusza na poszukiwania. Już na Słowacji ratownicy odnajdują mężczyznę, po trzech dniach od wyjścia ze schroniska. Jest prawie nieprzytomny, nie pamięta, co się stało z żoną. Jej ciało zostaje znalezione czwartego dnia wieczorem. Nie spadli z żadnej ściany, nie odnieśli obrażeń. Kobieta zmarła z wyczerpania. Jak wynikało z urywanych relacji męża, zgubili szlak, zeszli w nieznaną dolinę. Potem popełnili błąd. Zamiast dalej iść doliną, co doprowadziłoby ich do jakichś siedzib ludzkich, zaczęli piąć się znowu w górę. A im byli wyżej, tym mocniej wiał wiatr, coraz szybciej tracili siły. Gdyby potrafili racjonalnie pomyśleć, nie byłoby nieszczęśliwego finału.

Tak jak nie byłoby pewnie jednej z największych tragedii w polskich Tatrach, która zdarzyła się 15 lat temu: młodzi, sprawni ludzie w wieku 20-27 lat, czterech chłopaków i dziewczyna. 15 lutego ruszyli na kilkugodzinną wycieczkę w góry. Wybrali Czerwone Wierchy. Ich łagodne wierzchołki zachęcają do spacerów, pogoda początkowo dopisywała.

Nikt z tej piątki już nie powrócił. Może za późno się zorientowali, że zeszli ze szlaku. Zaczął prószyć śnieg, pojawiły się nerwy, pewnie zapomnieli, że należy spróbować wrócić do ostatniego widzianego znaku lub zapamiętanego miejsca na trasie. A może chcieli, ale nie potrafili odnaleźć właściwych śladów. Przyszła zimna tatrzańska noc, lęk odbierał siły. Po kolei umierali z wyczerpania. Jeden z nich znalazł właściwą drogę, ale zabrakło już sił. - Na jego zwłoki natrafiono 17 lutego, 500 m od schroniska na Kondratowej. To był sygnał, że należy szukać na Czerwonych Wierchach - mówi Adam Marasek, zastępca naczelnika Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Trzy dni później znaleziono ciało następnego turysty, po kolejnych trzech dniach, w rejonie Małołączniaka (2096 m) - dziewczynę i chłopaka.

Piątego nie odnaleziono do dziś. Tak jak wielu innych - choćby turysty z NRD, który w czerwcu 1959 r. poszedł na Giewont (1909 m) i przepadł. Wielodniowe poszukiwania nie dały rezultatu. Sądzono nawet, że wybrał wolność w RFN, ale przecież dałby wtedy jakiś znak rodzinie. "Możliwe, że kiedyś to tajemnicze zniknięcie zostanie wyjaśnione, zdarzały się bowiem przypadki, że po wielu latach znajdowano przypadkiem szczątki turysty, który kiedyś zaginął w Tatrach", pisze Michał Jagiełło, alpinista, ratownik, szef Biblioteki Narodowej, w znakomitej książce "Wołanie z gór" poświęconej akcjom GOPR. - Być może tak się już stało. Dwa lata temu na północnej ścianie Giewontu znaleźliśmy szkielet, do którego nikt się nie przyznał, ale pewność dałoby tylko porównanie DNA - dodaje Adam Marasek.


Nikt nie woła


Wyjaśnienia nie doczeka się już chyba nigdy zdarzenie, do którego doszło równo 80 lat temu. 46-letni Kazimierz Kasznica z żoną i 12-letnim synem szedł 3 sierpnia z Pięciu Stawów Spiskich (Słowacja) do Łysej Polany. Szlak wiódł przez wysoko położoną Lodową Przełęcz (2376 m), wiało, padał deszcz. Kasznica chętnie przyjął zatem propozycję jednego z czterech taterników poznanych w schronisku Tery'ego, by wszyscy wracali razem. Taternicy szli jednak znacznie szybciej, wkrótce więc z Kasznicami został tylko ten, który zaproponował im wspólny marsz, 21-letni Ryszard Wasserberger, a trzech - Stanisław Zaremba oraz bracia Alfred i Jan Alfred Szczepańscy (później literat i krytyk) - ruszyło do przodu, wieczorem byli w Zakopanem. Rodzina Kaszniców i Wasserberger po południu osiągnęli Lodową Przełęcz, wydawało się, że najgorsze za nimi. O tym, co stało się później, wiadomo tylko z relacji Zofii Kasznicy, jedynej z całej czwórki, która przeżyła. Gdy szli w dół, jej syn Wacław był bardzo zmęczony, Wasserberger prowadził chłopca pod ramię, matka dźwigała jego plecak.

Około godz. 17, już na wysokości 1890 m, Kazimierz Kasznica oświadczył, że bardzo źle się czuje i nie może dalej iść. Wasserberger powiedział, że również jest kompletnie wyczerpany, 12-letni Wacław nie mógł utrzymać się na nogach. Zofia zaprowadziła syna i Wasserbergera za głaz, by ochronić ich przed wiatrem, dała im na wzmocnienie czekoladę i parę łyków koniaku. Niemal nieprzytomnemu mężowi również wlała do ust koniak i usiłowała zaciągnąć go za głaz, ale nie mógł już iść (sama, jak powiedziała później, koniaku nie piła). Wróciła do tracącego przytomność syna. Chwilę później obaj zmarli. Wasserberger majacząc, wstał, ale natychmiast upadł, łamiąc rękę i raniąc się w głowę. Po paru minutach i on nie żył.

