Obiecałam sobie wtedy, że napewno tu wrócę w jakiś słoneczny dzień.
Na widok błękitu nieba za oknem ochoczo wyskoczyliśmy z pościeli, chociaż nogi trochę bolały...
Nic to, ale żeby było łatwiej, no i poznawczo - wymyśliłam drogę przez Brzeziny. Nie znamy tego szlaku, ale skoro jest dostawczy, to pewno niezbyt męczący
Faktycznie, ale i dość monotonny, mało widokowy - za to puściutki...
Ciekawy może tylko suchy potok z ogromnymi głazami z czerwonym nalotem..

Koło Murowańca jak zwykle - sporo turystów. Usiedliśmy jednak na małe conieco ale zwinęliśmy się stąd dość szybko.
Dalej już tylko lepiej, choć dość ludno - jak na wrzesień.
No, przy takiej pogodzie i sobota....
Co tam, nie będę patrzyła na ludzi, tylko na góry - a te niezmiennie piękne...






Początkowo mieliśmy zamiar dojść tylko do Zmarzłego Stawu, ale jak tu nie iść dalej ....


W Koziej było już całkiem pusto, ciepło i cudnie.
Tu zrobiliśmy sobie na skale długi popas. Przez lornetkę zlustrowałam turnie Kozich Wierchów, Granatów, Żleb Kulczyńskiego..
Potężne, dzikie i piękne....
Aż nam szkoda było z tego cichutkiego zakątka odchodzić.
A tu czas naglił, zrobiło się póżnawo, no i z wulkanu zaczął wydobywać się dym



Schodzimy wolno, bo ciągle przystaję i oglądam się do tyłu - magia gór działa, a potem będziemy się spieszyć...
Wyglądało na to, że białe obłoki wygrają z błękitem, ale nic z tego - błękit górą


A na koniec deser.

Wracaliśmy po ciemku przy czołówkach od połowy Jaworzynki.
I znów mało czasu na odpoczynek, pogoda na jutro taka sama.
Szkoda dnia. Idziemy w Zachodnie - Grześ Rakoń, Wołowiec - powrót przez Wyżnią Chochołowską.
W Chochołowskiej "podparliśmy się" ciuchcią ściśnięci z jakąś niemiecką wycieczką emerytów.
Oni tylko do schroniska, a nas poniosło wyżej
Widoki znane, ale zawsze wzbudzające mój zachwyt. Zjedliśmy coś za szałasem, zmiana ubrań na lżejsze, bo pod górę będzie gorąco.
A kanapki - jak w takim miejscu smakują



Na zboczach powoli jesień maluje liście jagodzin.








Widoki piękne, choć letnią mgiełką zasnute.
Schodziliśmy Wyżnią Chochołowska z nadzieją załapania się na rowery, bo nogi trochę bolały po tych codziennych wędrówkach.
Mimo, iż tempo schodzenia mieliśmy imponujace - przegoniliśmy wszystkich na szlaku - o rowerach nie ma co marzyć
Wielki kubek żentycy i krótki odpoczynek postawił mnie na nogi, no trudno przeszliśmy tyle to i do autka na Siwą Polanę doleziemy - pewnie znów po ciemku...

Uszliśmy niewielki kawałek drogi i spotkaliśmy dorożkę - góral zapraszał, no ale wiadomo jak oni sobie za taką przyjemność liczą.
Ja - jako zawodowy liczykrupa - szybko wynegocjowałam cenę 10 zł od łepka. Początkowo był w szoku, ale w końcu się zgodził
Rowery też by tyle kosztowały, a gdzie tam jeszcze do rowerów...które i tak już były zamknięte.
Po drodze wzięliśmy jeszcze dwie turystki, które nie bardzo chciały, ale jak usłyszały, że po 10 zł, to biegusiem wsiadły.
Dla górala lepsze 40 zł niż nic, ale szczerze mówiąc niektórzy wolą wracać pusto, niż opuścić cenę.
Ich broszka.
Te panie jeszcze podwiozłam do Kir.
Tam zatrzymała nas para steranych turystów.
Pomna tego, jak w czerwcu dobry człowiek zabrał nas stamtąd o 21.30 - wymęczonych - postanowiłam nigdy nie odmówić takim samym nieszczęśnikom.
Dziękowali nam równie mocno, jak my wtedy tamtemu sympatycznemu pracownikowi TPN.
Poczułam się dobrze, jakbym spłaciła dług zaciągnięty u tego przemiłego górala z Bystrego.
Dzięki tej podróży dorożką, w domu byliśmy o przyzwoitej porze tzn. około 20.
No i kolejny piękny dzień - idziemy na Kozi Wierch od Doliny Pięciu Stawów.




Panuje opinia o łatwości tego szlaku.... hmm, może trudny to on nie jest, ale taki bardzo łatwy - też nie.
Dość męczący, bo prowadzi ostro do góry, a pod szczytem trochę wspinaczki po skałach.


Widoki stamtąd przepiękne, choć zasnute niebieskawym muślinem..






Na szczycie ludzi - jak na Giewoncie i miejsca tyle samo
Trochę mi ta wysokość szumiała w głowie, ale trzymałam się dzielnie.

Myślałam tylko niespokojnie o zejściu po tych kamulach, ale jak zwykle jakoś poszło.
Trochę zejścia, trochę zjazdu i było dobrze. choć nogi bolały.
Dziwne byłoby jednak - żeby nie bolały...

Zeszliśmy do schroniska, gdzie wzmocniliśmy sie piwkiem, a mąż dodatkowo obiadem. Ponieważ robiło się póżno, nie siedzieliśmy zbyt długo.

Nie wiem, czy to piwko, czy myśl o jeżdzie po ciemku po serpentynach dodała mi takiego odpału, że na tych bolących nogach pobiliśmy nasz rekord świata w drodze powrotnej
No i jeszcze ciekawostka - parking od 1 września - za cały dzień postoju - 9 zł. Pewnie skuli tego remontu TPN pomyślał...
Ponieważ prognozy na jutrzejszy dzień przewidywały deszcze, chmury itp. - postanowiłam ten dzień przeznaczyć na "stracenie" czyli na przenosiny na Słowację.
Oczywiście pogoda była piękna, żadnego deszczu nie było.
Wędrówki po przecudnych słowackich szkakach opiszę w osobnej relacji.
Ala



