Jak to bywa już nie po raz pierwszy do ostatniej chwili nie było wiadome czy obóz organizowany przez BT PTTK "Wierchy"; w ogóle dojdzie do skutku, bo zależało to od ilości zgłoszonych uczestników. W końcu tydzień przed wyjazdem zdecydowałam się jechać przy zgłoszonych zaledwie czworgu uczestnikach oraz dwóch praktykantach i "Wierchy"; to zaakceptowały.
Wyjechaliśmy 15 sierpnia rano, większość grupy pochodziła z Katowic i okolic, byli to : Ala z Katowic, Bogusia z Tychów, Krzysiek z Bytomia, Grzesiek z Katowic i Idir z Paryża (kuzyn Krzyśka). W Tarnowie dosiadała się Ania, która jest z okolic Nowego Sącza, chociaż studiuje w Lublinie i jest prezesem tamtejszego SKPB. Ania zabrała ze sobą gitarę, co było znakomitym pomysłem.
Granicę przekroczyliśmy tym razem szybko i już ok. 17 byliśmy we Lwowie, gdzie szybko zakupiliśmy bilety na dalsza trasę, a następnie udali się na świąteczną mszę do Katedry Polskiej na godz. 18.00.
O 21.30 odjeżdżał pociąg ze Lwowa do Czerniowiec, w wagonie panowała tradycyjna w tamtych kolejach "duchotka";, jak to określali ukraińscy współpasażerowie. Kiedy rano dotarliśmy do Czerniowiec od razu przejął naszą grupę pewien pan (nazwijmy to nieoględnie - przemytnik), który zaproponował przewiezienie przez granicę do Suczawy, dołączyły dwie niewielkie grupki Polaków, z którymi od razu znaleźliśmy wspólnych znajomych. W Suczawie, w powalającym upale zwiedziliśmy miasto, w tym dwa bardzo ciekawe monastyry. Potem dość szybko znaleźliśmy połączenie do Gura Humorului a z Paltimosy do Kaczyki złapaliśmy "stopa" w dwóch grupach stojąc na skrzyżowaniu dosłownie 5 min.
Nocleg w Domu Polskim w Kaczyce w bardzo luksusowych jak na nasze potrzeby warunkach pozwolił nam dobrze wypocząć po trudach podróży. Bardzo lubię to miejsce i gościnność tamtejszych Polaków.
Kolejnego dnia, to jest w niedzielę 17 sierpnia wreszcie wyruszyliśmy w góry, przechodząc z plecakami przez niezbyt wysoki ale ładny grzbiet do monastyru Humor.

Po zwiedzeniu tego pięknego zabytku złapaliśmy busa do kolejnej polskiej wsi - Pojana Mikuli, kierowca zawiózł nas do samego końca drogi, gdzie zaczynał się oznakowany "polskim"; sposobem szlak do Suczewicy.
Przy wieczornym ognisku miało miejsce bardzo niemiłe dla mnie wydarzenie. Wstając od ogniska przy padającej mżawce pośliznęłam się na mokrej trawie i bardzo mocno skręciłam nogę w kostce, tak że w pierwszym momencie nie wiedziałam nawet czy jej przypadkiem nie złamałam. Ale udało mi się lekko ją obciążając stanąć na niej. W każdym razie nasmarowawszy sobie nogę kremem przeciwbólowym poszłam spać, ale krem był mało skuteczny bo przez całą noc co chwilę budziłam się z bólu.
Rano nie było jednak wyjścia trzeba było iść dalej, bo nie było innej drogi do Suczewicy. Owinąwszy nogę mocno bandażem i założywszy na plecy swój ok. 20 kilogramowy plecak razem z całą grupą ruszyłam w drogę uprzedzając, że będę szła wolniej. Faktycznie przejście ok. 14 km i 400 m deniwelacji zajęło nam ok. 7 godz. ale zaciskając zęby i mocno wspierając się na kijkach doszłam do Suczewicy. Najgorsze były dla mnie strome zejścia. W Suczewicy szybko znaleźliśmy nocleg w ogródku u pewnej pani (z dostępnością łazienki) i stwierdziliśmy że trochę zmieniamy plany. Pierwotnie mieliśmy podjechać do Putnej a potem wracać górami, ale stwierdziłam, że z moją obolałą nogą nie dam rady, więc w obie strony pojedziemy. Tak jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy kolejnego dnia, rano zwiedzając jeszcze przepiękny monastyr w Suczewicy.


Potem równie piękny, chociaż całkiem inny monastyr w Putnej.

W Putnej szczególnie zachwyciło nas wszystkich co innego a mianowicie mała drewniana cerkiewka cmentarna, posiadająca klimat taki jak nasze skromne łemkowskie cerkwie (chociaż całkiem inny był kształt budynku).


Na koniec dnia zjedliśmy jeszcze dobry obiad w Radowcach.
Wieczorem w Suczewicy miało miejsce kolejne pechowe dla mnie wydarzenie. Kiedy położyłam się już do śpiwora zostawiając otwarty namiot, przyszedł do mnie miejscowy rudy kot i sku... wysiusiał mi się na śpiwór puchowy ! Czym to skutkuje nie muszę chyba tłumaczyć. Szybkie wycieranie śpiwora perfumowanymi chusteczkami niestety nie do końca mu pomogło.
Kolejnego dnia dalej postanowiłam pauzować aby oszczędzać nogę. Grupa z Anią i Krzyśkiem (praktykantami) podjechała stopem na przełęcz Czimurna w Obczynie Wielkiej i zeszła do Moldowicy pięknymi drogami wśród łąk i wspaniałych widoków, ja podjechałam sama, również stopem wprost do monastyru w Moldowicy. Po drodze pech prześladował tym razem Krzyśka, który poślizgnął się na końskim g... i upadł wkładając rękę i pożyczoną ode mnie mapę w kolejne, a plecak w jeszcze następne. Góra na której to się stało nosiła nomen omen nazwę "Koński Dział".
Po spotkaniu przed klasztorem i zwiedzeniu tego kolejnego przepięknego monastyru

Wsiedliśmy znowu razem w busa do Campulungu. Na mapie znaleźliśmy camping położony 4 km w głąb doliny, którą mieliśmy podchodzić kolejnego dnia i od razu na początku doliny zatrzymaliśmy stopa. Bardzo uprzejmy pan zawiózł najpierw chłopaków samochodem terenowym na camping a potem wrócił jeszcze po dziewczyny. Przy okazji chciałam pochwalić funkcjonowanie "stopa" w Rumunii, nigdy nie zdarzyło się nikomu z nas stać dłużej niż 15 min. a ludzie byli dla nas niezwykle uprzejmi.
Na campingu zanocowaliśmy w dwóch domkach w jednym dziewczyny, w drugim chłopaki, na początku mieliśmy nieco wyrzutów sumienia ze płacimy za dwa 2-osobowe domki a śpi nas 7 osób, ale w sąsiednim jednym domku spała 7-osobowa rumuńska rodzina, więc straciliśmy skrupuły.
(c.d.n.)
Pozdrowienia
Basia
































































