Jakie warunki w Zachodnich?
Jakie warunki w Zachodnich?
Witam. Interesuje mnie zwłaszcza stan szlaków z Ornaka na Starorobociański/Bystrą, oraz na Tomanową -> Czerwone Wierchy. Ktoś był, ktoś coś wie? Swoją drogą, piękne chmurki dzisiaj latały nad Krakowem, w Tatrach musiało to super wyglądać;).
Tak więc pojechałem, wróciłem... i będę miło wspominał;).
Piątek - docieram autobusem do Kir, Kościeliską do schroniska pod Ornakiem (ok. 18:00). Ludzi pełno, pogoda ciągle pochmurna.
Sobota - pobudka o 6:00, śniadanko, spakowanie mniejszego plecaka. Ok. 7:00 wymarsz na Iwaniacką przełęcz, dalej na Ornak, Siwą przełęcz. Po drodze całkiem ciekawe widoki. Chmur ciągle jest sporo, ale podnoszą się. Widać też czasem słońce które pięknie je podświetla. Lekki mrozik, lekki wiatr. Z Siwej przełęczy udaję się granią na Błyszcz i Bystrą. Na tym odcinku pogoda trochę zaczęła straszyć (silny wiatr, chmury ograniczają widoczność). Z Bystrej nie widać zbyt wiele, więc schodzę z powrotem. No i szok. Słoneczko tak przygrzało, że musiałem wyskoczyć z czapkoszalikorękawiczek i polara. zamiast zejść na Ornak, postanawiam iść na Starorobociański. Jednak pogoda leci sobie w kulki. Nad szczytem zawisła wielka chmura i znowu nici z widoków
. Widoczność na jakieś 3-5m. Schodzę w stronę Ornaku i... no właśnie. Gdzie ja jestem? No tak, kompas smacznie śpi w plecaku. Jestem na Kończystym. Jest 15:45 a w Kościeliskiej jedzenie i opłacone łóżko. Nie myśląc długo dzwonię do rodzinki aby poinformować ją o zmianie planów. Schodzę na Trzydniowiański, dalej krowim żlebem aż na dno Chochołowskiej. Z tamtąd przy akompaniamencie jeleni na Iwaniacką przełęcz. Do schroniska dochodzę ok. 19:40 z czołówką na głowie.
Niedziela - postanowiłem troszkę pospać. Wstaję koło 8:00. Pakuję manatki, jem śniadanie i o 9:00 wyprowadzadzam się na Kondratową. Tak podchodzę sobie w stronę Tomanowej. Odbijam w stronę Ciemniaka. Śnieg jest dosyć zmrożony, więc ubieram raki. Razem z małżeństwem spotkanym po drodze mijamy stare, zmrożone lawiniska. w pewnym momencie mąż z żoną postanowili się wycofać, ponieważ śnieg był zbyt twardy dla gumowej podeszwy. Ja idę dalej, ale prawy rak szwankuje - ciągle spada. Przy podejściu czerwonym szlakiem na Ciemniak śnieg był już dość miękki, słońce grzało cały czas, a było koło 12:00. O 13:00 jestem na górze. Kiedy tylko Bóg dowiedział się gdzie jestem, nasłał na mnie ścianę chmur. Przyleciała od północy i troszeczkę postraszyła. Ale była dość rzadka i nie przeszkadzała w dalszej wędrówce. Co jakiś czas odsłaniała się panorama Tatr Wysokich i prażące słońce. Z Małołączniaka zjezdżał jakiś bardzo uradowany turysta, Przy zakrętach mówiąc... coś jakby "bzium". Dochodzę do przełęczy pod Kopą Kondracką. Do schroniska schodziłem czasem pomagając sobie tyłkiem. Po 16:00 byłem na dole. Słońce mocno mnie spaliło i miałem w nocy kłopoty. Obudziłem się o 00:30 i już nie usnąłem.
Poniedziałek - może to dobrze, bo wypędziłem z mojego plecaka mysz. Zjadła trochę chleba i próbowała się dobrać do konserwy. Potem przerzuciła się do plecaka sąsiada który spał półtora metra niżej. Około 7:00 ktoś wypatrzył przez okno jelenia. Wziąłem aparat i zszedłem na taras aby zrobić jakieś zdjęcie. Zanim rozłożyłem statyw, zwierzak zniknął w lesie. Postanowiłem nie przegapić takiejokazji, obiegłem dzielący nas żleb. Podszedłem po cichu na jakieś 7 metrów. Zrobiłem kilka zdjęć, wróciłem do schroniska i odmoczyłem w letniej wodzie zmrożone stopy. Zjadłem barszczyk, zrobiłem herbatkę i wróciłem na grań. Z przełęczy pod Kopą Kondracką doszedłem wyślizganą ścieżką do Kasprowego. Słońce pali na całego. Na Kasprowym wiadomo, kolejka i ludzie i te sprawy. Schodzę do Kuźnic zbierając pełną siatę puszek (sic!), potem asfaltem do PKP. Pociąg mam jakoś po 17:00. Do Krakowa jedzie gdzieś... 4,5h (litości). A w Krakowie - jak to w Krakowie. Ktoś zaczepi, ktoś się krzywo popatrzy... ewidenty koniec wakacji.