Zofia Kasznica dwie noce siedziała przy zwłokach. Zimno, deszcz i wiatr sprawiły jednak, że nikt nie szedł tym szlakiem. Po 37 godzinach czekania kobieta, w zadziwiająco dobrej kondycji, zeszła do Łysej Polany, gdzie spotkała Mariusza Zaruskiego, naczelnika TOPR. Ratownicy po dwudniowej wyprawie znieśli ciała do Zakopanego.

Do dziś nie wiadomo, co w ciągu kilku minut spowodowało śmierć trzech osób w różnym wieku i o różnej kondycji. Sekcja wykazała obrzęk płuc i zatrzymanie akcji serca z nieznanych przyczyn, postępowanie w tej sprawie umorzono. Podejrzewano oczywiście, że Zofia mogła zatrutym koniakiem zamordować męża, syna i jedynego świadka (dobijając go, gdy słabiej reagował na truciznę), zwłaszcza że mimo poszukiwań nigdzie nie znaleziono butelki z trunkiem, a z relacji trzech taterników, którzy szli szybciej, wynikało, że butelka rzeczywiście była. Dlaczego jednak Zofia czekałaby na zimnie aż 37 godzin przy zwłokach, zamiast iść w dół? Dlaczego od razu powiedziała, że nie piła koniaku? Jaki byłby wreszcie motyw tak wymyślnej zbrodni? W rozwiązaniu zagadki mogłaby zapewne pomóc wiedza o dalszych losach Zofii Kasznicy (całkiem niepotwierdzone plotki mówiły, iż po paru latach ponownie założyła rodzinę) albo ponowna sekcja zwłok z wykorzystaniem najnowszych zdobyczy medycyny sądowej.

Bardziej prawdopodobne jest jednak, iż do tragedii przyczyniło się to, że Kazimierz Kasznica był człowiekiem wysoko postawionym - prokuratorem, występującym w Sądzie Najwyższym. Rok 1925 był zaś w Polsce okresem niepokojów społecznych, zapadały wyroki wydawane przez sądy doraźne. Niewykluczone więc, że Kasznica padł ofiarą aktu terroru lub zemsty i ktoś podarował mu zatruty koniak.

A może nie było żadnej zbrodni i trzech ludzi po prostu zmarło niemal jednocześnie w wyniku ostrego zmęczenia, wypitego alkoholu i deficytu tlenowego?

W późniejszych latach zdarzały się w Tatrach podobne wypadki (choć bez alkoholu, bo od lat wiadomo, że picie mocnych trunków podczas górskiego wysiłku zagraża życiu).

W grudniu 1973 r. pięciu grotołazów wyruszyło do jaskini w zboczach Kominiarskiego Wierchu. Droga się przedłużała, postanowili więc zabiwakować. W ciągu niespełna pół godziny, od 22 do 22.30, dwóch z nich zmarło - najpierw majaczyli, potem stracili przytomność. Trzej pozostali spędzili noc przy zwłokach, a następnego dnia w niezłej formie zeszli do Kir i zawiadomili GOPR. Michał Jagiełło brał udział w akcji: - Nie mogłem uwierzyć w ten meldunek. Jak to, zmarli z wyczerpania? Szedłem potem do nich, to nie była żadna sroga zima. Analizowaliśmy ten wypadek, powodów mogło być wiele. Może dłużej uczyli się do egzaminów, mało spali, mieli słabszą psychikę? Stres zabija - mówi.

10 metrów do życia


Do dziś trudno też uwierzyć, jak doświadczeni turyści mogli umrzeć tuż obok schroniska. 22 marca 1976 r. mężczyzna i kobieta opuścili Roztokę, zawiadamiając, że idą do Pięciu Stawów. Zimą ta droga zajmuje do czterech godzin, ale padał śnieg, wiało, więc odradzano im wycieczkę. Jednak poszli. Po południu następnego dnia, 10 m od drzwi schroniska, natrafiono na zwłoki kobiety, mężczyzna leżał nieco dalej. Pokonali całą trasę, ale nie zdołali znaleźć schroniska, być może błądzili niemal do rana, aż stracili siły i zmarli z wyczerpania.

Kilka miesięcy później, pod koniec września, wracałem z kolegą i koleżanką do Pięciu Stawów z Morskiego Oka. Zbliżał się wieczór, byliśmy zmęczeni po wejściu na Mnicha, nikt z nas nie miał latarki. Ratownicy w Morskim Oku dali nam więc pochodnie. Gdy spałem już w Pięciu Stawach, zaświecono mi w twarz, wypytano, czy ja to jestem ja i czy pozostała dwójka też doszła, bo dzwoniono z Morskiego Oka. Gdyby taki sam telefon wykonano w marcu z Roztoki, gdyby wieczorem ktoś z Pięciu Stawów wyszedł i poszukał dwójki turystów, zapewne by przeżyli.

