Ten też był taki, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że był wyjątkowy w swoim rodzaju
- po pierwsze - poznaliśmy sporo szlaków, gdzie jeszcze nie byliśmy, zarówno polskich jak i słowackich
- po drugie - pomieszkaliśmy trochę na Słowacji, co dało mam poznać tamtejszych ludzi no i lepiej rozeznać się w poruszaniu elektriczką, gdyż tylko tego wygodnego i taniego transportu używaliśmy
- po trzecie - w Zakopanym bawili też nasi przyjaciele, poznani kiedyś w górach - Ela i Zbyszek, z którymi wybraliśmy się na wspólną wycieczkę.
Wyjechaliśmy z Zawiercia, jak zwykle o 5 rano, na ósmą byliśmy w Zakopanym, oczywiście nie rozpakowując bagaży (szkoda czasu) - plecaki i w góry.
Pogoda wspaniała, nie czułam zmęczenia ani niewyspania, bo sama myśl o wędrówce tatrzańskimi szlakami dodaje mi tyle sił, że sama się dziwię - jak to możliwe....
Na dzisiaj zaplanowałam Giewont. Tyle razy się tam wybierałam - zawsze coś nie wyszło.
Tym razem postanowiłam, że pójdziemy, bez względu na okoliczności tzn. napewno mnóstwo turystów...
Miałam jednak jakiś dziwny nastrój, nie bałam się wysokości, przed którą zawsze mam mniej lub więcej obaw...
Poszliśmy przez Kalatówki na Kondracką Przełęcz.
Ludzi - jak przewidywałam.
Całe pielgrzymki ciągnęły do "świętej góry" naszych Tatr.
Nie znoszę tłumów, ale tym razem psychicznie nastawiłam się na takie warunki.



Starałam się wyłączyć z tego tłumu, skupiając swoją uwagę na wspaniałych widokach, ukazujących się wraz z pokonywaniem wysokości.
Na przełęczy nawet się nie zatrzymaliśmy, mimo zmęczenia, bo gwar jaki tam panował podziałał na mnie niczym red bull - dodał mi skrzydeł
Ruszyliśmy dalej w stronę Giewontu.


Trochę gimnastyki na łańcuchach

i szczyt.
A tam

Miejsca mało, ludzi dużo, brudno, śmieci poutykane w skałach...
Niektórzy gieroje wspinali się po krzyżu - trzeba przecież poszpanować przed rodziną i znajomymi..
Nie miałam sumienia długo tam siedzieć, pstryknęłam kilka fotek i schodzimy - w sznurze turystów....




A tak szczerze - schodzimy, to w moim przypadku za dużo powiedziane - zjechałam na tyłku po tych wypolerowanych na glanc kamieniach, trzymając się łańcucha.
Inni za mną, widząc jak mi dobrze idzie - zrobili to samo
Wracaliśmy przez Grzybowiec, mijając po drodze wspaniałe turnie Małego Giewontu. Przed nami - przymglona nieco, ale piękna panorama Tatr Zachodnich, no i moja ulubiona Mała Łąka w dole..
Krótki odpoczynek na skałkach Siodłowej Turni, połączony z posiłkiem dla ciała i ucztą dla ducha.
Letnią porą widoczność nie jest za dobra, ale i tak oczy dostały swoją porcję do skonsumowania.



Wycieczkę skończyliśmy w Strążyskiej, gdzie ludzi było niewiele, bo i pora dość póżna.

Busem podjechaliśmy do ronda i na kwaterę na zasłużony odpoczynek (po rozpakowaniu betów).
Mogę powiedzieć - byłam na Giewoncie
Na jutro prognoza taka sobie - rano dość ładnie, a popołudniu szaro, buro i ulewy
No i gdzie tu iść z taką prognozą...
Może zajrzymy gdzieś blisko - na Polanę Olczyską i Wielki Kopieniec.
Stamtąd nawet w ulewę jakoś doczłapiemy do kwatery
Rano trochę pochmurne, ale potem coraz cieplej i więcej słońca.
Posiedzieliśmy chwilę na Polanie, potem powoli dotarliśmy do Polany pod Kopieńcem.
TPN wyłożył trochę kasy na poprawę stanu szlaków, ten na Kopieniec już w dużej części gotowy.
Robotnicy uwijają się przy układaniu dalszego odcinka na szczyt.
Wejście teraz jest komfortowe w porównaniu do poprzedniego - rozdeptanym i zniszczonym szlakiem.


Widoki z Kopieńca piękne, chociaż horyzont trochę przymulony.



Popołudniu, zamiast się zachmurzyć i padać - przejaśniło się, góry się ładnie odkryły i słońce często wychodziło zza chmur.
Lało dopiero o ósmej wieczorem, jak się zaczęły skoki narciarskie na Dużej Krokwi, które z tego tytułu odwołali.
Było jeszcze dość wcześnie, więc z Kopieńca poszliśmy szlakiem do Cyrchli , którym też nie mieliśmy okazji do tej pory ...
No i zwiedziliśmy Cyrchlę, przez którą tyle razy się przejeżdża
A jaki stamtąd wspaniały widok na Tatry i Podhale....

Zajrzeliśmy do kościółka, niestety zamkniętego. Można było tylko przez szybę popatrzeć.
Dzień całkiem lajtowy.
W następnym miało być rano pochmurnie, a potem ładnie i słonecznie.
Wczoraj pogoda się nie sprawdziła, może tym razem...
Wybraliśmy się na Świnicę przez Jaworzynkę i Liliowe.
Rano faktycznie - trochę pochmurno, ale i słońca nie brak...



Niestety, potem chmur coraz więcej, a słońca coraz mniej...




Na Przełęczy Liliowe - widoczność zerowa, na dodatek zimny i ostry wiatr. Turystka, która zeszła ze Świnicy, odradzała kontynuację wycieczki
- zresztą i tak byśmy nie poszli - nie było sensu.
Ruszyliśmy w stronę Kasprowego.


Pobyliśmy tam trochę mimo zimna, z nadzieją, że może się rozejdą te chmurzyska, ale nic z tego.
Zdecydowaliśmy zjechać kolejką, no i po kilku sekundach jazdy ukazał się inny świat
A Kasprowy w chmurach....
Trudno - innym razem.
Wieczorem było ciepło i przyjemnie, a my nie zmęczeni, więc wybraliśmy się na spacer pod skocznię, posmakować trochę sportowej atmosfery.
Skoki tym razem się odbyły.

A na parkingu stało sobie takie autko i wszyscy się przy nim fotografowali

I znów - już drugi dzień pogoda niezbyt się sprawdziła, przynajmniej wyżej w górach...
Za to w następnym dniu - 100 % sprawdzalności
Wyruszyliśmy z Elą i Zbyszkiem na Wrota Chałubińskiego.
Tam też jeszcze nie było okazji dotrzeć.
Ala
c.d.n.