Do końca tygodnia wrzucę zdjęcia. Przepraszam za te zmiany czasu z teraźniejszego na przeszły... ale nie mam już siły poprawiać. Zresztą muszę iść do łazienki posmarować żelem spaloną słońcem twarz i zaropiałe wargi
. Pozdrawiam wszystkich którzy byli w weekend w Tatrach i tych którzy nie mieli tej frajdy.
Piątek - docieram autobusem do Kir, Kościeliską do schroniska pod Ornakiem (ok. 18:00). Ludzi pełno, pogoda ciągle pochmurna.
Sobota - pobudka o 6:00, śniadanko, spakowanie mniejszego plecaka. Ok. 7:00 wymarsz na Iwaniacką przełęcz, dalej na Ornak, Siwą przełęcz. Po drodze całkiem ciekawe widoki. Chmur ciągle jest sporo, ale podnoszą się. Widać też czasem słońce które pięknie je podświetla. Lekki mrozik, lekki wiatr. Z Siwej przełęczy udaję się granią na Błyszcz i Bystrą. Na tym odcinku pogoda trochę zaczęła straszyć (silny wiatr, chmury ograniczają widoczność). Z Bystrej nie widać zbyt wiele, więc schodzę z powrotem. No i szok. Słoneczko tak przygrzało, że musiałem wyskoczyć z czapkoszalikorękawiczek i polara. zamiast zejść na Ornak, postanawiam iść na Starorobociański. Jednak pogoda leci sobie w kulki. Nad szczytem zawisła wielka chmura i znowu nici z widoków
Niedziela - postanowiłem troszkę pospać. Wstaję koło 8:00. Pakuję manatki, jem śniadanie i o 9:00 wyprowadzadzam się na Kondratową. Tak podchodzę sobie w stronę Tomanowej. Odbijam w stronę Ciemniaka. Śnieg jest dosyć zmrożony, więc ubieram raki. Razem z małżeństwem spotkanym po drodze mijamy stare, zmrożone lawiniska. w pewnym momencie mąż z żoną postanowili się wycofać, ponieważ śnieg był zbyt twardy dla gumowej podeszwy. Ja idę dalej, ale prawy rak szwankuje - ciągle spada. Przy podejściu czerwonym szlakiem na Ciemniak śnieg był już dość miękki, słońce grzało cały czas, a było koło 12:00. O 13:00 jestem na górze. Kiedy tylko Bóg dowiedział się gdzie jestem, nasłał na mnie ścianę chmur. Przyleciała od północy i troszeczkę postraszyła. Ale była dość rzadka i nie przeszkadzała w dalszej wędrówce. Co jakiś czas odsłaniała się panorama Tatr Wysokich i prażące słońce. Z Małołączniaka zjezdżał jakiś bardzo uradowany turysta, Przy zakrętach mówiąc... coś jakby "bzium". Dochodzę do przełęczy pod Kopą Kondracką. Do schroniska schodziłem czasem pomagając sobie tyłkiem. Po 16:00 byłem na dole. Słońce mocno mnie spaliło i miałem w nocy kłopoty. Obudziłem się o 00:30 i już nie usnąłem.
Poniedziałek - może to dobrze, bo wypędziłem z mojego plecaka mysz. Zjadła trochę chleba i próbowała się dobrać do konserwy. Potem przerzuciła się do plecaka sąsiada który spał półtora metra niżej. Około 7:00 ktoś wypatrzył przez okno jelenia. Wziąłem aparat i zszedłem na taras aby zrobić jakieś zdjęcie. Zanim rozłożyłem statyw, zwierzak zniknął w lesie. Postanowiłem nie przegapić takiejokazji, obiegłem dzielący nas żleb. Podszedłem po cichu na jakieś 7 metrów. Zrobiłem kilka zdjęć, wróciłem do schroniska i odmoczyłem w letniej wodzie zmrożone stopy. Zjadłem barszczyk, zrobiłem herbatkę i wróciłem na grań. Z przełęczy pod Kopą Kondracką doszedłem wyślizganą ścieżką do Kasprowego. Słońce pali na całego. Na Kasprowym wiadomo, kolejka i ludzie i te sprawy. Schodzę do Kuźnic zbierając pełną siatę puszek (sic!), potem asfaltem do PKP. Pociąg mam jakoś po 17:00. Do Krakowa jedzie gdzieś... 4,5h (litości). A w Krakowie - jak to w Krakowie. Ktoś zaczepi, ktoś się krzywo popatrzy... ewidenty koniec wakacji.
Do końca tygodnia wrzucę zdjęcia. Przepraszam za te zmiany czasu z teraźniejszego na przeszły... ale nie mam już siły poprawiać. Zresztą muszę iść do łazienki posmarować żelem spaloną słońcem twarz i zaropiałe wargi