Samotne godziny

Trudno jednoznacznie orzec, co mogło być przyczyną wypadku 55-letniego Jerzego Hirszowskiego, znakomitego instruktora i wspinacza oraz trojga 19- i 20-letnich taterników, jego uczniów. 4 września 1992 r. poszli na wschodnią ścianę Mięguszowieckiego (2438 m). Po południu załamała się pogoda, żaden ze wspinaczy nie wrócił. - Zaczęliśmy ich szukać następnego dnia, patrol taterników słyszał ze ściany głos dziewczyny wołającej o pomoc. Akcja była bardzo trudna, w górze panowała pełna zima - opowiada Adam Marasek.

Ciało taterniczki zauważono ze śmigłowca, wysoko w ścianie, 8 września. Na zwłoki następnej dziewczyny, chłopaka oraz Jerzego Hirszowskiego ratownicy natrafili dzień później u podnóża ściany. Zapewne instruktor pod wieczór 4 września uznał, że przy takiej pogodzie wejście na szczyt jest niemożliwe i polecił zjechać na linach. W zapadającym zmroku i mrozie Hirszowski mógł niedokładnie założyć stanowisko zjazdowe - i spadł, strącając dwoje wspinaczy. Kilkaset metrów wyżej została samotna dziewczyna, bez liny, umierająca przez parę dni.

W tatrzańskich ścianach częściej, niż mogłoby się wydawać, dochodzi do tragedii spowodowanych potrąceniem. 25 lat temu, 12 sierpnia, dwóch młodych taterników atakowało bez asekuracji południową ścianę Zamarłej (2179 m), ich popisy obserwowała z dołu dziewczyna. Wspinacz idący wyżej spadł, zawadzając o swego kolegę. Obaj zginęli. Dziewczyna, która była z nimi, opowiedziała mi o tym wypadku parę lat później, spotkałem ją w schronisku na Hali Szrenickiej, gdzie dyżurowała w GOPR. Wkrótce potem - jakieś fatum? - utonęła w jeziorze na drugim końcu Polski.

W sandałach i z parasolem


Bodaj najszerszą dyskusję wywołał wypadek na Żabiej Lalce, 12 sierpnia 1973 r. Wspinał się tam aż sześcioosobowy zespół prowadzony przez bardzo dobrego taternika, 27-letniego Tadeusza Gibińskiego. Prowadzący był już blisko szczytu, w łatwym terenie (I stopień trudności), gdy raptem z niewiadomych przyczyn runął w dół. Idąca za nim dziewczyna nie zdołała utrzymać go na linie, miała ręce przecięte do kości, kiedy ją znaleziono. Ona również odpadła, pociągając trzeciego wspinacza. Dopiero hak czwartego taternika wytrzymał szarpnięcie. Dzięki temu zginęła "tylko" pierwsza trójka.

Ówczesne media zarzuciły taternikom lekceważenie gór i nonszalancję. Pisano, że prowadzący wspinał się w sandałach i z parasolem. Może również dlatego, że był on synem wybitnego naukowca, kardiologa prof. Kornela Gibińskiego, Klub Wysokogórski powołał specjalną komisję do zbadania przyczyn wypadku (nie sformułowała jednoznacznych wniosków). - Syn był zaawansowanym wspinaczem, chodził po Kaukazie i Alpach. Nikt nie rozumiał, dlaczego odpadł. Nie wiem, czy wspinał się w sandałach. Pływałem akurat na kajakach; gdy przyjechałem do Zakopanego, było już dawno po wszystkim. Mógł mieć parasol w plecaku, dzień był burzowy - wspomina dziś 90-letni prof. Kornel Gibiński.

Członek komisji, wieloletni prezes Polskiego Związku Alpinizmu, historyk prof. Andrzej Paczkowski, mówi, że środowisko podjęło próbę obrony. - Panowały wówczas nastroje w rodzaju: zakazać, wyrzucić, to kapliczka straceńców. Znaleźliśmy więc nawet zagraniczny katalog sprzętu alpinistycznego, gdzie były parasole dla wspinaczy. Oczywiste jednak, że gór lekceważyć nie wolno - podkreśla.



O jeden węzeł za mało

Czy to właśnie moment lekceważenia był w 1962 r. przyczyną śmierci 33-letniego Jana Długosza, pisarza i poety, najwybitniejszego wówczas polskiego alpinisty, człowieka wyznaczającego nowe kierunki sztuki wspinaczkowej? 2 lipca nadzorował na Zadnim Kościelcu (2160 m) treningi wspinaczkowe komandosów. Ostatni raz widziano go na łatwej grani, zmierzał od jednej ćwiczącej grupy do drugiej. Gdy nie wrócił do schroniska, rozpoczęto poszukiwania, ciało znaleziono u podnóża 80-metrowej ściany. Na grani widniał ślad po wyrwanym kamieniu. Zapewne kamień był obluzowany, Długosz przypadkowo na nim stanął, stracił równowagę i spadł. Wypadek, którego nikt nie widział, był jednak nieprawdopodobny, mało kto wierzył, że tak genialny wspinacz, tracąc równowagę w łatwym terenie, nie zdążył uchwycić się ściany. Zaczęły więc powstawać fantastyczne plotki - że ktoś go śledził, zrzucił na niego kamienie, że Długosz spotkał się na Kościelcu z kimś znajomym, kto go zepchnął.

