Po przyjeździe wyglądała tak zza mgieł i chmur.

Wydaje się, że już po deszczu ; ruszamy. Deszcz faktycznie przechodzi na przełęczy, ale w śnieg. Starego śniegu już nie ma, co w porównaniu z warunkami narciarskimi na Kasprowym wydaje się, że góry te oddalone są więcej niż te kilkanaście km. Ale pada i jak się okazało padało całą noc.
W zejściu już było tak

Prognoza dotycząca następnego dnia na tyle się sprawdziła , że ww instytucja powinna zamieszczać ostrzeżenie na swojej stronie o nikłej sprawdzalności. Przez analogię do przemysłu tytoniowego, ale przy założeniu, że szkodliwość złej prognozy może spowodować dużo szybsze zejście taka reklama powinna zajmować 90% powierzchni strony.
Rano optymistycznie nie było, ale harmonogram napięty więc ruszamy.
Nawet zaświeciło słonko ( tak miało być podobno do końca dnia) i powstał kadr, w którym ktoś zobaczył tatrzańskiego Matterhorna, inny odwrócony Giewont, a jeszcze inny i to i to.

Po śnieżno-deszczowej nocy i porannym przymrożeniu do Hińczowych stawów idziemy na „kijach” po zalodzonych kamulcach. Później jest lepiej tzn kopny śnieg i trzeba torować drogę. Na dodatek goni nas od dołu takie coś.

Dogonił nas na szczęście też element ludzki. Braci słowackich w imię przyjaźni łączącej nasze narody i dobrego wychowania przepuściliśmy przodem. Po chwili dosłownie zmaleli nam w oczach zapadając się po pas.
O godzinie 11.11 sek 20 nastapiło totalne zamglenie, ale o tym już ktoś pisał. Czas trwania cięzko było przewidzieć więc zmykamy w dół bo jeszcze podejście z worami do Zbójnickiej Chaty

Po drodze wychodzi słoneczko, topi trochę białego badziewia co nas bardzo cieszy a i landszafta można przy okazji strzelić.

Przemieszczamy się do Staroleśnej i tam będziemy siedzieć już do powrotu.
Poranek ładnie nas wita

tu inny poranek

pogoda ma jednak tendencję częstych zmian; średnio co pół godziny jest zmiana o 180 stopni, dlatego wchodzimy, schodzimy i tak na zmianę lub jak w wolnym tłumaczeniu określił to pewien Słowak kręcimy się jak smród w gaciach.
Kilka fotek, gdy mi się chciało i na aparat nie padało za mocno.
Trochę jesieni





a tu taki autoportret

i zamglone pożegnanie na koniec

ps. to nieprawda, że po wprowadzniu ojro wszystko stanieje, już zdrożała kolejka na Siodełko, a co gorsza podobne odczucia mieliśmy przy pewnym zlocistym napoju