- Był ostrożnym wspinaczem, ale lubił ryzyko, miał w sobie wielką wolę walki, stawał do każdego wyzwania, nie tylko w górach. Bardzo dowcipny, aktywny, brylował w Piwnicy pod Baranami, gdzie zajmował się efektami specjalnymi (zjazdy na linach) i światłami. Jego pseudonim "Palant" nie wynikał z narwanego stylu wspinaczki, lecz z pewnego zachowania na początku kariery. Był też "Wielkim Kogutem" - nie z powodów męsko-damskich, lecz dlatego, że miesiącami mieszkał w Morskim Oku w pomieszczeniu dawnego kurnika - opowiada prof. Andrzej Paczkowski.

30 lat później nie było żadnych wątpliwości co do przyczyn wypadku innego wybitnego alpinisty, Jana Wolfa. Pozostało jednak pytanie, jak mogło do tego dojść. 13 sierpnia 1992 r. Wolf wycofywał się z urwiska Kazalnicy (2159 m), zjeżdżając na linie. - Zapomniał zawiązać węzeł na końcu liny i zjeżdżał tak długo, aż wyjechał z liny - mówi Adam Marasek. Jan Wolf przeleciał ponad 250 m i wpadł do Czarnego Stawu. Ciało wydobyto po skomplikowanej akcji; dwóch ratowników w kombinezonach nurkowych z butlami skoczyło do stawu ze śmigłowca. Znaleźli zwłoki, obwiązali liną, a śmigłowiec wyciągnął je z wody.

- To był spokojny, zamknięty w sobie człowiek. Widać było, że nie całkiem może się odnaleźć po śmierci pierwszej żony Dobrosławy Miodowicz-Wolf, która w 1986 r. zmarła na K2 - wspomina prof. Paczkowski.

W niemal identyczny sposób jak Wolf, na Kazalnicy 21 lat wcześniej zginął Piotr Skorupa, wspinający się jako ostatni z Jerzym Kukuczką i Zbigniewem Jaworowskim. Lina, po której się zsuwał, również nie była na końcu zabezpieczona węzłem. Po 300-metrowym locie taternik spadł na brzeg Czarnego Stawu. Stojący wyżej wspinacze nie spostrzegli upadku i dopiero po jakimś czasie zorientowali się, że ich kolegi już nie ma.

Rodzina została w górach


Niektóre zdarzenia w Tatrach przypominają sceny z mrocznych thrillerów - jak choćby wypadek pod północną ścianą Mięguszowieckiego. 17 marca 1978 r. Urszula L. z dwoma kolegami poszła tam, by zapalić znicz w dniu imienin swego męża Zbigniewa, który dwa lata wcześniej zginął na północnej ścianie wraz z partnerem wspinaczkowym. Nie dotarli pod ścianę. Wszyscy troje zostali przysypani lawiną, która załamała lód na stawie i wtłoczyła ich do wody. Lód zamarzł, po kilkunastu godzinach nie było śladu tragedii. 21 wypraw GOPR nie dało rezultatu, dopiero 18 czerwca, gdy lód stopniał, znaleziono kolejno trzy ciała.

Znacznie częściej dochodzi jednak do wypadków z przyczyny niezwykle prozaicznej - niepotrzebnego zejścia ze znakowanego szlaku. Tak jak zrobiło to młode małżeństwo z dwoma synami - pięcio- oraz dwuipółletnim. 31 maja 1984 r. wjechali kolejką na Kasprowy i zaczęli schodzić ze Świnickiej Przełęczy (2050 m), tylko trochę skracając drogę. Mężczyzna, który szedł jako pierwszy, zjechał kilka metrów, ale zdołał się zatrzymać. Żona chciała mu pomóc, spadła 150 m, a za nią starszy syn.

Często zagrożeniem może też być jeden niepotrzebny ruch, za późne sięgnięcie do łańcucha ubezpieczającego. Turysta, który zbyt mocno odchylił się w bok, by zrobić miejsce paniom idącym z przeciwka, spadł z Orlej Perci i zginął na miejscu. Brzmi to banalnie, ale w Tatrach po prostu trzeba uważać.
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

Wiele z tych tragedii jest znanych wszystkim czytelnikom "Wołania w górach", nie mniej warto sobie poczytać powtórnie. A może jakieś nowe hipotezy np śmierci Kaszniców?
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

O ile pamiętam to czytałem, że ta butelka była badana przez kryminologów - ani śladu trucizny (sprawa Kaszniców)
Jestem gorszego sortu...
hermit

-#2
Posty: 95
Rejestracja: sob 26 sie, 2006

Post autor: hermit »

Hipotezy na temat przyczyn śmierci Kaszniców i Wasserbergera omawia Wawrzyniec Żuławski: "Sprawa wypadku w Dolinie Jaworowej odbiła się głośnym echem w całej Polsce. Opinia publiczna domagała się wyjaśnień, wskazania przyczyn. Snuto najrozmaitsze, mniej lub więcej bezsensowne hipotezy, domysły, podejrzenia. Kasznicową omawiano nawet o otrucie towarzyszy wycieczki. Zarządzono sekcję zwłok, poddano analizie pozostałe w manierce krople konaku. Prokuratura prowadziła dochodzenie, które wkrótce utknęło na martwym punkcie. Przypuszczenia co do zgonu tych trojga były bardzo różnorodne i właściwie żadne nie wytrzymuje krytyki. Jakieś ukryte wady serca? Wykluczone. Jednocześnie u trzech ludzi w różnym wieku i o różnej sprawności fizycznej? Ostra niewydolność krążenia na skute zmęczenia, wyczerpania i zimna? Ależ w takim razie powinien by przeżyć Wasserberger, a nie Kasznicowa. Temperatura nie spadła poniżej zera, wiatr był wprawdzie gwałtowny, ale Wasserberger przetrzymywał już większe wichury i gorsze niepogody bez żadnej szkody dla zdrowia. jakiś kataklizm, trąba powietrzna, wytwarzająca próżnię, która po prostu udusiła nieszczęsnych? Dlaczego więc nie zabiła również i Kasznicowej? Najpoważniej brzmią wyjaśnienia, których autorem jest Roman Kordys, świetny taternik sprzed pierwszej wojny światowej i świetny znawca zagadnień górskich. Twierdzi on, że na skutek gwałtownego <<zatykającego>>, utrudniającego oddychanie wiatru nastąpiło silne, choć nie zagrażające życiu, chwilowe wyczerpanie organizmu. Po godzinnym lub nieco dłuższym działaniu takiego wichru turyści, zszedłszy już tam, gdzie był on mniej groźny, czuli się trochę tak, jak topielcy wyciągnięci z odmętów na brzeg. W takim stanie nawet niewielka ilość alkoholu, nawet te kilka łyków koniaku podziałało zabójczo. [...] Mimo wszystko wywody Kordysa również nie są zupełnie przekonywające. Przecież z opowiadania Kasznicowej wynika, że nieszczęśliwi byli umierający, z a n i m otrzymali ów fatalny koniak. I że nie mieli objawów duszenia się - jedynie młody Kasznica dużo wcześniej skarżył się na trudności w oddychaniu, później jednak szedł jeszcze dłuższy czas. [...] Tak, czy inaczej, zagadka nie została dotąd wyjaśniona mimo licznych prób i usiłowań. [...] Tragedia Doliny Jaworowej zapewne na zawsze pozostanie posępną tajemnicą gór" - "Sygnały ze skalnych ścian. Tragedie tatrzańskie. Wędrówki alpejskie. skalne lato", Warszawa 1985, s.152-153. Zob też W Gentil-Tippenhauer, S. Zieliński, "W stronę Pysznej", Warszawa 1961, s. 199-201

tekst wzięty z przypisów do: Stanisław Ignacy Witkiewicz, "Listy do żony (1923-1927)", str. 286-287
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Jak było tak było, pewnie nigdy się nie dowiemy dlaczego. Jedno jest pewne - ta historia i inne wyżej podane dowodzą, że trzeba mieć bardzo wiele pokory w stosunku do gór i nie uważać się za tak wytrawnego, że aż nieśmiertelnego. C.b.d.u. (co było do udowodnienia)
Jestem gorszego sortu...
tomek.l

-#6
Posty: 2968
Rejestracja: pt 14 sty, 2005
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Post autor: tomek.l »

Ta tragedia z września 92 na północnej Mięgusza przypomina jak ważne są prognozy pogody. I jak ważny jest dobór celu pod kątem przewidywanej pogody. Słyszałem, że załamanie pogody było wtedy zapowiadane. Dlaczego poszli nie wiadomo.
Awatar użytkownika
dagomar

-#7
Posty: 4327
Rejestracja: wt 17 sie, 2004
Lokalizacja: Tomaszów Maz.
Kontakt:

Post autor: dagomar »

tomek.l pisze:Ta tragedia z września 92 na północnej Mięgusza przypomina jak ważne są prognozy pogody
Nikt nie spodziewał się aż takiego załamania. W sumie było jeszcze lato ,4 września ,a miarę trudnosci pogodowych najlepiej ilustruje fakt ,że wyprawa Topr musiała poręczować ceprostradę ,a mimo to nie udało się wejść ani na Galerię Cubryńską (jedyny ,który się wczołgał - Maciej Pawlikowski musiał po minucie wrócić ,bo przygniatany podmuchem nie był w stanie się posuwać do przodu) ,ani na MPpCh ,ani na Wrota (ratownik ,któremu udała się ta sztuka został zdmuchnięty do Piarżystej ). Grupie 30 najbardziej doświadczonych ratowników ,alpinistów i himalaistów, zaopatrzonych w cały sprzęt i środki łącznosci przez 3 dni nie udało się właściwie nic. Wiał huraganowy wiatr ,sypał śnieg ,wszystko pokryte było lodową szadzią i przy zerowej widoczności schodziły lawiny śniegu ,szadzi i brył lodu
tomek.l

-#6
Posty: 2968
Rejestracja: pt 14 sty, 2005
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Post autor: tomek.l »

Nie wiem dokładnie jakiego załamania były zapowiedzi. Wiem tylko, że załamanie miało przyjść. I wiem z opowiadań jakich domyślano się później przyczyn tej tragedii. Ale tak naprawdę dlaczego wybrano w obliczu zmiany pogody tak poważną drogę nikt już się nie dowie.

Tu jest opis z Taternika
http://spisz.iq.pl/cgi-bin/pub.cgi?10::Cw
Awatar użytkownika
dagomar

-#7
Posty: 4327
Rejestracja: wt 17 sie, 2004
Lokalizacja: Tomaszów Maz.
Kontakt:

Post autor: dagomar »

W sumie wybrano jedną z najszybszych Drogę Świerza ,co wskazywało by na to ,że zdają sobie sprawę z możliwej zmianny pogody i najprawdopodobnie w porę zaczęli się wycofywać. Podejrzewa się ,że pospiech podczas wycofu (n.p. umocowanie zjazdu do ruchomego głazu) mogło spowodować tragedię ,co zresztą jest opisane w linku powyżej
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

dagomar pisze:wybrano jedną z najszybszych Drogę Świerza
Kilkanaście wyciągów, trudności do V, instruktor plus 3 kursantów - to zapewne nie była "szybka" droga. Wiem z opowiadań kolegów, że ta droga na kursie zajmuje cały bity dzień - jest sporo podejścia, wyciągi żywcowe, dużo wspinania do samego wierzchołka, a potem długie i skomplikowane zejście.
tomek.l

-#6
Posty: 2968
Rejestracja: pt 14 sty, 2005
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Post autor: tomek.l »

Trzeba pamiętać, że droga z kursantami to może być czas przejścia x 2. Do tego jeszcze podejście i niełatwe zejście.
Jak dokładnie było nikt się już nie dowie. W każdym razie warto pamiętać jak się może pogoda w Tatrach zmienić. I, że watro sprawdzać prognozy i do niech dostosowywać cele.
KubaR

-#5
Posty: 608
Rejestracja: czw 09 lis, 2006
Lokalizacja: Rabka - Zdrój

Post autor: KubaR »

horolezec pisze:
dagomar pisze:wybrano jedną z najszybszych Drogę Świerza
Kilkanaście wyciągów, trudności do V, instruktor plus 3 kursantów - to zapewne nie była "szybka" droga.
To bardzo zależy z kim się idzie i jak się chodzi. Tam tego "V" to jest takie przewinięcie za V- a wyżej chyba jest IV na wyjściu na "szafę" przy wyjściu z załupy. Natomaist droga jest długa, a ponieważ dużo jest wyciągów takich na poziomie II to dla sprawnego zespołu może być szybka. Ostrożnym faktycznie zajmuje duuużo czasu.

No i pozostaje:
a potem długie i skomplikowane zejście.
Które pomimo, że klasyk to neijednemu namieszało :-)

Kuba
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Re: Dlaczego zginęli?

Post autor: Basia Z. »

horolezec pisze:
W późniejszych latach zdarzały się w Tatrach podobne wypadki (choć bez alkoholu, bo od lat wiadomo, że picie mocnych trunków podczas górskiego wysiłku zagraża życiu).

W grudniu 1973 r. pięciu grotołazów wyruszyło do jaskini w zboczach Kominiarskiego Wierchu. Droga się przedłużała, postanowili więc zabiwakować. W ciągu niespełna pół godziny, od 22 do 22.30, dwóch z nich zmarło - najpierw majaczyli, potem stracili przytomność. Trzej pozostali spędzili noc przy zwłokach, a następnego dnia w niezłej formie zeszli do Kir i zawiadomili GOPR. Michał Jagiełło brał udział w akcji: - Nie mogłem uwierzyć w ten meldunek. Jak to, zmarli z wyczerpania? Szedłem potem do nich, to nie była żadna sroga zima. Analizowaliśmy ten wypadek, powodów mogło być wiele. Może dłużej uczyli się do egzaminów, mało spali, mieli słabszą psychikę? Stres zabija - mówi.
Jednym z tej trójki był mój mąż.
Do dziś nie wie, co spowodowało wypadek i chyba się to już nie wyjaśni, trójka ocalałych była w dobrej kondycji, nawet nie zmarznięci.

Poza tym mieli ze sobą sprzęt biwakowy, ciepłą herbatę, którą podali kolegom którzy się źle poczuli.

Pozdrowienia

Basia
świster

-#6
Posty: 1981
Rejestracja: śr 05 mar, 2008

Post autor: świster »

dagomar pisze:W sumie wybrano jedną z najszybszych Drogę Świerza, co wskazywało by na to ,że zdają sobie sprawę z możliwej zmianny pogody
To jest najłatwiejsza droga na wschodniej. Druga droga kursowa tam to Surdel, ale jest o klasę trudniejsza.
Awatar użytkownika
dziabka

-#1
Posty: 27
Rejestracja: pt 12 wrz, 2008

Post autor: dziabka »

Tak sobie myślę... Kilka razy już myślałam o dziwnych mechanizmach rzadzących wypadkami. Czasem od drobnej rzeczy zalezy, co będzie dalej. I nie da się przewidzieć, co się stanie po wyjściu z domu, po wejściu w góry. My możemy sobie teraz te przypadki analizowac, myśleć, ja bym zrobił tak a tak. Ale kiedy tkwi się w środku, kiedy nic nie zapowiada tragedii, myśli się inaczej. Powiedzcie - ile razy było tak, ze pomimo symptomów na przykład nadchodzącej burzy - pchaliście się dalej - czy to w ścianę, czy to dalej w góry. Albo np - zbierających się chmur. Zawsze liczymy - a nuż się rozejdzie. A nuż nie zacznie.
Czasem takie pchanie kończy się źle - pamiętam, kiedyś pchaliśmy się właśnie pomimo nadchodzącej burzy - widocznej z daleka - na Smerek. Skończyło się dobrze - tylko przeczekiwaniem w krzakach w wielkim strachu, piorunem, który walnął niedaleko. Skończyło się dobrze - ale gdyby skończyło się źle - znów byłoby powiedziane - a po co się tam pchali - mogli się przecież wycofać. Ale zważcie - zawsze liczymy na szczęście - zawsze wypadki zdarzają się innym, nie nam. Co oczywiście nie usprawiedliwia bezmyślności. Ale opisane powyżej wypadki nie miały w sobie niemyślenia. Co miały? Pewien ciąg wydarzeń, które w rezultacie doprowadziły do tragedii. Czy osoby "zainteresowane" mogły to przewidzieć? Pewnie nie. Nigdy nie przewidzisz, czy po wyjściu w góry z nich powrócisz. Nie wczujemy się w emocje, decyzje, przemyślenia osoby zainteresowanej. Czy to znaczy, że oni mieli mniej szczęścia? Może...
W górach, we wspinaniu, zawsze liczy się na ten okruszek szczęścia - i na wiarę, ze powrócimy wszyscy.
Co do wypadków, kiedy faktycznie zawinił bład w technice - jak z tym węzłem - ile razy było tak, ze się węzła nie zawiązało i się udawało. Naprawdę nigdy tak nie myśleliście? A potem oddychamy z ulga - znów nam się udało. Nie wiemy, jakimi perciami chodzi górska śmierć i górskie szczęście (to cytat z Jagiełły). W ogóle - Jagiełło bardzo pięknie o tym pisze, warto poczytać.


A co do Kaszniców - w wydaniu "W stronę Pysznej" z roku 1976 było uzupełnienie do wyjaśniania tej zagadkowej sprawy - do autora napisała pewna pani doktor fizjolog i w swoim liście wyjaśniła prawdopodobną przyczynę zgonu. Według niej śmierć nastąpiła w wyniku bardzo szybkiego wychłodzenia organizmu. Wiadomo, że wychłodzenie ma podstępne objawy. Czynnikiem, który mógł wzmóc jego postęp był fakt podania wysokoprocentowego alkoholu - w wyniku jego działania oddawanie ciepła jest jeszcze szybsze. A dlaczego przeżyła kobieta? W wyniku swoistego rozmieszczenia tkanki tłuszczowej kobiecy organizm jet mniej podatny na wychłodzenie. Tyle pani doktor fizjolog. Tak sobie myślę, z laickiego punktu widzenia, że ona mogła mieć rację.

Się rozpisałam...
Awatar użytkownika
dagomar

-#7
Posty: 4327
Rejestracja: wt 17 sie, 2004
Lokalizacja: Tomaszów Maz.
Kontakt:

Post autor: dagomar »

A nie przyszło Wam do głowy najprostrze wyjaśnienie sprawy Kaszniców ?
Nikt nie wspomniał nawet o Duchu Gór..
Co do wyjaśnienia Pani Fizjolog ,to może zauważyć należy ,że kobieta czuwała przy zwłokach bodajże dobę ,po czym wiele jeszcze godzin błąkała się ,zanim dotarła do Jaworzyny. No to ,jeżeli by chodziło o rozmieszczenie tłuszczu ,to chyba musiała by ważyć 150 kg ,a była szczupła.
Awatar użytkownika
dziabka

-#1
Posty: 27
Rejestracja: pt 12 wrz, 2008

Post autor: dziabka »

Mozliwe, że masz rację. Ale podobno ona się nie błakała, a siedziała, obok zwłok, mając koc, maszynkę spirytusową oraz nikłe ilości żywności. Podobnież przesiedziała tak dwa dni i noc, az w końcu zdecydowała się zejśc doliną i w Jaworzynie spotkała Zaruskiego. Tak podaje Zieliński. Jak było naprawdę - raczej nigdy nie będziemy wiedzieć.
Ale tak właściwie trudno powiedzieć, dlaczego jedni w górach poddają się wychłodzeniu szybciej a inni nie. Vide wypadek jaskiniowy - ten z Basiowym mężem.

Duch Gór??? Ciiiichoooo, bo się wyda!
Awatar użytkownika
dagomar

-#7
Posty: 4327
Rejestracja: wt 17 sie, 2004
Lokalizacja: Tomaszów Maz.
Kontakt:

Post autor: dagomar »

dodaj jeszcze Birkenmajera i wielu innych.
Ale to jadnak nie to samo. Przecież oni po pierwsze jeszcze pół godziny przed smiercią byli w znakomitej formie. Po drugie dlaczego to wychłodzenie ,czy też wyczerpanie jednocześnie dotyka doswiadczonego ,młodego i wysportowanego taternika ,niewysportowanego mężczyznę w sile wieku i dziecko?
Po trzecie ,czemu dopada ich to podczas zejścia ,już spory kawałek za granią ? Po czwarte zresztą nikt z nich nie narzeka na zimno ?
Tych znaków zapytania jest zbyt wiele ,by w/g mnie kusić się na odpowiedzi teraz ,gdy przez te wszystkie lata ,ani bezposrednio po wypadku nikomu nic nie udało się ustalić mimo ,ze najwybitniejsi ówcześni fizjolodzy i lekarze byli w sprawę osobiście zaangazowani
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

dziabka pisze: Ale tak właściwie trudno powiedzieć, dlaczego jedni w górach poddają się wychłodzeniu szybciej a inni nie. Vide wypadek jaskiniowy - ten z Basiowym mężem.
To na pewno nie było wychłodzenie.
Oni cały czas prawie szli, w dość głębokim śniegu, ale nie specjalnie długo - po prostu od rana do późnego wieczora (przecież każdy z nas chyba kiedyś tak szedł, w każdym razie ja idąc wiele razy ponad 12 godz., (nie bez przerwy) jeszcze czułam, że mam spory zapas sił).
Może faktycznie byli zmęczeni, bo jechali w nocy ?

Gdzieś tez chyba czytałam że najbardziej podatni na przemęczenie i utratę sil są bardzo młodzi, szczupli mężczyźni, właściwie nastolatki którym "paliwo" się szybko wyczerpuje, na tyle szybko, że nie zdąża się zorientować że coś nie tak.

Ale znowu w ubiegłym roku miałam taki przypadek (nie związany z żadnym wypadkiem i szczęśliwie zakończony).
Byliśmy w górach w siódemkę, w tym - ja z moją koleżanką - za przeproszeniem dwie stare baby, mój syn - właśnie bardzo szczupły 16-latek, jeszcze jedna koleżanka i trzech facetów.

Z tej całej zbieraniny wyglądało, że najlepszą kondycję i wytrzymałość powinien mieć wysportowany facet ok. 32 lat, a tymczasem po marszu bez przerwy ok 7 godz. ( w tym ok 3 godz. w dół a potem po płaskim, bardzo upierdliwą doliną) on zwyczajnie zemdlał.
Prawdopodobnie miał jakieś problemy z niedocukrzeniem.
Mówił ze on musi co parę godzin zjeść coś konkretnego, a tymczasem jedliśmy ostatni posiłek o godz. 17. No ale zemdlał ok 24, a cała reszta ekipy czuła się znakomicie.

Mi się też zdarzało, że po długim marszu bez jedzenia robiło mi się niedobrze, ale na tyle znam swój organizm, że wiem, ze powinnam się wtedy zatrzymać, zjeść kawałek czekolady, lub jakiś suszony owoc i tyle, zaraz mi przechodzi.

Pozdrowienia

Basia
Awatar użytkownika
dziabka

-#1
Posty: 27
Rejestracja: pt 12 wrz, 2008

Post autor: dziabka »

Myślę, ze wielu przed nami już rozważało ten problem i dochodziło do podobnych wniosków :) Sprawa jest chyba nie do rozwiązania - nie wiem, jak to wtedy było, ale ciekawe, czy sekcja zwłok mogłaby coś wyjaśnić.

Zajrzę sobie do Pysznej... No właśnie. Podobno wcale nie byli w takiej najlepszej formie - marsz trwał długo, szli powoli, narażeni na warunki atmosferyczne, a one byli niekorzystne. Wychłodzenie bywa naprawdę podstępne. Niby długo nic, a nagle tracisz siły.
Od razu mówię, ja się nie upieram przy tym, ale to chyba najbardziej sensowne wytłumaczenie tej całej historii. Nie wierzę w te wszystkie spiskowe pogłoski, że koniak był zatruty, że on sędzią był, to go ukatrupili, że próżnia stała się w powietrzu, że takie tam inne :)

Aha - sekcja zwłok została wykonana - nie przyniosła rezultatów. Wtedy. Ciekawe, czy teraz by jakieś przyniosła. Nie wiem, czy w wyniku sekcji da się ustalić jako przyczynę zgonu - wychłodzenie.

Podobno teoria pani fizjolog została poparta przez inne osoby, które ten przypadek analizowały.

Własnie - czy gdzies da się znaleźć opis tego przypadku? Nie tylko w Zielińskim? Zaczyna mnie to ciekawić coraz bardziej...
ODPOWIEDZ